Kiedy listonosz przestał wchodzić na piętra i zostawiał gazety i koperty przy dolnym korytarzu, Anna Kowalska najpierw się gniewała. Potem przyzwyczaiła się. od dzisiaj jej poranki zaczynają się od zejścia po schodach, trzymania się chłodnych poręczy i zerkania do starej zielonej skrytki z odgiętymi drzwiami.
Skrytka wisi od lat osiemdziesiątych, ma odrapane lakierowanie i pochyły numer 12. Gdy ją otwiera, skrzypi, a Anna za każdym razem myśli, iż kiedyś zupełnie odpadnie, a wtedy nie będzie mogła odebrać listów od Weroniki.
Listy przychodzą nieregularnie czasem po tygodniu, czasem po miesiącu, ale zawsze docierają. Wąska koperta, starannie pochyły pismo, lekki zapach tanich perfum. Anna wraca na górę, stawia czajnik na kuchence, siada przy stole i otwiera kopertę wzdłuż zagięcia, by nie rozerwać papieru.
Weronika mieszka w innym mieście, w Gdańsku, ponad pięćset kilometrów od Warszawy. Kiedyś dzieliły pokój w akademiku medycznym, razem łamały podręcznik anatomii i po dwa jadły z jednej puszki gulaszu. Potem Weronika wzięła ślub, a Anna zaczęła pracę w przychodni, późno wyszła za mąż, urodziła córkę. Rozeszły się po życiach, ale nie zerwały kontaktu. Listy trzymały między nimi delikatny, ale mocny sznur.
Weronika pisze o wsi, o sąsiadce, która znów posadziła niewłaściwe pomidory, o synu, który nie chce odejść od swojej wiecznie niezadowolonej żony. Opowiada o ciśnieniu, które skacze jak koza, i o nowych tabletkach, które jej przepisano. Między wierszami czuje się dawna Weronika: dowcipna, uparta, lekko złośliwa.
Anna odpowiada wieczorem, gdy w mieszkaniu robi się cicho. Córka mieszka osobno, wnuk przyjeżdża w weekendy. W dni robocze słychać tylko tykanie zegara, szum windy za ścianą i szeleszczący długopis na papierze. Opowiada o przychodni, w której jeszcze popołudniami pracuje jako lekarz rodzinny na pół etatu, o sąsiadach, którzy nieustannie kłócą się o miejsce parkingowe, o wnuku, który został informatykiem i nic nie wyjaśnia.
Uwielbia ten rytuał: wyciąga czysty arkusz, prostuje go, w myślach wyznacza dzień, tydzień, decyduje, co przekazać Weronice, a co zatrzymać dla siebie. List staje się małym podsumowaniem wieczoru. Pisze powoli, wnikliwie, jakby słyszała, jak Weronika będzie czytać.
Pewnego dnia wnuk, Szymon, przychodzi z kartą w rękach.
Babciu mówi, wyciągając nowy telefon wystarczy już tę klawiaturę. Czas na XXI wiek.
A ja co, w XIXtym żyję? odpowiada Anna, ale bierze telefon. Cienki, ciężki, szklany. choćby samo trzymanie go trochę ją przeraża. Boi się, iż go upuści i straci stypendium Szymona.
To proste. Popatrz. Szymon przesuwa po ekranie, a ten rozbłyska kwadracikami. To komunikator. Tu można pisać, od razu. Głosowo, obrazkowo.
A poczta? Anna uśmiecha się, ale w oczach błyszczy ciekawość.
Poczta się przyda, kiedy dostaniesz pocztówkę z Bałtyku. A tu możesz rozmawiać z Weroniką codziennie.
Szymon już zna Weronikę. Anna czasem czyta mu fragmenty jej listów. Wnuk przewraca oczami i mówi: Masz fajną przyjaciółkę. W końcu postanawia, iż i Weronikę trzeba ucieszyć.
Tylko iż Weronika Anna marszczy brwi, szukając słów nie korzysta z telefonów. Ma stary przyciskowy model.
Ma wnuczkę? pyta Szymon.
Ma córkę, Wiktorię, studentkę.
W takim razie mówi triumfalnie Szymon napisz list, poproś, żeby Wiktoria pomogła. Ja załatwię resztę.
Stawia telefon na stole, podłącza do gniazdka, wpisuje dane. Anna patrzy, jak ekran się rozjaśnia, jak pojawiają się paski ładowania. Czuje się jednocześnie głupia i podekscytowana.
Wieczorem siada przy stole, jak zwykle. Tym razem obok kartki leży nowy telefon, cicho świecący, wyświetlający godzinę i pogodę. Anna wyciąga kopertę, starannie wpisuje adres Weroniki i, po chwili namysłu, dodaje na końcu: Weroniko, Szymon kupił mi nowy telefon, mówi, iż mogę wysyłać listy przez niego. jeżeli Wiktoria będzie, niech też zajrzy. Może i my się czegoś nauczymy. Chociaż ja już stara kotka.
Uśmiecha się, przeczytała jeszcze raz, zapieczętowuje kopertę i następnego dnia wkłada ją do dużej skrzynki pocztowej przy klatce nie do własnej zielonej numer 12, a do wspólnej, z przegródką na listy.
Dwa tygodnie później przychodzi odpowiedź. Weronika pisze: Jesteś trochę staroświecka, ale ja jeszcze bardziej. Wiktoria śmieje się, iż wszystko da się zrobić. Wpadła w weekendy, pokazała mi na telefonie, jak to działa. Więc, Aniu, rób co chcesz. Wiktoria mówi, iż jak przyjadę do twojego miasta, to wszystko ustawi. A potem sama przyjedzie. Wyobraź sobie, będę ci pisać wiadomości jak młodzież.
Anna rozbawiona czuje w liście ten sam zapał Weroniki, z którym kiedyś uczyła się jeździć na motocyklu byłego męża.
Miesiąc później wnuk przychodzi znowu, siada obok i cierpliwie tłumaczy, gdzie klikać.
To jest czat. Tu będą wasze wiadomości. Najpierw dodam siebie, poćwiczymy.
Pisze jej kilka zdań. Telefon cicho dzwoni, ekran miga. Anna drży.
Nie bój się. To tylko powiadomienie. Kliknij tutaj.
Klika i widzi: Cześć, babciu! To trening. Pod spodem pusta linia.
Tu wpisz odpowiedź mówi Szymon. Kliknij te litery.
Palce drżą. Powoli pisze: Cześć. Widzę. Z literą i zamiast w wychodzi wih. Szymon się śmieje, ale gwałtownie poprawia.
Nic, naprawimy. wymazuje, pokazuje, jak zrobić poprawkę.
Do wieczora Anna potrafi już samodzielnie otworzyć czat, napisać krótką frazę i wysłać. Nagrania głosowe ją przerażają, ale Szymon obiecuje, iż przyjdą później.
Na początku października Weronika pojawia się w komunikatorze. Na ekranie nowa wiadomość od nieznanego numeru: Ania, to ja. Weronika. Wiktoria ustawiła. Pozdrawiam z naszego bagna.
Anna patrzy na te słowa, jakby Weronika nagle stała się bardzo blisko nie oddalona listem, nie tysiąc kilometrów, a tu, za ścianą.
Pisze: Weroniko! Widzę cię. Raczej czytam. Jak się masz? i wysyła, wstrzymując oddech.
Odpowiedź przychodzi po minucie. To niezwykłe nie tydzień, nie dwa, a minuta.
Jeszcze żyję. Ciśnienie szaleje, ale nie boję się. Ty? Szymon cię męczy swoim postępem?
Anna śmieje się i opisuje Szymona, przychodnię, sąsiadkę, która znów kłóci się z zarządcą. Palce czasem splątują się, litery układają się w dziwne słowa, ale Weronika rozumie. Co jakiś czas dodaje na końcu żółtą buźkę z uśmiechem.
To emotikon, wyjaśnia Szymon, zaglądając przez ramię. Taki uśmiech.
Anna kiwa głową. Decyduje nie używać emotikonów, bo brzmią obco, ale gdy Weronika wysyła wyjątkowo kłującą żartobliwą wiadomość, ręka sama sięga po małą buźkę.
Czat nabiera tempa. Rano Anna sprawdza telefon, jak kiedyś sprawdzała skrzynkę pocztową. W ciągu dnia, w przerwie między pacjentami, podglądam ekran, by przeczytać kolejny list Weroniki. Wieczorem wymieniają dziesiątki krótkich zdań.
Szybkość komunikacji jest dziwna radosna i niepokojąca jednocześnie. To, co kiedyś rozciągało się na kartki i tygodnie, teraz mieści się w kilku linijkach. Zanim Anna się obejrzy, już odpisuje.
Pewnego razu Weronika pisze: Wyobraź sobie, sąsiad z wsi podchodzi. Stary trędowaty, ale oczy przez cały czas sprężyste. Przyniósł wczoraj jabłka i proponuje herbatę. A ja mówię: mam ciśnienie, nie mogę się denerwować.
Anna marszczy brwi, przypomina sobie, jak Weronika narzekała na samotność i sarkastycznie komentowała wdowy, które szukają darmowej opiekunki.
Pisze: Uważaj, żeby nie wylądował ci na szyi. Potem nie odłączysz się. Oni tacy są. Wysyła, nie czytając jeszcze.
Odpowiedź przychodzi prawie natychmiast: Dzięki, iż tak wysoko myślisz o wszystkich facetach po siedemdziesiątce. Ja sama się ogarnę.
Anna czuje ukłucie w środku. Chciała napisać: Po prostu się martwię, ale się zatrzymała. Ekran świecił ostatnią wiadomością Weroniki, bez emotikona.
Wieczorem przychodzi kolejny list: I tak naprawdę, wydaje mi się, iż cieszysz się, iż nic mi nie wyjdzie. Żebyśmy w starości pisały do siebie i nie robiły nic.
Anna patrzy na te słowa, czuje gorąco. Odkłada telefon, idzie do kuchni, nalewa sobie herbaty. Myśli szaleją. Czy naprawdę cieszy się, iż się martwię? Przypomina sobie wszystkie noce, kiedy Weronika opisywała bóle i nie mogła spać.
Wraca do stołu, siada, otwiera czat. Palce drżą. Pisze: Nie masz racji. Boję się o ciebie. Boję się, iż zostanę bez ciebie. To nie wymówka. Zróbmy tak: opowiadaj mi wszystko, a ja najpierw przemyślę, potem odpiszę. Chociażby minutę.
Dodaje na końcu małą buźkę. Szuka jej wśród setek innych, w końcu ją znajduje i naciska. Trochę żenuje się, ale i odczuwa ulgę.
Weronika odpisuje krótko: Zgoda. Minuta myślenia to rewolucja dla ciebie. Jestem dumna. Pisz listy, nie porzucaj. A w messengerze pogadamy o drobiazgach. Jak dziewczyny w akademiku.
Anna wybucha śmiechem. Prawie słyszy w głowie Weronikę, z jej charakterystycznym tonem.
Wieczorem wyciąga nowy kopertowy arkusz, kładzie go obok telefonu. Dwa różne sposoby kontaktu z tą samą przyjaciółką.
Pisze list o przychodni, o tym, jak dyrektor znów namawia na dyżury w weekend, a starsza pielęgniarka podnosi bunt. O sąsiadce z dołu, która w końcu skończyła remont i przestała narzekać na cieknący sufit. O śnie, w którym biegły po korytarzach w szlafrokach.
Kiedy list jest gotowy, fotografuje go telefonem i wysyła Weronice zdjęcie w czacie.
Oto przedsmak. Resztę przyjdzie pocztą dopisuje.
Weronika odpowiada niemal od razu: Żartujesz. Teraz czekam na list i na kopertę. Serce nie wytrzyma takiej intrygi.
Dodaje: Wiktoria mówi, iż mogę nagrać wiadomość głosową, ale wstydzę się. Coś nie tak powiem.
Anna zastanawia się, co odpowiedzieć. Decyduje się: Nagraj, co chcesz. jeżeli coś nie wyjdzie, udajemy, iż połączenie się zerwało.
Po kilku minutach przychodzi nagranie. Słucha.
No więc, jestem gwiazdą radia. Mówią, iż prawie umarłam, a ja myślę, iż po prostu trochę odpoczęłam od was wszystkich. Nie płacz, przetrwam cię. Mam plany. Muszę ogarnąć tego sąsiada. Niech ktoś w końcu będzie się mną opiekował, oprócz lekarzy.
Anna słucha i czuje, iż napięcie ostatnich tygodni rozpuszcza się. Weronika wciąż żywa, wciąż uparta i wesoła.
Naciska ikonę mikrofonu. Serce bije szybciej.
Weroniko mówi, starając się nie drżeć jeżeli mnie przeżyjesz, nie wybaczę ci. A co do sąsiada zobacz sam. jeżeli codziennie przychodzi z jabłkami, powiedz mi szczerze. Przyjadę i rozliczę was oboje.
Odpiera przycisk, niepewnie licząc, iż nic nie powiedziała za dużo. Minuta później w czacie pojawia się odpowiedź: Słucham i myślę: żyjemy jak dwie szkolne koleżanki. Boimy się, iż ktoś nas zostawi, zapomni. A jednak nikt nas nie zapomniał. choćby twój wnuk, który mnie uczy, jak wstawiać te buźki.
Jeszcze jedna: Umówmy się. Kiedy jestem w szpitalu albo słabo się czuję pisz listy. Są wolne, ale ciepłe. Gdy jest dobrze gadajmy w messengerze. Ale nie co pięć minut, bo się zmęczę.
Anna odczuwa spokój. Proste zasady. Nie dzwonić w nocy, nie wymagać natychmiastowej odpowiedzi, nie obrażać się, jeżeli ktoś jest zajęty. Wiedząc, żeAnna wzięła długopis, spojrzała na telefon i poczuła, iż przyjaźń, choć zmieniona technologią, wciąż jest jej najcenniejszym skarbem.









