Po intensywnym wrześniu, kiedy w ciągu kilku tygodni wychodziły takie tytuły jak „Blood of Dawnwalker”, „Wolverine”, „Control Resonant” czy „Silent Hill: Townfall”, a CD PROJEKT RED uraczył nas darmowym remasterem do „Wiedźmina 3”, przychodzi nie mniej gorący październik. Przyjrzyjmy się więc, co czeka graczy w jesiennej porze polskiego – i nie tylko – giereczkowa.
Ogłoszenie przez Rockstar nowej premiery „GTA VI” na 19 listopada aktualnego roku mocno namieszało w szykach największych wydawców. Gigant światowego gamedevu dominuje niczym Wielki Brat, wiążąc branży ręce. Kolejne studia usilnie prześcigały się więc z ustaleniem premiery na okres przed wyjściem produkcji amerykańskiej firmy, tym samym tworząc nowy problem dla graczy: w co zagrać?
„Gears of War: E–Day”
Premiera: 6 października. Dostępność: PC, Xbox Series X/S
Kultowa seria strzelanek, która w 2006 zadebiutowała z ramienia Epic Games, przez lata straciła ową „kultowość”. Przejęcie marki przez Microsoft w 2014 roku nie wyszło całości na dobre – krytykowano prostacką fabułę, narrację, uproszczenie rozgrywki (choć ta i w oryginalnych częściach opierała się głównie na dużej dawce dopaminy oraz testosteronu), a także nieudane eksperymenty, jak ten z otwartym światem w środkowym akcie piątej odsłony.
Teraz Microsoft obiecuje powrót do korzeni. Deweloperzy z The Coalition mają ponownie uraczyć nas wysokooktanową rozgrywką, strzelaniem zza osłon do przerażających maszkar i parciem do przodu w liniowej grze akcji. Skondensowane doświadczenie powinno grze wyjść na dobre, stąd pozytywne nastawienie wielu fanów.
Fabularnie ma być to prequel, którego akcja dzieje się czternaście lat przed wydarzeniami z pierwszej części serii. Głodni przeszłości gracze dostaną okazję pokierować Marcusem Fenixem czy Dominiciem Santiago z pierwszych tygodni i miesięcy inwazji kultowej już Szarańczy.
„Gears of War: E–Day” otrzyma swoją premierę również w Game Passie. jeżeli więc ktoś płaci za abonament Microsoftu, może sprawdzić nowy tytuł za względnie niewielkie pieniądze.
„Clive Barker’s Hellraiser: Revival”
Premiera: 8 października. Dostępność: PC, PlayStation 5, Xbox Series X/S, Switch 2.
Seria „Hellraiser” Clive’a Barkera jest już klasykiem kina grozy – szczególnie zważywszy na charakteryzację oraz wysoki stopień brutalności samych filmów. „Wysłannik Piekieł” z 1987 roku zapoczątkował całe uniwersum obracające się wokół postaci Pinheada – okrutnego przywódcy kultu Cenobitów. Teraz piekielny demon zadebiutuje w medium gier wideo, wcześniej gustując raczej w kinie i równie bogatej literaturze.
Fabuła obraca się wokół postaci Aidena ratującego wybrankę swego serca – Sunny. Imię jego dziewczyny jest ironiczne: oto „słońce” zostało porwane do piekła. Aby wyswobodzić ukochaną, protagonista zmuszony jest dostać się do demonicznego wymiaru zwanego Labiryntem z pomocą kultowego już dla serii pudełka-łamigłówki.
Tytuł od Saber Interactive ma być krwawym survival horrorem z perspektywy pierwszej osoby, który nie będzie bał się hektolitrów krwi, scen tortur czy przeróżnych innych ekscesów na drodze głównego bohatera. Ma to więc być dobry, staromodny horror, bez ugrzeczniania treści czy omijania kontrowersyjnych tematów. Dla fanów body horroru, surrealizmu i kina lat 80., „Clive Barker’s Hellraiser: Revival” wydaje się więc grą idealną.
„Valor Mortis”
Premiera: 13 października. Dostępność: PC, PlayStation 5, Xbox Series X/S
Do ostatnimi czasy szerokiej popularności soulslike’ów dołącza się nasze rodzime studio odpowiedzialne za chociażby dwie części „Ghostrunnera”: One More Level. „Valor Mortis” ma przenieść graczy w czasy napoleońskie, kiedy Europa mierzy się z kataklizmem związanym z siłami nadprzyrodzonymi. Spotkamy więc z nie tylko zamieniającymi się w pokraczne stwory żołnierzami Bonaparte, ale również innymi potworami czy zjawiskami nie z tej planety.
Polska produkcja nie bawi się jednak tylko historią, ale również samym gameplayem. To pierwszy na tak dużą skalę soulslike z pierwszej osoby. Gracz będzie mieć możliwość również strzelania z broni palnej – na wzór „Bloodbourne’a” od FromSoftware – oraz niezastąpionego parowania.
Sam miałem przyjemność zagrania w „Valor Mortis” podczas 30–minutowego pokazu DEMA gry na PGA w zeszłym roku. Wówczas produkcja One More Level zrobiła na mnie duże wrażenie, mimo pozornej prostoty rozgrywki i wykorzystania klasycznych dla gatunku elementów. Pierwsza osoba jest jednak rzadko spotykana w takiej konwencji, stąd tytuł zapowiada się niezwykle ciekawie.
„Call of Duty: Modern Warfare 4”
Premiera: 23 października. Dostępność: PC, PlayStation 5, Xbox Series X/S, Switch 2.
Ostatnie losy tej popularnej serii strzelanek pierwszoosobowych nie są bynajmniej łatwe. Zeszłoroczne „Black Ops 7” spotkało się z olbrzymią krytyką fanów, którzy zresztą od dłuższego czasu nie szczędzą mocnych słów twórcom. Trudno zatem stwierdzić, czy nowy CoD przebije się przez natłok wrześniowo–październikowych premier, choć wiernych miłośników serii na pewno nie brakuje.
Kampania „Modern Warfare 4” ma być bezpośrednią kontynuacją trójki, osadzoną na półwyspie koreańskim, chociaż w jej trakcie zwiedzimy również między innymi Nowy Jork, Paryż czy Bombaj. Studio zapewnia, iż będziemy mieć do czynienia z przyziemną historią zderzoną z brutalnością nowoczesnej wojny. Całość ma być umieszczona w mrocznych klimatach charakterystycznych dla starszych odsłon serii.
Tryb wieloosobowy ma za to pozostać bez zmian, choć poprawiono – zdaniem twórców – poruszanie się oraz ogólne sterowanie postacią. Produkcja uraczy nas dwunastoma mapami dla dwóch sześcioosobowych drużyn. Tytuł nie porzuca też trybu DMZ opartego na zasadach znanych z extraction shooterów. Gracze dalej więc będą mieli możliwość zawierania sojuszów, gromadzenia łupów i wzajemnego zdradzania się czy knucia intryg.
Warto wspomnieć, iż studio razem z Microsoftem utrzymało swoją decyzję odnośnie Game Passa i najnowszy tytuł od Infinity Ward oraz Activision Blizzard trafi na niego dopiero za rok. Nie będzie więc możliwości wcześniejszego ogrania i sprawdzenia kolejnej już części „Call of Duty”. Ciekawostką jest też na pewno wydanie gry na Switcha 2, co stanowi debiut serii na konsoli od Nintendo.
„Phantom Blade Zero”
Premiera: 29 października. Dostępność: PC, PlayStation 5
Październikowy natłok premier zakończy bodaj najbardziej wyczekiwany tytuł tego roku obok lutowego „Resident Evil: Requiem” oraz nadchodzącego „GTA VI”. Oto chiński gamedev za sprawą studia S-GAME po raz kolejny atakuje zachodni rynek produkcją znajdującą się gdzieś na granicy między tradycyjną grą akcji a nowoczesnym soulslikiem.
W grze wcielimy się w bohatera o imieniu Soul będącego elitarnym zabójcą z organizacji zwanej Zakonem. Wrobiony w morderstwo okolicznego patriarchy ma tylko 66 dni, aby odnaleźć jego prawdziwego mordercę. W tym celu przemierzymy 8 rozległych, półotwartych lokacji, zmierzymy się z wieloma przeciwnikami i utniemy mnóstwo głów silniejszych bossów mających zostać ikonami gry.
Stylistykę produkcji jej twórcy określają mianem „kungfupunka”. Fantastyczny świat Phantom World jest bowiem połączeniem chińskiej mitologii, steampunku oraz okultyzmu, a sam bohater walczy w stylu przypominającym właśnie kung-fu. Opowieść inspirowana ma być na tzw. wuxia – modelu narracji opartym na bohaterach dysponujących nadludzkimi możliwościami w posługiwaniu się bronią białą.
Właśnie to tak bardzo ekscytuje graczy. „Phantom Blade Zero” na pokazach chwalił się znakomitymi animacjami w posługiwaniu się ponad 30 rodzajami broni oraz widowiskową walką. Było to możliwe dzięki pomocy profesjonalnego kaskadera, Kenjiego Tanigakiego, którego umiejętności posłużyły twórcom w oddaniu dynamiki starć.
Na poziomie rozgrywki ma to być klasyczna gra akcji z elementami znanymi z soulslike’ów, takimi jak odpoczynek przy kapliczkach, odradzanie się przeciwników, interlokacyjność czy rozwój postaci. Gracze będą mieć więc możliwość sprawdzenia aż dwóch soulslike’ów w październiku stojących jednak po różnych stronach spektrum – wolniejszego i taktycznego „Valor Mortis” oraz nastawionego na szybką wymianę ciosów i kontry „Phantom Blade Zero”.
Opisywany tutaj tytuł to bodaj najgorętsza produkcja tej jesieni, na którą czeka mnóstwo graczy. Stąd ciekawe, czy dołączy ona do innych wielkich azjatyckich premier ostatnich lat, takich jak „Black Myth: Wukong”, „Wuchang: Fallen Feathers” czy mniejsze „Nine Sols” z maja 2024 roku.
„Enshrouded”
Premiera: 15 października. Dostępność: PC, PlayStation 5
To tytuł nietypowy na tej liście. Nie mówimy bowiem o pełnoprawnej, nowej grze, ale etapie jej wkroczenia w fazę rozwoju. Produkcja Keen Games od dłuższego czasu była dostępna w Early Accessie, a teraz w końcu otrzymuje oficjalną wersję 1.0.
„Enshrouded” przenosi graczy do fantastycznego świata Embervale pogrążonego w chaosie przez kataklizm wywoływany przed laty z rąk rządzących nim magów. Wcielamy się w rolę Zrodzonego z Płomienia (ang. Flameborn) mającego za zadanie na nowo wzniecić ogień ratując tym samym krainę.
Rozgrywka mieści się ramach tradycyjnego survivalu z perspektywy trzeciej osoby. Musimy zbierać surowce, budować osady, fortece, zbroić się przed najazdami wrogich istot oraz przetrwać tak długo, aż na nowo osiedlimy Embervale. Tytuł jest szczególnie interesujący dla osób obserwujących dotąd wczesny dostęp do gry Keen Games.
Nie tylko wielkie marki
Październikowy kalendarz jest jednak znacznie dłuższy. Wśród interesujących premier można wyróżnić jeszcze „Ace Combat 8: Wings of Theve” (2 października), „Star Wars: Galactic Racer” (6 października), „Silver Pines” (8 października), „Planet Zoo 2” (13 października), „Castlevania: Belmont’s Curse” (15 października) oraz „Tenebris Somnia” (16 października).
Uwagę powinien przykuć szczególnie ostatni tytuł, który może być kolejnym gorącym kąskiem wśród gier niezależnych. Produkcja Andresa Borghiego ze studia Saibot Studios łączy pixelartową grafikę z aktorskimi sekwencjami filmowymi. Tytuł ma być ciekawym podejściem do survival horroru, oddającym też hołd grom z epoki ośmio czy 16–bitowej, kiedy również w modzie było umieszczanie w produkcjach scen z udziałem prawdziwych aktorów.
Oto i październik w pigułce. jeżeli więc ktoś – jakimś cudem – zdołał ukończyć wszystkie upragnione tytuły z września, może spokojnie ruszać po kolejne produkcje. Tych, jak widać, nie jest mało, a do tego każdy proponuje coś na tyle nowego, iż trudno nie znaleźć czegoś dla siebie.
Jacek ADAMCZAK















