Wynocha! Mówię ci, idź stąd! Po co się tu kręcisz?! Pani Klaudia Matwiejczak, z hukiem postawiła na stole pod jabłonią duży półmisek gorących drożdżówek i popchnęła sąsiada, wychudzonego chłopca. No, idź do siebie! Kiedy twoja matka zacznie cię pilnować? Leniuszku!
Chudy jak szczapa Olek, na którego rzadko ktoś wołał po imieniu, bo wszyscy przywykli do jego ksywki, rzucił spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się w stronę swojego ganku.
Stary dom, podzielony na kilka mieszkań, był tylko częściowo zasiedlony. W praktyce, mieszkały tam dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpenkowie Katarzyna z Olkiem.
Ci ostatni stanowili tę “połówkę”, na którą raczej nie zwracano uwagi, póki nie było jakiejś pilnej potrzeby. Katarzyna i jej syn nie liczyli się i szkoda było na nich czasu.
Katarzyna, poza synem, nie miała nikogo. Bez męża, bez rodziców, walczyła jak mogła. Patrzono na nią krzywo, choć rzadko ktoś ją zaczepiał częściej wyganiano Olka, którego przezywano Konikiem, bo był chudy, długonogi z wielką głową na cienkiej szyjce.
Konik był niepozorny, ze strachu często się wycofywał, ale miał serce ze złota. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka i zaraz próbował je pocieszyć za co nieraz zbieral lanie od matek, które wolały, żeby ich dzieci trzymali z dala od “stracha”.
Kim był ten “Strach”, Olek długo nie wiedział, aż w końcu mama dała mu książkę o Dorotce i wtedy zrozumiał, czemu go tak nazywają.
Ale nie uraziło go to Olek wymyślił sobie, iż skoro go tak nazywają, to pewnie wszyscy czytali tę bajkę i wiedzą, iż “Strach” był mądry i dobry, pomagał wszystkim i w końcu został władcą pięknego miasta.
Katarzyna, której syn podzielił się tym przemyśleniem, nie wyprowadzała go z błędu, bo pomyślała, iż może lepiej, żeby chłopiec wierzył, iż ludzie są lepsi niż naprawdę.
Świat przecież i tak jest zbyt zły i jej syn, prędzej czy później, się o tym przekona. Niech chociaż dzieciństwo będzie radosne
Kochała Olka nad życie. Przebaczyła jego ojcu nieodpowiedzialność i zdradę, a swoją przyszłość wzięła na barki już w szpitalu, ostro sprowadzając do pionu położną, która coś tam komentowała, iż “ten chłopiec urodził się nie taki”.
Głupoty pani opowiada! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie!
No nie twierdzę, iż nie! Ale gdzie mu do mądrego
Zobaczymy jeszcze! mówiła, głaszcząc synka po twarzy i płakała.
Pierwsze dwa lata biegała z Olkiem po lekarzach i wymogła, żeby się nim poważnie zajęli. Jeździła do miasta, telepała się autobusem, przytulając szczelnie zawiniętego synka.
Współczujące spojrzenia ignorowała, a gdy ktoś chciał ją pocieszyć albo radzić, przemieniała się w wściekłą wilczycę:
Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To zostaw mnie w spokoju, ja wiem najlepiej, co robić!
Po dwóch latach Olek wyrównał się do rówieśników, poprawił się, rozwijał się prawie jak inne dzieci, choć piękniś z niego nie był. Głowa duża, trochę spłaszczona, chude rączki i nóżki, a Katarzyna dwoiła się i troiła, żeby jakoś go podkarmić.
Wszystko mu oddawała, sobie odmawiając, więc nie mogło to nie odbić się na jej zdrowiu. Ale Olek, mimo wyglądu, lekarzom już prawie nie sprawiał kłopotów tylko machali głową, patrząc, jak drobna, jak leśny elf, Katarzyna tuli swojego Konika.
Takich matek ze świecą szukać! podziwiała lekarzowa. Chłopak mógł być niepełnosprawny, a teraz, patrzcie, zdrowy i mądry!
Bo mój syn taki właśnie jest! cieszyła się Katarzyna.
My nie o synu, tylko o tobie, Kasiu! Jesteś niesamowitą kobietą!
Ona na to tylko wzruszała ramionami przecież każda matka powinna kochać i dbać o dziecko, gdzie tu zasługa? Robiła po prostu, co trzeba.
Gdy przyszła pora na szkołę, Olek już całkiem dobrze czytał, pisał i liczył, ale trochę się jąkał, co czasem przekreślało jego talenty.
Olek, już wystarczy, dziękuję ucinała jego wystąpienia nauczycielka, dając innym szansę.
Później skarżyła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopak zdolny, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Na szczęście po dwóch latach ta nauczycielka wyszła za mąż i odeszła, zaś klasę Olka przejęła pani Maria Ilińska.
Starsza już, ale pełna energii i kochająca dzieci jak kiedyś. gwałtownie rozgryzła Konika, porozmawiała z Katarzyną i poleciła dobrego logopedę. Olka prosiła, żeby zadania oddawał na piśmie.
Tak pięknie i czytelnie piszesz! Przyjemność czytać!
Konik aż promieniał, gdy go chwaliła, pani Maria czytała głośno jego odpowiedzi całej klasie, podkreślając, jak zdolnego ma ucznia.
Katarzyna płakała z wdzięczności i miała ochotę całować ręce tej kobiety, która tak naturalnie okazywała życzliwość jej synowi. Ale Maria natychmiast ucięła te zapędy:
Och, proszę pani, to przecież moja praca! Chłopca ma pani cudownego. Wszystko się ułoży, zobaczy pani!
Olek ganiał do szkoły podskakując, co bawiło sąsiadów.
O, kica nasz Konik! Znak, iż pora ustąpić miejsca młodym! komentowały sąsiadki. Boże, jak natura mogła tak skrzywdzić dziecko?
Katarzyna wiedziała, co o niej i jej synu myślą sąsiedzi, ale kłócić się nie lubiła. Jak Bóg komuś nie dał serca, to siłą nie zmusisz go do człowieczeństwa. Szkoda życia na analizowanie ludzkiej zawiści lepiej spożytkować czas na coś pożytecznego, jak posadzenie nowej róży pod oknem.
Ich małe podwórko, z grządkami pod każdym oknem i małym sadem na tyłach, nikt nie pomyślał choćby dzielić. Kwadracik przy ganku to była strefa konkretnego mieszkania.
Ten Kasi był najpiękniejszy. Tu kwitły róże i rósł duży krzak bzu, a schody Katarzyna wyłożyła potłuczonymi płytkami, które wybłagała u pana dyrektora lokalnego domu kultury tam robili remont i sterta gruzu lśniła w słońcu jak skarby.
Oddaj mi te płytki! wpadła kiedyś do jego gabinetu.
Co oddać? zdziwił się.
No, te z remontu!
Dyrektor się tylko zaśmiał, ale pozwolił zabrać co chciała. I tak Katarzyna przez wieczór wybierała lepsze kawałki, by zrealizować swoją wizję.
A potem prężyła się przez całą wieś, pchając taczki, na których dumnie siedział Olek.
Co ona z tym śmieciem robi? szeptały sąsiadki.
Ale po kilku tygodniach westchnęły z podziwem, widząc, co Katarzyna stworzyła z tych resztek. Nigdy nie była za granicą ani w muzeach, nie widziała greckich fresków, ale instynktownie wiedziała, co zrobić wyłożony potłuczonymi płytkami ganek był dziełem sztuki i ludzie z wioski przychodzili popatrzeć.
No patrz, artystka z niej!
Ale zupełnie jej nie interesowało, co myślą. Najważniejsze były słowa syna:
Mamo, jak tu pięknie!
Olek, siedząc na schodku, przesuwał palcem po wzorkach i aż promieniał z zachwytu. A Katarzyna znów płakała.
Jej synek był szczęśliwy A miał kilka powodów do radości: pochwała od nauczycieli w szkole albo jakiś smakołyk, pieszczota mamy i jej ciche słowa, iż jest mądry i dobry. I tyle.
Przyjaciół Konik prawie nie miał nie nadążał za chłopcami i wolał czytać, zamiast kopać piłkę. Dziewczynki go unikały, zwłaszcza sąsiadka Klaudia, która pilnowała swoich trzech wnuczek jak oka w głowie.
choćby się nie zbliżaj! groziła Konikowi. To nie twoje towarzystwo!
Nikt nie wiedział, co się dzieje w jej perukowanej głowie, ale Katarzyna zabroniła Olkowi przebywać przy Klaudii i jej wnuczkach.
Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje
Olek zgadzał się i choćby na krok się do niej nie zbliżał. choćby tego dnia, gdy Klaudia szykowała przyjęcie dla najmłodszej wnusi, kilkulatki Wikturki.
No, żeby mi cię tu nie było! pogroziła mu i wrzuciła w rękę dwa drożdżowe bułeczki. Siedź u siebie, aż matka wróci z pracy, rozumiesz?
Olek kiwnął głową, a Klaudia poleciała dalej, bo zaraz miały zjeżdżać dzieci, przyjechać wnuczki i rodzina na urodziny Wikturki. Syn sąsiadki, cherlawy Konik z wielką głową, był jej do niczego niepotrzebny jeszcze by dzieci wystraszył!
Kiedyś odradzała Katarzynie, żeby nie rodziła.
Po co ci to dziecko, Kaśka?! Zmarnuje się! Tylko się upijesz na starość, a dzieciaka zgubi los
Widziała mnie pani choć raz z kieliszkiem? Katarzyna cięta była jak brzytwa.
A to o niczym nie świadczy! Przy takiej biedzie to jedna droga I co ty możesz dać dziecku? Nic!
Od tamtej kłótni, Kasia przestała się z sąsiadką witać, nosiła swój dziwny, wielki brzuch dumnie i choćby na Klaudię nie rzucała okiem.
Później mówiła do synka w brzuchu: Nie bój się, skarbie, nikomu nie dam cię skrzywdzić!
O tym, jak wielu ludzi miało czelność go przez niecałe osiem lat życia obrażać, Konik mamie nie opowiadał. Żal mu jej było Gdy bolało, płakał po cichu, gdzieś w kącie. Wiedział, iż mama przeżyje to stanowczo bardziej niż on sam. Uraza spływała po nim jak po kaczce po chwili już o niej nie pamiętał, tylko żal mu było tych dorosłych, którzy nie rozumieli prostych rzeczy.
Bez żalu i złości dużo łatwiej się żyje
Klaudii Olek już się nie bał, ale nie przepadał za nią. Kiedy go obrażała, uciekał w najdalszy kąt. Gdyby ją ktoś zapytał, co Olek myśli o tych wszystkich awanturach, mocno by się zdziwiła.
Olek jej żałował. Tak, od serca. Było mu po prostu szkoda kobiety, która traciła na złość swoje minutki.
A minutki Olek cenił nad wszystko. Zrozumiał dawno, iż nie ma nic cenniejszego. Wszystko można odzyskać, naprawić ale nie czas.
Tik-tak! powie zegar.
I już Minutki nie ma! Nie złapiesz! Zniknęła i nikt, za żadne pieniądze ani za najładniejszy papierek po cukierku jej nie wróci.
Dorośli tego nie rozumieli
Usiadłszy na parapecie swojego pokoju, Olek zajadał drożdżówkę i patrzył, jak na łące za domem gonią wnuczki Klaudii i wszystkie dzieci, które przyszły na urodziny Wikturki. Jubilatka jak motylek w różowej sukience w oczach Olka przypominała księżniczkę z bajki.
Dorośli świętowali przy stole na ganku, a dzieci w końcu pognały z piłką na łąkę pod starym studnią.
Olek wiedział, iż z sypialni mamy okno wychodzi na całą polanę. Wyskoczył tam i tak długo podziwiał zabawę, aż się ściemniło.
Ktoś z dzieci wracał do rodziców, inni zaczęli nową zabawę. Ale tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się niebezpiecznie przy studni. To przykuło uwagę Konika.
O tym, iż stara studnia jest niebezpieczna, Olek dobrze wiedział. Katarzyna często mu powtarzała:
Tam zrąb się sypie, choć dawno nikt z niej nie korzysta. Ale woda w środku jest. Wpadniesz i koniec! Nie podchodź do studni, synku!
Nie będę, mamo.
Moment, gdy Wikturka ześlizgnęła się do wewnątrz, Olek przegapił. Nagle jednak zorientował się, iż różowej plamki nie ma na łące. Zamarł ze strachu.
Wybiegł na ganek i zorientował się błyskawicznie, iż Wikturki nigdzie nie widać ani na dworze, ani przy stole.
Dlaczego nie przyszło mu do głowy wołać dorosłych? Nie potrafił później wyjaśnić. Runął pędem na tyły domu, choćby nie słysząc, jak Klaudia woła za nim:
Gdzie ci kazałam siedzieć?!
Reszta dzieci miała Wikturkę gdzieś. choćby nie zauważyli jej zniknięcia. Nie zauważyli też, jak Olek dopadł krawędzi studni, coś jasnego zobaczył na dnie i krzyknął:
Przytul się do ściany!
Ostrożnie położył się na obrzeżu, zwiesił nogi do środka i, przeczłapując brzuchem po zbutwiałych deskach, wsunął się w ciemność.
Olek wskoczył do studni, bo rozumiał, iż liczy się każda minuta.
Wiedział, iż Wikturka nie umie pływać sam próbował ją ratować nad jeziorem, gdy babcia Klaudia bezskutecznie usiłowała ją nauczyć.
Wikturka, nałykawszy się obrzydliwej wody, złapała go przerażona za wychudzone ramiona.
Już dobrze, nie bój się! Ja cię trzymam! objął Wikturkę i jak uczyła mama, podtrzymał jej głowę. Trzymaj się, a ja będę wołał!
Ślizgał się po śliskich deskach, Wikturka go ciągnęła na dno, ale zdobył się na ostatni oddech i krzyknął:
Pomocy!
Nie wiedział, iż dzieci z polany zwiały zaraz po jego skoku do wody. Nie wiedział, czy starczy mu sił, czy ktoś go usłyszy.
Wiedział tylko jedno to małe, śmieszne dziewczątko w różowej sukni musi żyć! Bo piękna i chwil do szczęścia na tym świecie nie jest tak wiele.
Wołanie o pomoc długo nie wybrzmiało.
Klaudia właśnie chciała pochwalić się wnuczką, szukała jej wzrokiem, ale zbladła:
Wikturka?! Gdzie ona?!
Goście, lekko podchmieleni, nie od razu zrozumieli, o co chodzi wściekłej gospodyni, która rzuciła gęś na stół i wrzeszczała tak, iż sąsiedzi wybiegli z domów.
A Olek, zanim zemdlał w ciemnej studni, jeszcze zdołał raz krzyknąć, coraz słabiej:
Mamo
Katarzyna, wracając z pracy, czemuś przyspieszyła, zapominając o chlebie. Minęła sklep, nie witając się z sąsiadkami, i pobiegła do domu, czując, iż coś jest nie tak
Jestem już! zawołała na podwórku, gdy zobaczyła Klaudię osuwającą się na schodach. Nie zastanawiając się, pognala na tyły domu, dziko nasłuchując głosu syna.
Ja tu jestem, synku!
Nie musiała się domyślać, skąd dochodzi głos. Stara studnia od dawna ją przerażała, nie raz chodziła do gminy błagać, by ją zasypali. Bez skutku. Zabezpieczenie, które sama zrobiła, było śmieszne dla ciekawskich dzieciaków, ale nikogo już to nie obchodziło.
Nie myślała zbyt długo wpadła do domu, chwyciła linkę od prania i wybiegła głośno nawołując:
Chodźcie! Trzymajcie!
Na szczęście zięć Klaudii jeszcze trzeźwy, natychmiast złapał, o co chodzi. gwałtownie zawiązał Katarzynie linkę wokół pasa:
Dawaj, ja cię trzymam!
Wikturka od razu uczepiła się Katarzyny, mocno ją przytulając. Kasia aż zadrżała z nerwów. Synka nie mogła w tej ciemności wyłowić
I wtedy zaczęła się modlić jak w szpitalu, kiedy na świat przychodził jej synek:
Boże, nie zabieraj!
Resztkami sił szukała w lodowatej wodzie. Mijały sekundy, bito je jakby obuchem strach i beznadzieja aż odbierały oddech, ale się nie poddawała.
Proszę cię
Coś chude i śliskie trafiło jej w rękę. Szarpnęła i wyłowiła syna, bojąc się myśleć, czy oddycha. Krzyknęła najgłośniej, jak mogła:
Ciągnij!
Wreszcie, kiedy już ich wyciągali, usłyszała cichy, zachrypnięty głosik:
Mamo
Po niemal dwóch tygodniach w szpitalu Olek wrócił do domu bohater.
Wikturkę wypisali prędzej. Nabrała wody, przestraszyła się, ale poza kilkoma wielkimi zadrapaniami i rozerwaną sukienką nic jej nie było.
Olka spotkało więcej: złamane nadgarstki bolały, oddychało się ciężko, ale najważniejsze, iż mama była przy nim. Strach o Wikturkę minął, bo odwiedzała go potem z rodzicami. Olek cieszył się, iż wraca do swoich książek i ukochanego kota.
Mój drogi chłopaku Gdyby nie ty płakała Klaudia, tuląc go ja dam ci wszystko, co zechcesz!
Po co? Olek wzruszył ramieniem. Zrobiłem tylko to, co trzeba. Jestem chłopakiem, tak? Tak trzeba.
Klaudia nie miała słów, tylko znów go uściskała, nie wiedząc, iż ten chudy, niezdarny chłopak, co na zawsze został Konikiem, kiedyś poprowadzi wojskową karetkę z rannymi pod ostrzałem. I potem, nie patrząc, kto jest kim, zrobi wszystko, by ulżyć cierpiącym, którzy tak jak kiedyś on będą wołać mamę
Na pytanie: po co to robisz, skoro cię w życiu tak źle traktowano? Odpowie tylko:
Jestem lekarzem. Tak trzeba. Po prostu trzeba żyć i pomagać. To jest adekwatne.
***
Wiesz, tak sobie myślę, iż miłość matki naprawdę nie zna granic. Katarzyna nie miała w życiu łatwo, wiecznie pod prąd, sama z dzieckiem. Ale dzięki niej Olek wyrośl na dobrego, mądrego człowieka, i bez względu na to, co o nim mówili i jak wyglądał okazał się prawdziwym bohaterem, gdy nie wahając się, ruszył ratować Wikturkę. W końcu to nie wygląd czyni człowieka, ale serce.
Najbardziej poruszające jest to, iż sąsiedzi musieli przyznać Olekowi i Katarzynie rację dopiero po jego czynie. Widać, iż zło się rozbija o prawdziwą dobroć, i warto w nią wierzyć. Jak Olek odpowiedział: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Tak się powinno żyć.
Wiesz, zatknęło mnie Pomyśl, czy dobroć mimo wszystko zawsze przebije się do świata, zmienia ludzi? Znasz takie historie, gdzie człowiek wygląda tak sobie, a okazuje się milion razy więcej wart niż ktoś z zewnątrz ładniejszy? Jestem pewna, iż takich historii trochę każdy z nas przeżył. Bo najważniejsze to co w środku.





