Są takie nazwiska w świecie metalu, których przedstawiać nie trzeba. Max Cavalera zdecydowanie do nich należy. I choć jeżeli chodzi o jego muzyczną drogę, zdecydowanie bliżej mi do tego, co stworzył z Sepulturą (szczególnie tej bardziej thrashowej niż późniejszych, coraz bardziej groove’owych oblicz zespołu), to na koncert Soulfly wybierałem się z ogromną ciekawością.
Tym bardziej, iż miał to być mój pierwszy raz z Soulfly na żywo.
Późnoletni wieczór. Niby wciąż ciepło, ale już zdecydowanie nie na tyle, żeby bez zastanowienia wychodzić z domu „na krótko”. Lato powoli zaczynało przypominać, iż ma swoje ostatnie dni.
Niestety przez obowiązki zawodowe nie udało mi się zdążyć na support, czyli polską formację Węże. Szczerze mówiąc, wcześniej nigdy ich nie słyszałem, więc byłem trochę ciekaw, co pokażą. Z relacji znajomych wynikało jednak, iż panowie muszą jeszcz… trochę poćwiczyć. Albo po prostu trochę więcej pograć. A może jedno i drugie.
Ja tymczasem idealnie zdążyłem na początek koncertu Soulfly.
I dobrze, bo Max i spółka nie zamierzali brać jeńców.
Od „Back to the Primitive” zaczęło się bardzo konkretnie
Pierwsze uderzenie to oczywiście „Back to the Primitive” i od razu można było poczuć, iż Soulfly przyjechali do Warszawy przede wszystkim zrobić jedną rzecz: urządzić konkretną, metalową rozpierduchę. Tłum od początku reagował bardzo żywiołowo, a kawałek, który przez lata stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych numerów zespołu, zadziałał idealnie jako koncertowy starter.
Potem „Seek 'n' Strike” i jeszcze mocniejsze wejście w tryb: „nie stój, tylko ruszaj się”. Nie było tu za wiele czasu w rozgrzewkę. Zespół od pierwszych minut narzucił tempo i adekwatnie już do końca koncertu kilka z niego schodził.
„No Hope = No Fear” tylko podtrzymał tę energię. Stare numery Soulfly brzmiały bardzo dobrze i właśnie tutaj najbardziej było widać, jak mocno ten zespół żyje na scenie. Bo choć można mieć swoje ulubione okresy twórczości Maxa Cavalery, trudno odmówić Soulfly jednego – koncertowo te kawałki działają naprawdę znakomicie.
Potem przyszła pora na „Prophecy”, a więc kolejny numer dobrze znany fanom zespołu. Było ciężko, było groove’owo i było bardzo wspólnie. Progresja tego wieczoru naprawdę żyła tym koncertem (chociaż mój kumpel miał jakieś muzyczne zastrzeżenia do tego kawałka, haha).
Od starego Soulfly do „Chama”
W kolejnych minutach dostaliśmy „No Pain = No Power”, a później „Tribe”. I właśnie ten drugi numer przypomniał, iż Soulfly od zawsze było czymś więcej niż po prostu kolejnym metalowym zespołem. Ten cały tribalowy klimat, charakterystyczne rytmy i duch muzycznych inspiracji Maxa Cavalery przez cały czas są jednym z najważniejszych elementów tożsamości zespołu.
Po chwili „Execution Style”, a następnie „Fire”. I tutaj atmosfera pod sceną zrobiła się jeszcze bardziej intensywna. Zresztą energia to słowo, które podczas tego koncertu można odmieniać przez wszystkie przypadki.
Było jej mnóstwo.
„Bring It”, „I and I” i „Downstroy” sprawiły, iż koncert adekwatnie nie miał momentu przestoju. Zespół umiejętnie przeplatał kolejne okresy swojej działalności, nie pozwalając publiczności na zbyt długie złapanie oddechu.
Nie zabrakło również materiału z najnowszego okresu działalności. „Chama” i „Bumba” pokazały, iż Soulfly nie przyjechało do Warszawy (a tak naprawdę na trzy koncerty do Polski) wyłącznie po to, żeby odcinać kupony od swoich największych klasyków.
Sto lat dla Ritchiego i młody bębniarz
Jednym z najciekawszych momentów wieczoru było „Bleed”. Na scenie pojawił się Richie Cavalera, a w pewnym momencie tłum przerwał metalową rozpierduchę czymś absolutnie po polsku: głośnym „Sto lat” dla solenizanta.
Nie wiem, czy Richie spodziewał się takiego koncertowego prezentu urodzinowego, ale trzeba przyznać, iż warszawska publiczność stanęła na wysokości zadania.
A skoro już jesteśmy przy gościach na scenie, pojawił się również młody chłopak, który wspólnie z zespołem zagrał na bębnach (nie, nie na perkusji). I był to jeden z tych sympatycznych momentów, które pokazują, iż mimo ogromnego doświadczenia i całej legendy stojącej za nazwiskiem Cavalera, koncert Soulfly wciąż może mieć w sobie trochę spontaniczności i zwykłej, ludzkiej euforii z grania muzyki.
„Storm the Gates”, „Favela/Dystopia” i ostatnia prosta
Po „Bleed” dostaliśmy fragment „Storm the Gates”, a następnie „Favela/Dystopia”. Koncert powoli zbliżał się do końca, ale trudno było odnieść wrażenie, iż zespół zaczynał się oszczędzać.
Wręcz przeciwnie.
Cały wieczór Max Cavalera był w naprawdę bardzo dobrej formie. W ostatnich miesiącach mocno schudł i było to widać, ale przede wszystkim było to słychać i czuć w jego scenicznej energii. Nie mam tu na myśli jakiegoś wymyślonego odmłodzenia o trzy dekady – człowiek swoje lata ma, swoje przeszedł i swoje zrobił. Ale przez cały czas potrafi stanąć na scenie i sprawić, iż kilka tysięcy ludzi chce wspólnie krzyczeć, skakać i robić wszystko to, co podczas koncertu metalowego robić się powinno.
Bis? No to jedziemy!
Na bis Soulfly przygotowali prawdziwą ucztę dla fanów ciężkiego grania.
Najpierw fragment „Headup” Deftones. Krótko, ale bardzo efektownie. Później „Jumpdafuckup” i oczywiście trudno było oczekiwać, żeby publiczność przy takim numerze grzecznie stała w miejscu.
No i na sam koniec „Eye for an Eye”.
Klasyka. Finał. Ogień.
I po wszystkim można było spokojnie stwierdzić, iż Progresja dostała tego wieczoru dokładnie to, czego można było się spodziewać po koncercie Soulfly — ogromną dawkę energii, ciężaru, groove’u, rytuału, metalu i wspólnego przeżywania muzyki.
Soulfly może nie jest moje, ale…
Czy Soulfly jest moim ulubionym zespołem? Nie.
Czy w dyskografii Maxa Cavalery wciąż bliżej mi do thrashowych dokonań Sepultury niż do większości tego, co przez lata nagrał z Soulfly? Zdecydowanie tak.
Ale właśnie dlatego warto czasami iść na koncert z otwartą głową.
Bo choć muzyka Soulfly nie jest tą, którą najczęściej odpalam w domu, po tym koncercie mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż ogromnie doceniam to, co Max Cavalera i jego zespół przez lata zbudowali. To nie jest przypadkowa grupa z kilkoma znanymi numerami. To zespół, który ma swoją tożsamość, charakter i, co najważniejsze, niezwykle oddanych fanów na całym świecie.
A patrząc na to, co działo się w Progresji, również w Warszawie.
I choćby jeżeli w moich słuchawkach częściej wyląduje stara Sepultura, to koncert Soulfly zapamiętam jako cholernie dobrą, pełną energii metalową noc.
A tego wieczoru o energię naprawdę nie trzeba było się martwić.
Kacper















