„Straszny film” – Straszny film? [RECENZJA]

filmawka.pl 4 godzin temu

Nie ma wątpliwości, iż obecny rok należy i należeć będzie do horrorów. To, jakie liczby wykręca w tej chwili duet Obsesji i Backrooms. Bez wyjścia, mogłoby mówić samo za siebie, jednak od jakiegoś czasu zmienia się również kwestia statusu tego gatunku w okresie nagród filmowych. Widać to po tegorocznych Oscarach, gdzie horrory nie były już jedynie pojedynczymi, nominowanymi przypadkami, a godnymi rywalami do zwycięstwa. jeżeli przedstawicieli horrorów z roku na rok będzie przybywać, to czy istniałby lepszy moment na powrót do serii Strasznego filmu?

Zeszłoroczny seans Nagiej Broni z Liamem Neesonen odblokował w Hollywood parodiowe core memory i choćby pastwiący się nad tym gatunkiem od lat krytycy docenili jego zgrabną reanimację. Zwłaszcza, iż gdyby ten znajdował się w Czerwonej księdze gatunków zagrożonych, uplasowałby się gdzieś pomiędzy „krytycznie zagrożonymi”, a „wymarłymi na wolności”. Na początku lat dwutysięcznych parodie cieszyły się ogromną popularnością, nie stroniąc od absurdu, niewyżytych i żenujących gagów oraz przejawów błyskotliwego humoru. Była to między innymi zasługa braci Wayans, którzy stali za sukcesem pierwszych dwóch odsłon Strasznego filmu i którym zawdzięczamy dalszą kompozycję gatunkową. To właśnie oni postanowili zawitać do kultowej serii po ponad dwudziestu latach, biorąc ze sobą większość oryginalnej obsady oraz ponad dekadę horrorów do nadrobienia (czytaj: do sparodiowania).

fot. „Straszny film” / materiały prasowe Paramount Pictures

W tym miejscu powinienem wspomnieć nieco o fabule, jednak to, co w zeszłym roku udało się ekipie Nagiej Broni, nie wypaliło w przypadku starań braci Wayans. Film Schaffera bardziej polegał na duecie Liama Neesona i Pameli Anderson niż na samym parodiowaniu, dlatego jedynie ozdabiał ich przygody slapstickiem i trzecioplanowym nonsensem. Najnowszy Straszny film przyjął inną, kolizyjną strategię. To składanka najlepszych hitów z serii, nałożonych na horrorowe dzieła popkultury z ostatnich kilku lat i wzbogacona o element millenialsowej nostalgii. Jednocześnie zrezygnowano w nim choćby z pozorowania starań nad rozwijaniem jakiejkolwiek linii fabularnej, dlatego ciężko tutaj o niej opowiadać. Bohaterowie skaczą po ekranie scena po scenie, parodia po parodii, nawiązanie po nawiązaniu. I to w zasadzie skrót całego filmu. Niektóre powroty do serii okazują się krótkimi epizodami, jeszcze inne – wykalkulowanym przypływem nostalgii. Jest ona zresztą tak bardzo jawna, iż rozmawiają o niej choćby sami bohaterowie. Często dyskutują o tym, która z odsłon serii była bardziej udana, a która nie, czasami wręcz odwzorowując najbardziej ikoniczne momenty z tamtych lat i zostawiając w tyle jakikolwiek progres.

W taki sposób bracia Wayans już na wstępie zjadają własny ogon, tworząc autoparodię własnej parodii. Przeświadczeni prostym sukcesem drwienia ze znanych horrorów, zadławili się ich nadmierną ilością w mocno ograniczonym czasie. Nawiązań do Grzeszników, Zniknięć, nowych odsłon serii Krzyk i wielu, wielu, naprawdę wielu innych jest tak dużo, iż nigdy bym nie przypuszczał, by ktokolwiek dał radę wepchnąć je wszystkie w osiemdziesiąt minut metrażu. Szkoda tylko, iż wraz z ilością spada też ich jakość. Spora część gagów jest „poprawna” i taką też wykonuje robotę, działając na ekranie i wylatując z głowy widza sekundę po seansie. Bohaterowie bawią się w teatrzyk, odtwarzając scenę z jakiegoś okołohorrorowego filmu i dodają do niej boomerski humor, który – to bardzo istotne! – dla niektórych będzie związany z ciarkami żenady, a dla innych jest niezbędnym elementem seansu. Są też takie numery, które szorują po dnie aż włos się jeży. Sekwencja parodiująca Michaela, którą zwiastowano jeszcze przed premierą, przypomina skecz z Saturday Night Live. I to na pewno nie taki kultowy, w którym Ryan Gosling wychodzi z roli i pęka ze śmiechu.

fot. „Straszny film” / materiały prasowe Paramount Pictures

Tutaj dochodzimy do ściany, pod którą muszę stanąć, odwrócić się i trochę zamieszać. Bo czy to, o czym do tej pory wspominałem, nie jest esencją tychże filmów? Przecież ja sam, idąc na seans najnowszego Strasznego filmu, spodziewałem się dokładnie tych elementów – wywietrzałego humoru, braku fabuły i jechania na nostalgii. I tak naprawdę dostałem to, czego oczekiwałem. Zwłaszcza, iż ta seria zawsze była dla mnie przykładem idealnego seansu guilty pleasure. Sam więc nie wiem, jak w ogóle oceniać czerstwe żarty, których lata przydatności skończyły się przynajmniej dekadę temu. Zwłaszcza, iż zawsze były one nieodłącznym elementem serii i ich brak spowodowałby, iż taki seans byłby niekompletny. Może to kwestia równowagi? Przeplatanie (obiektywnie) udanego żartu z ciarkami żenady działa lepiej wtedy, gdy tworzymy je na przemian, a nie gdy jedna grupa dominuje nad drugą kilkukrotnie.

Nowy Straszny film broni się natomiast kilkoma pomniejszymi elementami, o których warto wspomnieć. Jest kilka naprawdę udanych gagów, ale nie chcę się tutaj w nie zagłębiać. Niech będą elementem niespodzianki podczas seansu, bo tak też działają najlepiej. Nieustannie bawi postać Ghostface’a, czyli wizytówki serii. Jego niezdarność z czasem sprawiła, iż nie potrafię już brać tej postaci na poważnie – choćby w filmach, z których się pierwotnie wywodzi. Całkiem nieźle wypada też oryginalna obsada, choć lekko zrzucona na dalszy plan. Bracia Wayans, czyli filmowi Ray i Shorty, bawią się najlepiej ze wszystkich i ich powrót wypada całkiem naturalnie. Największym powiewem nostalgii, na którego najłatwiej było się też nabrać, zdecydowanie jest nieśmiertelny duet Brendy i Cindy. Zwłaszcza, iż choćby Regina Hall i Anna Faris powróciły do swoich ról po aż dwóch dekadach!

fot. „Straszny film” / materiały prasowe Paramount Pictures

Czy mimo wszystko czeka nas jeszcze kiedyś powrót do serii Strasznego filmu? Wspomniana wcześniej Naga Broń, choć wypaliła, wydaje się bardziej one-hit wonderem niż stałym bywalcem na salonach i tak też opisywał ją po premierze reżyser. Nadchodząca w przyszłym roku kontynuacja Spaceballs Mela Brooksa również zdaje się zwiastować pewnego rodzaju hołd dla swojego poprzednika niż pełnoprawny reboot serii. Ghostface ma jednak ogromną przewagę nad swoimi towarzyszami – nie minął tydzień od premiery, a on już mógłby przełamać wierzbową gałązkę i zapolować na kogoś w labiryncie żółtych przestrzeni liminalnych.

korekta: Anna Czerwińska
Idź do oryginalnego materiału