Szalenie trudno jest nakręcić dobre kino familijne. Wymaga ono nieustannego balansowania na krawędzi – pomiędzy tym, co będzie zrozumiałe i rozrywkowe dla dzieci, a tym, co nie zanudzi dorosłych, ani nie obrazi ich inteligencji. Nic dziwnego, iż wiele filmów polega na tym polu z kretesem. Najbardziej obcesowy, a zarazem popularny podgatunek stanowią w tej chwili produkcje ze zwierzętami w rolach głównych, opowiadające o spotkaniu młodego człowieka z dziką naturą: Mia i Biały Lew, Emma i czarny jaguar, Lena i Śnieżek, Franek i mały kangurek, Nina i Tajemnica Geparda (przyznaję się: ostatnia dwa tytuły bezczelnie wymyśliłem, aby pokazać, jak bezduszna i maszynowa jest to produkcja). Realizowane od linijki, po kosztach, bez jakiejkolwiek inwencji zalewają one kina falami, z nadzieją na szybki zarobek. Sprawiedliwość owiec mogłaby być takim filmem, zwłaszcza o ile weźmie się pod uwagę, iż za reżyserię odpowiadał facet od Minionków, a za scenariusz – koleś od sequeli Kac Vegas i Strasznego filmu. Film Kyle’a Baldy jest jednak całkowitym zaprzeczeniem tego szkodliwego trendu: kinem mądrym, pomysłowym, niesamowicie zabawnym, a przy tym niestroniącym od tematów wagi ciężkiej.
Błogosławieństwem okazał się z pewnością materiał źródłowy, a zatem powieść Leonie Swann, brylująca 20 lat temu na listach światowych bestsellerów. Zarówno w przypadku książki, jak i filmu mamy do czynienia z konwencją kryminału. Zbiorowym bohaterem jest tu stado owiec, które musi poradzić sobie ze śmiercią ukochanego pasterza. Wszystko wskazuje na to, iż mężczyzna – grany w adaptacji przez Hugh Jackmana – został zamordowany. Lokalne służby porządkowe okazują się wyjątkowo niekompetentne, w związku z czym odpowiedzialność za schwytanie mordercy spada w całości na puchate towarzystwo, które – szczęście w nieszczęściu – wyspecjalizowane jest w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Przez wiele lat, każdego wieczora pasterz siadał bowiem na szczycie pastwiska i czytał im na głos powieści detektywistyczne, sądząc, iż nie rozumieją z tego ani słowa. Nie mógł bardziej się mylić.
fot. „Sprawiedliwość owiec” / mat. prasowe UIPWyeksponowany wątek autotematyczny sprawia, iż Sprawiedliwość owiec nabiera wymiaru dekonstrukcji gatunku. Opowieść o stadzie detektywów co rusz obnaża schematy rządzące konwencją. Najlepiej widać to w scenie, w której Lily, najbystrzejsza z owiec, wylicza wszystkie elementy klasycznego whodunnit, a następnie podrzuca policjantowi modelową powieść jako poradnik, mający zainspirować go przy prowadzeniu śledztwa. Scenariusz Craiga Mazina podkreśla jednak, iż rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana niż najlepiej zaprojektowana zagadka, a niewolnicze podążanie za schematami z książki, zamiast pomocne, może okazać się zgubne. Jak każda dobra dekonstrukcja, Sprawiedliwość owiec jest w pierwszej kolejności bardzo udaną realizacją gatunku, z angażującą historią, barwnymi postaciami i nieoczywistym, ale satysfakcjonującym rozwiązaniem intrygi. Wszystkie te zalety razem wzięte lokują film Baldy ekstremalnie blisko takich tytułów jak Patrz jak kręcą czy trylogia Na noże, którą Sprawiedliwość… – proszę w tym momencie wszystkich fanów Riana Johnsona o wyrozumiałość – pod pewnymi względami choćby przewyższa.
Owe względy związane są pośrednio z zagadkowym podtytułem książki Swann, nadanym jej przez pierwszego polskiego wydawcę: „filozoficzna powieść kryminalna”. Filozoficzny aspekt historii wynika w filmie Baldy przede wszystkim z powagi, z jaką potraktowane zostają takie kwestie jak śmierć, pamięć czy żałoba. Do każdej z tych rzeczy bohaterowie zmieniają na przestrzeni fabuły nastawienie, przechodząc przemianę wewnętrzną jako mała społeczność. Sposób, w jaki owce zostają początkowo sportretowane, przypomina do pewnego stopnia sposób portretowania dzieci. Zwierzęta są wyjątkowo naiwne: kultywują irracjonalne zabobony, które przyczyniają się do ostracyzmu, odrzucają koncept śmierci, wierząc w to, iż pewnego dnia zamienią się w chmurki, a kiedy przytrafia im się jakaś niemiła rzecz, to po prostu wymazują ją z pamięci, dokonując kolektywnego aktu zapominania. Sprawiedliwość owiec opowiada się za tym, aby pielęgnować wspomnienia, choćby o ile wiąże się z nimi ból. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie uchronić naszych zmarłych przed drugą, równie przerażającą śmiercią, która ma miejsce wtedy, kiedy pamięć o danej osobie wygasa.
fot. „Sprawiedliwość owiec” / mat. prasowe UIPWiem, iż brzmi to wszystko dość ciężko i na pierwszy rzut oka mało atrakcyjnie, zwłaszcza w kontekście widza dziecięcego. Musicie mi jednak uwierzyć, iż film Baldy jest doskonale wyważony. Emocjonalne, chwytające za serce momenty przełamane zostają regularnie absurdalnym, z ducha brytyjskim humorem, napędzanym m.in. przez obserwacje, jakie czynią owce na temat naszej cywilizacji. Moim faworytem pozostaje ta dotycząca zagmatwanej idei Boga, który jest „dobrym pasterzem, a jednocześnie barankiem, niewidzialnym, ale zrobionym z chleba, który spożywany jest przez wiernych co tydzień”.
Sprawiedliwość owiec to film wyjątkowy. Aktorskie kino familijne, które dostarcza pełen pakiet emocji, w żadnym momencie nie traktując swoich widzów – ani dużych, ani małych – jak idiotów. Opowiastka filozoficzna na miarę Wodnikowego wzgórza, ukryta pod powierzchnią sprawnie poprowadzonego kryminału. Jasne, co jakiś czas pojawiają się tu drobne zgrzyty i mielizny – zwłaszcza, kiedy akcja przenosi się na dłużej do świata ludzi. Całe szczęście świetna obsada aktorska, z przezabawnym Nicholasem Braunem na czele, potrafi każdą taką wpadkę zrekompensować. Poza tym, zarówno Balda, jak i Mazin doskonale zdają sobie sprawę z tego, po co przyszliśmy do kina – na ekranie bardzo gwałtownie znów pojawiają się owce. To przede wszystkim one sprawiają, iż film ogląda się tak, jak gdyby fotel w multipleksie wyłożony był najbardziej puszystym rodzajem wełny.
korekta: Anna Czerwińska




