Serial Stamtąd, czyli drzewa, potwory i jeden wielki węzeł gordyjski. Czwarty sezon dał w końcu część odpowiedzi, ale równocześnie postawił jeszcze więcej pytań. Reżyser John Griffin widocznie ma plan, jak uniknąć losu Stranger Things, ale nie dźwiga fabuły do tego stopnia, aby stworzyć kolejne Dark.
Finał Stamtąd powoli się zbliża, co da się odczuć po najnowszym sezonie. Człowiek w Żółtym wprowadził niepostrzeżenie wiele zamieszania – nie tylko w samej fabule. Kolejne odcinki horroru w zamkniętej wiosce słusznie dzielą fanów. W praktyce produkcja pozostała tym, czym była od początku – wielką zagadką, która miesza w głowach i sercach, zgrabnie przyspieszając tętno. John Griffin stara się jednak zapobiec temu, co przytrafiło się wspomnianemu hitowi Netflixa. Czwarty sezon Stamtąd to rozsądny etap fabularnego sortowania, zanim paczka finalnie trafi do odbiorcy. Zdarza się, iż ekspozycja przerasta akcję, ale Griffin powoli posuwa fabułę do przodu, wciąż pozostawiając pole do kolejnych teorii.
fot. kadr z serialuNajlepszym elementem czwartego sezonu jest Julia Doyle jako Sophia, czyli przykrywka Człowieka w Żółtym. Jej obecność śmierdzi w każdym odcinku. Ta nieprzyjemna woń znaczy tyle, co ciągły niepokój, jaki Doyle potrafi wywołać urokiem bezbronnej dziewczynki. Sam wątek tej postaci jest intrygujący, mało inwazyjny i całe szczęście pozostaje wciąż ogromną tajemnicą. Kolejną gwiazdą produkcji jest David Alpay jako Jade Herrera. Zarówno jego, jak i Tabithę pochłonęła prorocza wizja i nadzieja na ucieczkę z koszmaru. Alpay pozostaje bezczelnym szaleńcem pełnym pomysłów. Szczególnie podczas swojej halucynogennej podróży w odcinku What a Long Strange Trip It’s Been daje wzruszający i ekscytujący występ. Z Cataliną Sandino Moreno tworzą romantyczny duet, ale w tragicznym tego słowa znaczeniu. Choć gra aktorska Moreno bywa sztywna, we wspólnych scenach z Davidem Alpayem śledzimy wręcz magiczną partnerską chemię naznaczoną przeznaczeniem.
Scenariusz najnowszych epizodów to jednak istna sinusoida. Mnóstwo scen i wątków porywa niczym rwąca rzeka, ale zdarzają się na niej potężne przeszkody. Role przewodnie Jade’a i Tabithy, wraz z Sophią, to siła napędowa tego sezonu. Również kontynuacja wątku Fatimy czy wątki Ethana i Victora z genialnym Robertem Joyem jako Henrym świetnie spełniają swoją funkcję w budowaniu coraz większego przerażenia. Szczególnie Henry to dobry dodatek, który nadał nowej głębi wątkowi nieudanej ucieczki Tabithy z sezonu trzeciego. Nie mogę również nie wspomnieć o druzgocącej miłości Kristi i Marielle, która też była tu godnie kontynuowana. Największą zmorą czwartego sezonu Stamtąd są jednak nie tyle wątki-zapychacze, co zbyt długo rozgrzebywane i jednocześnie mało rewolucyjne misje poboczne niektórych bohaterów. Do tych należą m.in. wątki takich postaci jak Julie, Elgina czy Dani Acosty. To oczywiście pionki w grze, które w finale z pewnością znajdą swój czas.
fot. kadr z serialuJednocześnie te drobne historie i postaci służą jako podstawa w budowaniu zmieniającego się klimatu w zamkniętej społeczności. Nowe niewytłumaczalne zjawiska i kolejne niepowodzenia potęgują nie tylko strach, ale również chęć buntu. To kolejne podziały, zdrady i samowolne decyzje, które kierują bohaterów w stronę bliżej nieokreślonej zguby. Gdy więc nadzieja maleje, wzrasta anarchia i następuje coraz wyraźniejsze załamanie budowanego przez szeryfa systemu. Nie zawsze jednak drugi plan spełnia swoją rolę i w tym sezonie miał zdecydowanie za dużo czasu.
Najwyższa pora omówić jednak jeszcze „głównego” bohatera serialu – a wspominam o nim dopiero teraz, bo Griffin wyraźnie zminimalizował jego wątek. Boyd stał się zgorzkniałym, wkurzającym typem, który ciągle tylko krzyczy. Nie jest to jednak ogromny zarzut, dlatego iż psychologicznie postać prawidłowo doprowadzono do tego miejsca. Szeryf to definicja przytłoczenia i emocjonalnego wyczerpania, a aktor Harold Perrineau doskonale to napięcie wyraża. To szaleństwo wynikło z ciężaru odpowiedzialności i presji społecznej budowanych od pierwszego sezonu. I, o dziwo, odstawienie Boyda na bok to decyzja przemyślana, która pozwoliła również na częściową podbudowę postaci Kenny’ego. Co więcej, relacja szeryfa z Donną osiągnęła kolejny poziom, jako ostoja zrozumienia i opanowania wyczerpanego bohatera. Oba te wątki jednak nie zagrały aż tak dobrze, jak było to możliwe.
fot. kadr z serialuCzwarty sezon momentami kompletnie nie potrafi zbudować dramaturgii, co ma znaczący wpływ na rozwój wspomnianych przed chwilą bohaterów. I nie mówię tu o świetnych scenach z odcinka Fray czy finałowego If a Tree Falls in the Forest… Czasem problemem okazuje się źle zbudowana stawka czy zwyczajnie nieodpowiedni moment. I winą tutaj należy obarczyć montaż, który nie radzi sobie z dobraniem tempa. Scenografia, kostiumy, muzyka, efekty specjalne czy zdjęcia – wszystko utrzymuje poziom poprzednich sezonów. Niestety to właśnie dłużące się “spacery” lub odwrotnie – zbyt krótkie, pocięte sceny akcji gubią rytm całej opowieści. To wciąż co do zasady dobry utwór, który tylko od czasu do czasu miewa fałszywą nutkę, ale traci na tym niestety cała kompozycja.
Serial Stamtąd przełamuje klątwę trzech dobrych sezonów. Czwarta odsłona produkcji MGM+ sprytnie unika losu słynnych seriali, nie próbując zmieniać tonu historii ani nie wprowadzając drastycznych zmian tuż przed metą. Dalsze zdrapywanie zdrapki nie przynosi rewolucji, jak wprowadzenie Vecny w Stranger Things. To prosta ewolucja, oparta na widocznie od dawna planowanych wątkach, która zgrabnie prowadzi do finału. John Griffin nie zawsze trafia z tempem historii czy doborem wątków, ale najważniejsze postacie prowadzi sensownie i satysfakcjonująco. Przede wszystkim to Julia Doyle oraz duet Alpay-Moreno błyszczą na ekranie, natomiast gra aktorska Harolda Perrineau doskonale oddaje stan psychiczny jego postaci. Choć technicznie Stamtąd utrzymuje dobry poziom, montaż części scen burzy dramaturgię. Produkcja zgrabnie kieruje się ku ekscytującemu finałowi, który, miejmy nadzieję, dostarczy niepowtarzalnych wrażeń.
Fot. główna: kadr z serialu















