TEKST ZAWIERA SPOJLERY. Peter siedzi w mieszkaniu i przygląda się pustemu kubkowi po kawie, temu od MJ, a przez dłuższą chwilę nie dzieje się nic. Żadnej muzyki, która podpowiedziałaby, co czuć. choćby logo Marvel Studios jest podmienione: zamiast kadrów z Peterem, które przewijają się tam od lat, lecą twarze wszystkich pozostałych. Jego brakuje. Wymazał się z tego logo równie skutecznie, jak wymazał się z pamięci ludzi, których kochał. Spider-Man: Całkiem nowy dzień.
Ten początek ustawia wszystko, co przyjdzie potem. Wchodziłem na ten film z obawą, którą podzielałaby prawdopodobnie większość widzów po Bez drogi do domu: iż ktoś weźmie zakończenie idealnie gorzkie i idealnie domknięte, po czym zacznie je cofać, rozbrajać, udawać, iż go nie było. Spider-Man: Całkiem nowy dzień robi rzecz przeciwną. Traktuje tamto poświęcenie poważnie i na nim buduje. Pod powierzchnią kolejnego filmu o człowieku w kostiumie kryje się opowieść, jakiej w kinie superbohaterskim dawno nie oglądałem: rzecz o nieobecności i o tym, co robi z człowiekiem puste miejsce, którego nie da się niczym zapełnić.

Zanim wejdę głębiej w szczegóły, muszę wspomnieć o jednej rzeczy, bo inaczej wyjdzie z tego nekrolog zamiast recenzji: bawiłem się na tym filmie jak dawno na żadnym. Wyszedłem z kina naładowany, z tym głupim uśmiechem, który zostaje, gdy coś ci naprawdę siadło. Jest tu smutek i jest ciężar, dojdę do nich. Ale jest też Spider-Man okładający się z Hulkiem, bujanie, od którego podchodzi żołądek, i kilka tekstów, przy których nie dało się nie uśmiechnąć. To nie ponura rozprawka o żałobie, tylko świetna, żywa zabawa, która momentami przechodzi w czystą radochę, a przy tym ma pod spodem serce.
DNA
To nie jest film, którego sekret tkwi w Bez drogi do domu. Jego DNA zapisano już w 1962 roku. Peter Parker Stana Lee i Steve’a Ditki, ten z Amazing Fantasy numer piętnaście, nie był tym przystępnym, zwyczajnym bohaterem, jakiego znamy z plakatów. Był nadąsanym, spiętym samotnikiem z pretensją do świata, chłopakiem, który obrywał w szkole i nosił w sobie urazę. W tym najeżonym, nieufnym Peterze najwięcej jest Ditki. Ciepło, dowcip i słynne zdanie o odpowiedzialności dołożył Lee.

Dopiero John Romita senior kilka lat później wygładził mu rysy, dał mu urok amanta, wprowadził Mary Jane z jej słynnym Face it, Tiger, you just hit the jackpot (1966) i zamienił neurotycznego nastolatka w bohatera studenckiej opery mydlanej. To już był inny Peter. Nie poprawiona wersja poprzedniego, tylko inna osoba pod tą samą maską. Potem przyszła śmierć Gwen Stacy (1973), jeden z tych momentów, po których postać nie wraca już taka sama, i Peter na lata nasiąknął winą.
Był Peter żonaty, od 1987 roku, ustatkowany, dzielący mieszkanie z MJ, mąż i niemal głowa rodziny. Był Peter z Sagi Klonów lat dziewięćdziesiątych, któremu odebrano najbardziej podstawową pewność, jaką bohater może mieć, pewność, iż jest sobą, a nie kopią. Był wreszcie Peter z Superior Spider-Man (2013), którego ciałem zawładnął Doktor Octopus, tak iż przez kilkadziesiąt zeszytów pod maską chodził ktoś zupełnie inny, przekonany, iż poradzi sobie lepiej niż oryginał.

I był rok 2007 i historia, od której ten film bierze tytuł. W komiksowym Brand New Day, tuż po głośnym One More Day, Marvel wymazał małżeństwo Petera i MJ z ciągłości, cofając bohatera do młodszej, samotnej wersji. Zrobiono to brutalnie, przez pakt z Mephisto, co podzieliło czytelników. Sedno tamtego zabiegu zaskakująco przypomina jednak sedno tego filmu: odciąć Petera od ludzi, którzy go definiowali, i sprawdzić, kim stanie się wtedy. Trudno uznać za przypadek, iż Cretton sięgnął właśnie po ten tytuł. Na ekranie rozwija podobną ideę, choć opowiada zupełnie inną historię.
Peter Parker jest jednym z najukochańszych bohaterów popkultury nie mimo tego, iż przez sześćdziesiąt lat pisało go kilkudziesięciu różnych ludzi, ale właśnie dzięki temu. Batman ma swój mit i żelazną tożsamość. Peter jest naczyniem. Każde pokolenie autorów wlewało w niego trochę siebie i wyjmowało trochę innego bohatera, i dlatego każdy z nas może spotkać tę wersję, która akurat pasuje do miejsca, w którym sam się znajduje. Nastolatek odnajdzie nadąsanego odmieńca Ditki. Ktoś po trzydziestce trafi na zmęczonego męża albo na człowieka, który negocjuje sam ze sobą. Ktoś po stracie rozpozna tego z winą po Gwen. Niezmienne jest jedno: zdanie o odpowiedzialności i wuj Ben pod spodem. Cała reszta jest płynna.

Mój sentyment do tej postaci wyrósł dokładnie z tej wielości. Peter to kilka wspomnień naraz, poukładanych wzdłuż mojego życia. Za każdym razem, gdy do niego wracałem, był trochę inny, bo i ja bywałem inny, a mimo to zawsze zostawał sobą. Rzadko trafia się bohater, który dorasta razem z tobą, zamiast czekać zamrożony, aż wrócisz. A z tych wszystkich wersji najbliższa jest mi zawsze ta najzwyklejsza. Chłopak, który ma czynsz do zapłacenia i obrywa od losu częściej, niż na to zasługuje, a mimo to następnego ranka znów zakłada maskę. Z całego panteonu herosów on jeden wygląda, jakby mógł mieszkać piętro niżej.
Izolacja
Siadając na Spider-Man: Całkiem nowy dzień, miałem więc w głowie nie jeden film, ale sześć dekad wariantów tego samego chłopaka. Reżyser, świadomie czy nie, dołożył kolejny: Petera, który sam wymazał się z pamięci świata i musi nauczyć się, kim jest bez ludzi, którzy go dotąd definiowali. Od zaklęcia Strange’a minęły cztery lata. Wszyscy poszli na studia, dorośli, poukładali sobie życie. Peter został na mieście sam, w metropolii, w której każdy go uwielbia i nikt nie wie, kim jest. Zrobił zaś dokładnie to, co robi wielu ludzi po ciężkiej stracie, gdy nie mają się komu zwierzyć: rzucił się w pracę. Jest Spider-Manem bez przerwy. Nie Spider-Boyem, nie synem Starka, nie chłopakiem, który dopiero się uczy. Człowiekiem, który łata dziury w mieście, bo to jedyne, co mu zostało.

Nie dowiadujemy się nawet, z czego się utrzymuje. Przez cały seans nie pada informacja, gdzie ten człowiek pracuje. Jego jedyny stały kontakt ze światem żywych to głos w słuchawce, policyjna znajoma, Jean DeWolff, ktoś pomiędzy przełożoną a starszą koleżanką z pracy, która trochę mu matkuje, choć nigdy by się do tego nie przyznała. Rozmawiają przez telefon o robocie. To całe jego życie towarzyskie. Reszta jest siecią i ciszą. Samotność Petera nie zostaje na poziomie nastroju. Zaczyna zmieniać go fizycznie. Budzi się oblepiony pajęczyną, której nie pamięta, iż wyprodukował. Pajęcze geny przejmują kontrolę. Sieć, która wcześniej wychodziła z wyrzutni, teraz wychodzi z niego, organicznie, bez jego woli.
W jednej ze scen film dosłownie pokazuje wskaźnik: człowiek z jednej strony, pajęczak z drugiej, i strzałka, która przechyla się to w tę, to w tamtą stronę. Peter walczy o to, żeby utrzymać się po ludzkiej stronie tej skali. Można to odczytać płytko, jako samą cielesną grozę. To jednak przede wszystkim obraz tego, co robi z człowiekiem żałoba, której nikt nie opatrzył. Zostawiona sama sobie, nieprzegadana, niewypłakana, zaczyna zmieniać samą tkankę. Peter nie mutuje dlatego, iż go ugryziono. Mutuje, bo od czterech lat nie ma z kim porozmawiać, a organizm musi to gdzieś odłożyć.

Rozumiem widzów, którzy wychodzą z tej sceny głodni, bo chcieliby więcej makabry, więcej pajęczej gorączki. Zgadzam się nawet, iż film muska temat i rusza dalej, iż mógł tu zejść głębiej. Ale sam pomysł, iż izolacja przepisuje ci ciało, należy do najlepszych, jakie kino o tej postaci wymyśliło od czasów, gdy Otto Octavius zrósł się z czterema metalowymi ramionami.
Wróg
Wróg pojawia się najpierw jako zagadka, nie jako postać. Ktoś przeskakuje między ludźmi, przejmuje ich, każe im robić rzeczy wbrew nim samym, i długo ani my, ani Peter nie wiemy, z kim mamy do czynienia. To Jean Grey w wykonaniu Sadie Sink. Owszem, wszyscy wiedzieli o tym przed premierą, bo Sony grało w swoją ulubioną grę w chowanego, w której im mocniej czegoś zaprzecza, tym pewniej wiadomo, iż to prawda. Kiedy wreszcie na ekranie pada jej imię, nikt na sali nie łapie się za głowę. Wszyscy myślą przecież. Szkoda tej tajemnicy, choć w czasach, gdy zwiastun zdradza trzy czwarte fabuły, trudno cokolwiek utrzymać pod kluczem.

Ważniejsze jest to, kim ta Jean się okazuje. Przez jakieś trzy czwarte filmu to po prostu zagrożenie, siła, potwór bez twarzy. Potem opowieść odwraca kartę. Jej siostrę zabrało Damage Control, rządowa firma, która oficjalnie robi dobrze, a nieoficjalnie przerabia ludzi na materiał. Siostra tam zginęła. Jean przez większość seansu o tym nie wie, wie tylko, iż tamta zniknęła. Ostatnie, co siostra zobaczyła przed śmiercią, to kratka wentylacyjna z napisem Vent Max, na której taśma zasłania część liter, tak iż zostaje V-Max. I Jean przez cały film goni to jedno słowo, którego nie rozumie. V-Max. Dopiero na końcu pojmuje, iż nie kryje się za nim żadna organizacja, żaden kod, żaden spisek. To był otwór wentylacyjny. Ostatnia rzecz, na którą patrzyła jej umierająca siostra.
Napisane jest to okrutnie dobrze. Cała paranoja Jean, cała jej krucjata prowadzi do najbardziej banalnego, najbardziej przyziemnego obrazu, jaki można sobie wyobrazić. Nie ma za tym wielkiej tajemnicy. Jest śmierć w brudnym pomieszczeniu, przy kratce, którą ktoś okleił taśmą.

Pisałem kiedyś, iż złoczyńcy dzielą się na tych pisanych od środka i tych pisanych od końca. Od środka, czyli najpierw człowiek, potem rana, a dopiero potem potwór jako konsekwencja tej rany. Od końca, czyli najpierw ustawiamy walkę na finał, a motywację dorabiamy w pośpiechu. Jean jest napisana od środka, z tym iż film pokazuje nam ten środek zbyt późno. Przez dwa akty czytamy ją jak zagrożenie z zewnątrz, i dopiero trzeci robi z niej osobę. Kiedy już to następuje, jest znakomicie. Zanim jednak nastąpi, Jean pozostaje głównie funkcją.
I tu wychodzi realna słabość. Prawdziwym architektem całego nieszczęścia jest Metzger, człowiek Damage Control, którego gra Tramell Tillman, ten sam, który w Severance zbudował jedną z najlepszych ról ostatnich lat. Tutaj dostaje wydmuszkę: składa Peterowi faustowską ofertę (pracuj ze mną, wszyscy cię pokochają), pilnuje tajemniczego skarbca i uśmiecha się jak diabeł w garniturze. Wyjmij nazwisko z kapelusza, wstaw dowolnego aktora, film się nie zmieni. Metzger jest napisany od końca: bez rany, bez stawki, potrzebny tylko po to, żeby fabuła się kręciła. Widać, ile Tillman by z niego wyciągnął więcej, gdyby mu pozwolono.

Zatrzymam się jeszcze przy jednej scenie, bo to moment, w którym film przestaje się patyczkować. Jean wchodzi w MJ. Podszywa się pod nią i odgrywa przed Peterem dokładnie to, o czym on marzy od czterech lat: powoli zadaje pytania, składa fakty, podnosi mu maskę nad ustami, całuje go, mówi Peter, przytula się. Przez sekundę wierzysz, iż MJ wraca. Peter wierzy. Widać na jego twarzy ulgę, ten skok nadziei. A potem okazuje się, iż to Jean, iż to była manipulacja, i iż ciało MJ za chwilę leci z dachu. Zimne jak lód. To scena, po której trudno Jean współczuć, i film doskonale o tym wie. Dobrze, iż przez większość seansu ma odwagę być naprawdę okrutna, zamiast od pierwszej chwili prosić nas o litość.
Punisher i Hulk
Najlepszy pomysł konstrukcyjny tego filmu to obstawienie Petera dwoma innymi mężczyznami, którzy noszą w sobie coś, czego nie da się odłożyć na półkę. Frank Castle, Punisher Jona Bernthala, jest Punisherem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie ma życia poza tym, i chwała twórcom, iż go nie stępili. To ten sam Frank, którego znamy z seriali, bez znieczulenia, przeklinający jak szewc, w filmie z kategorią PG-13, który ani przez moment nie udaje bajki dla dzieci. Bruce Banner z kolei chce być wyłącznie Bruce’em. Nie Profesorem Hulkiem, nie żadnym kompromisem, po prostu człowiekiem. Od czasów Infinity War trzyma Hulka zamkniętego w bagażniku i wmawia sobie, iż wziął z niego tylko dobre strony.

Peter stoi między nimi jak w krzywym lustrze. Jeden nie potrafi być nikim innym niż własnym gniewem. Drugi udaje, iż tego gniewu w nim nie ma. A Peter dopiero się uczy, iż jeżeli zbyt długo wypycha się jedną stronę siebie, wraca ona i mści się na ciele. Cała trójka wyrasta z tego samego korzenia: z czegoś w środku, czego nie sposób wyłączyć, choćby się bardzo chciało. Z tego wychodzi też najczystsza radocha w całym filmie. Peter, prowadząc z Bannerem naukowy dialog, mimochodem pomaga stworzyć uniwersalny tłumik mocy, urządzenie, które potrafi odebrać komuś takiemu jak Jean jej zdolności.
A potem Jean rozłącza Bruce’owi coś w głowie, blokada puszcza i wychodzi Hulk. Nie mądry Hulk, nie Profesor, tylko wielki, wściekły, obnażony do pasa Hulk, który nie wie, gdzie jest, i warczy No Banner, only Hulk. I tu mi po prostu szczena opadła. Spider-Man kontra prawdziwy, rozjuszony Hulk, scena, na którą czekałem, odkąd Holland pierwszy raz założył ten kostium. Pajęczyna, uniki, Peter wisi kolosowi na plecach jak natrętna mucha, Frank Castle ładuje w olbrzyma cały magazynek, a Spidey rzuca do niego coś w rodzaju co, połaskoczesz go?. Cudo. To jest dokładnie ta chłopięca frajda, dla której się w cały ten gatunek wsiąka, i przez te kilka minut film sypie nią pełną garścią.

Szkoda tylko, iż kilka minut. Urywa się szybciej, niż bym chciał, a Bruce ląduje potem gdzieś na drugim planie, w zakładzie, jakby po drodze wypadła scena, która miała to domknąć. Ale to jest marudzenie człowieka sytego. W trakcie samej bijatyki byłem po prostu w siódmym niebie. W tej kwestii nie będę udawał chłodnego obserwatora. To najpiękniej zrealizowany z filmów o tej wersji Spider-Mana.
Realizacja
Zdjęcia Bretta Pawlaka mają to, czego kinu Marvela odmawia się od dawna: cień. Prawdziwy kontrast, kolor, który nie wygląda, jakby przepuszczono go przez ten sam szary filtr co dwadzieścia poprzednich produkcji. Sceny bujania na sieci są najlepsze, jakie widziałem chyba od Amazing Spider-Man 2, a tamten film, przy wszystkich swoich grzechach, akurat latanie miał opanowane. Tu czuć ciężar ciała i ten wolny spadek w dół kanionów Manhattanu, od którego ściska w brzuchu.

Kostium zasługuje na osobny akapit. Holland opowiadał, iż chciał połączyć to, co najlepsze u Maguire’a i Garfielda, i faktycznie to widać: jest czerwony, lekko lśniący odcień z klasyka Raimiego oraz błękit, który miał strój Garfielda, do tego ruchome, grające oczy. Widać przy tym, iż to tkanina, iż się marszczy, iż żyje na ciele, gdy Peter się porusza.
Cretton udowodnił już przy Shang-Chi, iż umie kręcić walki. Tutaj idzie dalej. Zespół kaskaderski Jackie Chana dubluje ninja z Ręki (the Hand), a ta sekwencja jest fantastyczna, gęsta, czytelna, dotkliwa. Nad wszystkim wisi wyraźny ukłon w stronę gier Insomniaca z PS4 i PS5. Peter wykonuje ruchy żywcem wyjęte z gry, są ujęcia, w których nurkuje i łapie kogoś w locie pod dokładnie takim kątem jak w growych przerywnikach, są sieciowe granaty, jest cała ta kinetyka. W momencie, gdy zdejmuje maskę i decyduje się być jednocześnie Peterem i Spider-Manem, film przez chwilę wygląda jak najlepszy przerywnik z gry przeniesiony na wielki ekran, i mówię to jako komplement.

A muzyka Michaela Giacchino. Tu muszę cofnąć wszystko, co zwykle mruczę pod nosem o dźwięku w kinie Marvela, bo ta ścieżka mnie po prostu kupiła. Giacchino jest z tym Spider-Manem od Homecoming i słychać, iż zna tę postać na wylot. W jednej scenie potrafi unieść całą tę samotność, a chwilę później, przy bujaniu i przy bójce z Hulkiem, poderwać człowieka z fotela. Wyszedłem z kina i nosiłem ją w głowie jeszcze długo. Rzadko mi się to zdarza przy filmie superbohaterskim, a tu się zdarzyło.
Aktorstwo
Tom Holland gra tu tak, jak w tej roli jeszcze nie grał. Przez większość seansu jest sam na ekranie i musi go unieść w pojedynkę, bez drużyny, bez mentora, bez nikogo, kto przejąłby ciężar sceny. I unosi. Daleko mu już do rozdygotanego chłopaka z Homecoming, który dopiero uczył się być bohaterem; teraz jest dorosłym facetem, zmęczonym, samotnym, noszącym w sobie stratę, o której nie ma komu powiedzieć. Gra to oszczędnie, często samym ciałem, bo połowę filmu spędza w masce, a i tak wiesz, co Peter czuje.

Kiedy jego własne ciało zaczyna go zdradzać, gdy budzi się w pajęczynie i traci nad sobą kontrolę, Holland gra strach przed samym sobą, a to jest trudniejsze niż strach przed jakimkolwiek złoczyńcą. Dowcip został, te szybkie teksty w środku walki, ale pod spodem jest teraz coś, czego wcześniej nie było: powaga człowieka, który już wie, ile kosztuje bycie Spider-Manem. To najlepsza rzecz, jaką Holland w tym kostiumie zrobił.
Sadie Sink dostaje zadanie odwrotne i pod pewnymi względami trudniejsze. Przez dwa akty musi zagrać kogoś, kto ledwie jest człowiekiem: umysł, który czyta wszystkich dookoła, a sam nie czuje nic. Ten chłód, to spojrzenie, które patrzy przez ciebie, a nie na ciebie, są u niej naprawdę niepokojące, a zagrać przekonująco pustkę, nie usypiając przy tym widza, potrafi mało kto. Najciekawsza jest chwila, w której Jean wchodzi w MJ i zaczyna przed Peterem odgrywać zakochaną dziewczynę.

Sink gra wtedy Jean, która gra MJ, która udaje uczucie, i wszystkie trzy warstwy są jednocześnie czytelne. A potem, na łóżku, kiedy maska pęka i zostaje sama dziewczyna po stracie siostry, ściąga to wszystko w jedną chwilę prawdziwego bólu. Scenariusz, jak pisałem, długo trzyma ją na dystans. Ale w tych kilku scenach, w których dostaje coś realnego do zagrania, pokazuje, iż problem był w piórze, nie w niej.
A Zendaya? Jest. I tyle adekwatnie mogę o niej napisać, co samo w sobie jest jakąś recenzją tej roli. Nie dlatego, iż zagrała źle, tylko dlatego, iż film nie daje jej czego grać. MJ nie pamięta Petera, więc nie ma między nimi tej iskry, która niosła poprzednie części, a jej jedyna duża scena z nim należy tak naprawdę do Jean, bo to Jean nosi wtedy twarz MJ. Prawdziwa MJ przez cały seans stoi z boku, obca sama sobie. Zendaya robi z tym dokładnie tyle, ile się da, czyli niewiele, bo kilka jej dano. Kto przyszedł po chemię Petera i MJ z dawnych części, wyjdzie z pustymi rękami. Podejrzewam, iż to celowe.

Kulminacja nie jest walką. To znaczy jest, jest cała sekwencja w siedzibie Damage Control, jest Peter, który obrywa i się podnosi, jest Jean trzymająca Metzgera. Ale prawdziwe zwieńczenie rozgrywa się w głowie. Jean przez cały film wchodzi ludziom do umysłów, czyta ich myśli, steruje nimi jak marionetkami, i ani razu nie czuje tego, co oni. Nie ma empatii, ma tylko dostęp. Aż do chwili, gdy siada na łóżku w mieszkaniu Petera, a naprzeciw niej pojawia się May. Marisa Tomei wraca. Film przez cały czas dręczył nas pytaniem, co May powiedziała Peterowi tamtego dnia, wracał do tej sceny jak do niedokończonego zdania. Zamiast rozwiązać to wielkim wyznaniem w rodzaju a to była wina wujka Bena, rozwiązuje najciszej, jak się da.
Finał
May mówi do Jean. Potem Peter zamienia się z May miejscami. I Jean nagle czuje. Widzi w Peterze siebie. Widzi kogoś, kto również stracił jedyną osobę, która go prowadziła, i został sam, bez steru. To, co miała ze swoją siostrą, zostaje jej pokazane przez ciotkę obcego chłopaka. I to ją wychładza, nie cios, nie żaden tłumik mocy, tylko rozpoznanie. Siedziałem z gulą w gardle, i to jest najwyższy komplement, jaki mam dla tej sceny.

Jean nie mogła wcześniej wejść Peterowi do głowy. Jego wzmocniony, zmutowany stan ją blokował. To znaczy, iż w finale on ją wpuszcza. Sam, świadomie oddaje jej dostęp do najbardziej bolesnego wspomnienia, jakie ma, bo rozumie, iż to jedyny sposób, by do niej dotrzeć. Człowiek, który przez cztery lata nie wpuścił do siebie nikogo, w kluczowej chwili otwiera drzwi wrogowi.
To, iż wielki finał filmu superbohaterskiego rozgrywa się na łóżku, w rozmowie, a nie na pięści, jest odwagą, jakiej w tym gatunku niemal się nie widuje. Kiedy Frank, nie rozumiejąc sytuacji, strzela do Jean, Peter łapie kulę plecami (jego zmysł pajączka działa choćby wtedy), a Jean, ta sama Jean, która zrzuciła MJ z dachu, ratuje go, podtrzymuje jego oddech, pilnuje, żeby ciało nie odmówiło, dopóki mózg się nie pozbiera. Frank wnosi go potem do szpitala w ujęciu, które jeden do jednego cytuje słynny kadr z komiksowej Civil War. Film zna swoje komiksy i nosi tę wiedzę lekko, bez przechwałek.

A potem przychodzi zakończenie, które jest małym majstersztykiem. Montaż: MJ na dachu tej samej szkoły co w No Way Home, z wisiorkiem, którego teoretycznie nie powinna kojarzyć, więc może jednak coś się w niej rusza. Jean wsiadająca do autobusu i odjeżdżająca w nieznane. I Peter, który idzie do Neda, do sklepu na rogu, i zaczyna ich stare, sekretne przywitanie na dłonie. Powoli. Ned nie pamięta. Ale ręce pamiętają. Przechodzą przez cały ten układ coraz szybciej, mięśnie robią swoje, i na twarzy Neda pojawia się jedno słowo: Peter. Pamięć wymazana z głowy została w ciele. To dokładnie ten sam motyw, co przy mutacji: film wierzy, iż najważniejsze rzeczy odkładają się w nas głębiej niż świadomość. Że ciało pamięta to, o czym umysł zapomniał.
Relacji przy tym nie domykają. MJ mówi Peterowi wprost, iż go nie kocha, iż nie ma po nim żadnych wspomnień, iż zaklęcie zadziałało. Twardo. Ale drzwi zostają uchylone, jest choćby cień sugestii, iż coś mogłoby kiedyś połączyć Petera i Jean. Zobaczymy.

Niedociągnięcia
Skoro stawiam najwyższą ocenę, muszę być uczciwy wobec rys, bo one są. Metzger to zmarnowany potencjał, o czym już pisałem. Wielki aktor w roli funkcji. Damage Control jako złowroga machina działa dobrze jako zapowiedź prześladowania mutantów, ale człowiek na jej czele jest pusty.
Uliczni złoczyńcy przewijają się w montażu i znikają. Tombstone został schowany tak głęboko, iż przez chwilę sądziłem, iż to on będzie tutejszym hersztem mafii, a dostał ledwie mignięcie. Scorpiona gra Michael Mando, ten sam Michael Mando, który dał growemu światu Vaasa z Far Cry 3 (pisałem o nim kiedyś jako o jednym z tych łotrów, których pamięta się latami), i tu marnuje się na dwa błyski.
Sama mutacja, jak wspomniałem, jest tylko liźnięta. Film mógł być odważniejszy, brudniejszy, bardziej cielesny w pokazywaniu tego, jak Peter się rozpada. Dostajemy zapowiedź czegoś mocniejszego i przeskok dalej.
Ostatnia rzecz, bardziej odczucie niż zarzut: miejscami czuć nożyce montażysty. Urwana scena z Bruce’em. Rosario Dawson podobno nakręciła fragment jako Claire Temple i wyleciał. Są miejsca, w których film coś zapowiada i tego nie spłaca.

10/10
A mimo tych rys daję maxa. Dziesiątka. Nie z rozpędu ani z fanowskiej ślepoty, bo do kina superbohaterskiego mam dziś spory dystans, a cierpliwość na wyczerpaniu. Ten film mi ten dystans rozbroił. Wyszedłem zakochany.
To dziesiątka za to, czym ten film chce być, i za to, jak dobrze się przy tym bawiłem. Za odwagę, żeby zrobić kameralną, dorosłą opowieść o samotności i o tym, co robi z człowiekiem strata, a potem owinąć ją w rozrywkę, która nie ściemnia. Za Toma Hollanda, który wreszcie gra mężczyznę, a nie chłopca. Za Bernthala, który jest po prostu Frankiem. Za Spider-Mana okładającego się z Hulkiem i za bujanie, przy którym łapałem się za fotel. Za teksty, które ratują najczarniejsze sceny. Za finał na łóżku zamiast na pięści. Za pusty kubek na początku i za dłonie, które pamiętają na końcu.

Wady tego filmu to głównie wady nadmiaru. Za dużo postaci, za dużo teł, kilka wątków, które zasłużyły na więcej powietrza. To lepszy rodzaj problemu niż pustka. Wolę film, który ma za dużo do powiedzenia, od filmu, który nie ma nic.
Zostaje scena po napisach. Spider-Man w kosmosie? Niech leci. Ciekawszy i tak jest ten autobus, do którego wsiada Jean, jadący gdzieś poza kadr, do kogoś, kogo jeszcze nie poznaliśmy. Kto na nią czeka na następnym przystanku? Ten seans skończył się tam, gdzie się zaczął. Przy pustym kubku, który wreszcie ma szansę przestać być pusty.















