Smak wolności
Remont skończyliśmy w zeszłej jesieni zaczęła opowiadać Zofia Ignaczak.
Długo wybieraliśmy tapety, kłóciliśmy się zawzięcie o kolor płytek w łazience i z uśmiechem wspominaliśmy, jak dwadzieścia lat temu marzyliśmy o własnym trzypokojowym mieszkaniu.
No i proszę zadowolony stwierdził mój mąż, gdy świętowaliśmy koniec remontowych zmagań teraz czas Michala ożenić. Przyprowadzi tu żonę, pojawią się dzieci i zrobi się w domu wreszcie gwarno, prawdziwie.
Jego plany jednak gwałtownie obróciły się w pył. Starsza córka, Jagoda, wróciła do domu z dwoma walizkami i dwójką dzieci.
Mamo, nie mam gdzie się podziać powiedziała. Te słowa z miejsca przekreśliły wszystkie nasze zamiary.
Pokój Michała oddaliśmy wnukom. On, na szczęście, nie protestował, tylko wzruszył ramionami:
Spokojnie, niedługo będzie moje własne.
Własne to kawalerka po mojej matce. Tam też był porządny remont, a ostatnio wynajmowaliśmy ją młodemu małżeństwu. Co miesiąc wpływała na konto skromna, ale bardzo ważna suma ta nasza poduszka bezpieczeństwa na czarną godzinę, gdy już będziemy z mężem niedołężni.
Kiedyś widziałam, jak Michał i jego narzeczona, Lena, przechodzili koło tamtego bloku, patrzyli w górę i coś debatowali.
Wiedziałam, na co liczą, ale nic nie proponowałam.
Aż usłyszałam:
Pani Zofio, Michał mi się oświadczył! choćby miejsce na ślub już mamy! Wyobraźcie sobie Lena promieniała na sali będzie prawdziwa kareta, żywa harfa i letni taras! Goście wyjdą do ogrodu
A gdzie zamieszkacie po ślubie? nie wytrzymałam taka uroczystość pewnie kosztuje sporo złotych!
Lena spojrzała na mnie, jakbym spytała o deszcz na Wenus.
Na razie u was. A potem się zobaczy.
U nas powiedziałam wolno już mieszka Jagoda z dziećmi. To już nie mieszkanie, ale akademik.
Lena nadęła usta.
Racja. U was to chyba nie ma sensu. Poszukamy prawdziwego akademika. Tam przynajmniej nikt nie będzie się czepiał naszej prywatności.
To nikt nie będzie się czepiał zabolało mnie. Przecież nie wtrącałam się do ich życia. Chciałam tylko uchronić ich przed lekkomyślnością.
Potem jeszcze rozmawiałam z Michałem. Ostatnia próba.
Synku, po co tak hucznie? Wystarczy ślub w urzędzie, a pieniądze odłóżcie na wkład własny! głos mi się łamał.
Syn patrzył w okno, twarz miał spiętą.
Powiedz, mamo, czemu wy już dwadzieścia pięć lat każdy jubileusz swojej rocznicy świętujecie w Złotym Smoku? W domu byłoby taniej.
Nie umiałam odpowiedzieć.
No właśnie uśmiechnął się z satysfakcją wy macie swoją tradycję, my będziemy mieć swoją.
Porównał naszą rodzinną kolację raz na pięć lat do ich wesela za dwieście tysięcy złotych!
W jego oczach zobaczyłam nie syna, a sędziego. Sędziego, który już wydał wyrok: hipokryci. Sobie wszystko wolno, jemu nic. Zapomniał tylko, iż wciąż płacimy raty za jego samochód. O poduszce bezpieczeństwa chyba nigdy nie pomyślał.
A teraz mu potrzebne wesele! I to jakie!
Obraził się na mnie z Leną szczególnie za to, iż nie chciałam przekazać im kluczy do babcinej kawalerki.
***
Pewnego razu wracałam późno do domu pustawym autobusem, patrzyłam na swoje odbicie w ciemnym oknie. Zobaczyłam zmęczoną kobietę, wyglądającą na dużo starszą niż jestem. W rękach torba z zakupami, w oczach strach.
Z nagłą, bolesną jasnością zrozumiałam: wszystko, co robię, wynika ze strachu!
Ze strachu być ciężarem, ze strachu, iż dzieci mnie zostawią. Przed przyszłością.
Kawalerki nie oddaję Michałowi nie dlatego, iż żal, ale z obawy, iż zostanę bez niczego.
Chcę, żeby się wykazał, ale sama podcinam mu skrzydła, opłacając mu życie, bo boję się, iż nie da rady, a chłopak się załamie.
Oczekuję od niego dorosłych decyzji, a traktuję go jak dziecko, które nic nie rozumie.
A przecież Michał i Lena chcą po prostu zacząć życie po swojemu. Z karetą i harfą. Tak, głupie i rozrzutne. Ale mają do tego prawo! Ze swoich środków.
Najpierw dogadałam się z najemcami, by jak najszybciej znaleźli nowe lokum. Po miesiącu zadzwoniłam do Michała.
Przyjedźcie. Pogadamy.
Przyjechali spięci, gotowi na wojnę. Postawiłam herbatę na stole i położyłam pęk kluczy do babcinej kawalerki.
Bierzcie. Nie cieszcie się przesadnie: to nie prezent. Macie ją na rok. W tym czasie zdecydujecie albo bierzecie kredyt, albo zostajecie, ale na innych zasadach. Wynajmu za rok nie odzyskam, ale trudno. Potraktuję to jak inwestycję. Nie w wasz ślub w waszą szansę, byście byli rodziną, nie współlokatorami.
Lena otworzyła szeroko oczy. Michał patrzył na klucze, jakby nie rozumiał co się dzieje.
Mamo a… Jagoda?
Jagodę też czeka niespodzianka. Jesteście dorośli. Wasze życie jest teraz waszą odpowiedzialnością. Nie będziemy waszym tłem ani portfelem. Tylko rodzicami, którzy kochają, ale nie ratują.
Zapanowała cisza.
A wesele? Lena spytała niepewnie.
Wesele? wzruszyłam ramionami nie wiem. Jak znajdziecie na harfę, to będzie harfa.
***
Michał i Lena pojechali, a mnie ogarnął strach. Wielki, do łez. Co jeżeli nie dadzą rady? Co jeżeli się już nigdy nie pogodzimy?
A jednak pierwszy raz od lat miałam w sobie lekkość. Powiedziałam nie nie im, tylko własnym lękom. I pozwoliłam synowi ruszyć w dorosłe, trudne, niezależne życie.
Jakie by nie było
***
Teraz spójrzmy na to oczami syna.
Z Leną marzyliśmy o niezwykłym weselu. Ale rozwód mojej siostry wszystko wywrócił. Gdy mama stwierdziła, iż wydawanie fortuny na ślub nie ma sensu, coś we mnie pękło.
To czemu wy co pięć lat idziecie do restauracji na swoją rocznicę? Doma byłoby taniej! wyskoczyłem.
Widziałem, iż to ją zraniło. Chciałem, żeby zabolało.
Tak, dostali mi samochód. Ale nie prosiłem o niego! Teraz wypominają kredyt. Ale to była ich decyzja.
Remont w mieszkaniu niby dla nas. Ale mieszkać tam nie możemy.
Babcia zostawiła kawalerkę dla nich ważniejsza niż wesele jedynego syna!
I co dalej? Jak powiedzieć sobie i światu, iż jesteśmy razem, jesteśmy rodziną?
Lena kiedyś powiedziała cicho:
Michał, nie mogę ci nic dać. Rodzice nie pomogą mają swoją hipotekę.
Dajesz mi siebie odparłem, chcąc ją pocieszyć. Ale w środku byłem zły. Nie na nią. Na niesprawiedliwość. Dlaczego rodzice mają tak ciężko, dlaczego pomagają z taką miną, jakby każdy złoty był gwoździem do trumny? Takiej pomocy nie sposób przyjąć z wdzięcznością.
W powietrzu wisiały żale, których nikt nie wypowiedział. I nagle telefon mama z dziwnie stanowczym głosem.
Przyjedźcie. Pogadamy.
Czuliśmy się, jak na egzekucję. Lena ścisnęła moją dłoń:
jeżeli odmówi pomocy przy weselu…
Może kiwnąłem.
***
Na stole leżał pęk kluczy. Od razu rozpoznałem stary breloczek. To były klucze z dzieciństwa.
Bierzcie powiedziała mama.
I wygłosiła krótką, ale rewolucyjną przemowę. O roku. O decyzji. O tym, iż nie będą już naszym portfelem i wsparciem. Wieczne nie mamy gdzie mieszkać straciło moc, a wieczne rodzice wszystko rozwiążą upadło.
Wziąłem klucze. Były zimne i dziwnie ciężkie.
Wtedy pojawiło się olśnienie: przecież nigdy nie usiedliśmy z rodzicami i nie pogadaliśmy naprawdę: Mamo, tato, rozumiemy wasze obawy. Może spróbujmy wspólnie coś ustalić, żebyście nie musieli nam wszystkiego dawać?
Nie. Zawsze czekaliśmy, aż sami się domyślą i spełnią nasze oczekiwania. Jak w dzieciństwie.
A wesele? cicho spytała Lena.
Wasze wesele? mama wzruszyła ramionami jeżeli starczy na harfę, to będzie harfa.
Wyszliśmy na ulicę. Przerzucałem klucze w dłoni.
Co teraz? Lena się nie pytała o mieszkanie. O wszystko.
Nie wiem przyznałem szczerze. Teraz to nasza sprawa
W tej groźnej, nowej odpowiedzialności czułem dziką, pierwotną wolność. I pierwszy krok: czy naprawdę potrzebujemy karety i harfy? Tradycje są ważne, ale na czymś więcej niż jeden niezwykły dzień.
***
Jak to się skończyło?
Dorosłe życie Michała i Leny zaczęło się już następnego dnia.
Wreszcie razem! Własne mieszkanie! Może jeszcze nie ich, ale swoje. Nie duże, ale przytulne. Świeży remont. Cisza, spokój! Początkowo goście codziennie! Jak to wolność!
Po miesiącu pojawiła się szalona myśl: chcemy psa! I to dużego!
Okazało się, iż Lena marzyła o nim od zawsze, ale mama nie pozwalała. Michał miał psa dawno, jeszcze w podstawówce, ale zwierzak uciekł. Wielka tragedia.
Brakujący element szczęścia zawitał szybko: sympatyczny golden retriever o imieniu Maksiu.
Trzymiesięczna rozrabiaka natychmiast narzuciła własne porządki: drapał ściany, gryzł meble, załatwiał się wszędzie.
Zofia Ignaczak była w szoku, gdy przyszła w odwiedziny: nikt jej nie uprzedził o nowym lokatorze.
Michał! Lena! Jak mogliście? choćby nie zapytaliście! prawie płakała Zofia, kręcąc się po mieszkaniu. I po co wam taki wielki pies? Trzeba go pilnować, a on siedzi sam cały dzień! Nic dziwnego, iż niszczy. Ile tu sierści! Sprzątacie to w ogóle? A ten zapach! Nie, to przesada! Musicie go oddać! Może jutro?
Mamo obruszył się Michał na rok dałaś nam mieszkanie. I co? Teraz będziesz mówić, jak żyć? Oddać klucze?
Nie, nie podskoczyła Zofia słowa dotrzymuję. Rok to rok. Ale mieszkanie oddajecie w takim stanie, jak je dostaliście. Jasne?
Jasne przytaknęli Michał i Lena jednocześnie.
Do tego czasu nie spodziewajcie się moich wizyt. Nie chcę tego oglądać.
***
Matka słowa dotrzymała. Nie odwiedzała domu. Rzadko dzwoniła.
A po czterech miesiącach Michał wrócił do domu rozstał się z Leną.
Długo opowiadał, jaka była złym gospodarzem. Źle gotowała. Nie dbała o psa. Nie wyprowadzała go. Trzeba było Maksa oddać hodowcy. I nie tak po prostu. Tydzień namawiali.
Kupili karmy na trzy miesiące taki był warunek. A karma, jak wiadomo, swoje kosztuje!
Michał, czy nie pospieszyłeś się z Leną? spytała Zofia z ukrywaną satysfakcją przecież mieliście mieć wesele z karetą i harfą
Jakie wesele, mamo?! Daj spokój! Możesz spokojnie wynająć babciną kawalerkę.
Ale czemu? Nie chcesz tam mieszkać?
Nie, wolę w domu pokręcił głową Michał chyba iż się nie zgadzasz?
Zawsze się zgadzam odparła Zofia tym bardziej, iż po wyprowadzce Jagody z dziećmi znów zrobiło się pustoZofia milczała przez chwilę, patrząc na syna, który nagle wydawał się zupełnie dorosły, choć zmęczony i nieco pogubiony. Kuchenne światło rozlało się miękko po stole, na którym kiedyś stały pęki kluczy i kubki z herbatą. Wreszcie westchnęła cicho.
Michał, tu zawsze będzie dla ciebie miejsce. I dla Jagody. choćby dla Maksa, gdyby kiedyś wrócił.
Syn uśmiechnął się blado. Nie było w tym śmiechu triumfu, raczej zgoda na kolejną zmianę. Oparł się o parapet, zapatrzony w ciemne podwórko.
Wiesz co, mamo? Chyba potrzebowałem tej lekcji. Tego mieszkania, tej wolności choćby psa i samotności.
Zofia podeszła do niego, położyła rękę na ramieniu.
Każdy potrzebuje czasem własnego kawałka świata. Ale dom rodzinny nie znika. Zostaje w nas, choćby jeżeli jest ciasny, głośny, pełen dzieci i kłótni.
Po oknach kapał cichy deszcz. W oddali rozbrzmiał dźwięk harfy z jakiejś reklamy w telewizji sąsiadów.
Michał uśmiechnął się szeroko pierwszy raz od dawna i choć w sercu czuł rozdrapane rany, wiedział, iż na własnych warunkach odnajdzie to, czego szukał: nie karety, nie spektakularnego ślubu, nie choćby kawalerki z poduszką bezpieczeństwa. Tylko siebie.
A Zofia, patrząc na niego, pojęła, iż smak wolności dojrzewa powoli. Czasem trzeba odpuścić, by zrozumieć, iż prawdziwy dom to nie adres, ale obecność, czułość i gotowość na zmiany.
Więc na stole cicho zapachniała świeża herbata.
I wreszcie, bez żadnych pretensji, zaczęło się nowe tak zwykłe jak domowe światło, tak ciche, jak kręty powrót syna.
Prawdziwie, spokojnie, razem.
