Nie zliczę opowieści, w których kobieta przechodzi kryzys, nie potrafi sobie z nim poradzić i słyszy jedno proste słowo: histeria. I chociaż w książce Śluza to słowo nigdy nie pada, to mamy tu zaskakujący powrót do postaci słabej kobiety, którą przygniotła kariera i brak życia rodzinnego.
Śluza skupia się na Łucji, która w ramach projektu z biologii wyjeżdża na kilka miesięcy badań roślin leczniczych. Tuż przed wyjazdem dostaje list od samej siebie z przeszłości. Pod wpływem wiadomości zaczyna kwestionować wybory, które doprowadziły ją do tego punktu kariery.
Opis książki obiecuje nam bardzo dużo: thriller psychologiczny w półdzikiej przyrodzie, krytykę środowiska akademickiego i panującej w nim hierarchii. Do tego w tle majaczy się tytułowa Śluza jako nietypowy, metaforyczny, ale też tajemniczy element. To dużo obietnic i adekwatnie żadna z nich nie jest spełniona, a książce brakuje po prostu…treści.
Fot. Wydawnictwo ZnakŁucja pod wpływem listu wraca myślami do swoich ambicji z czasów liceum i porównuje je z tym, jak faktycznie żyje. Pasję do teatru przehandlowała za praktyczną karierę na uniwersytecie, gdzie zajmuje się biologią – bez prawdziwego zainteresowania własnymi badaniami. Kilkumiesięczne badania pozwalają na chwilę odciąć się od szybkiego tempa codzienności i rozważenia, czy chce coś zmienić. Do tego poznaje śluzową – kobietę, która w oczach Łucji jest poukładania, spokojna i spełniona w czymś tak banalnie prostym, jak obsługa śluzy.
To interesujący punkt wyjściowy, który jednak gwałtownie się wykoleja. Kiedy badania Łucji napotykają trudności organizacyjne, ta doświadczona organizatorka nagle zupełnie nie potrafi sobie poradzić. Część jej nielogicznych działań przypisujemy pojawiającemu się kryzysowi tożsamości, ale trudno nie zauważyć, jak banalne jest to zobrazowanie. Autorka maluje nam tu portret kobiety, która rozpada się całkowicie. Nie potrafi poradzić sobie z zupełnie niczym i potrzebuje być zaopiekowana.
Nie twierdzę, iż każda postać kobieca w kulturze, która doświadcza kryzysu, ma być napisana jako ta, co zaciska zęby i jest swoją własną wybawicielką. Śluza jednak podchodzi do tego trudnego tematu tak powierzchownie i banalnie, iż jest to wręcz zadziwiające. Widzimy tu nie jedną, ale dwie kobiety, które na pierwszy znak trudności trafiają do zamkniętych ośrodków i wychodzą z nich zdolne wyłącznie do prostych, rutynowych działań. Co przychodzi na myśl przy takich podejściu?
Chociażby The Yellow Wallpaper Gertude Stein i długa tradycja portretowania kobiety w histerii, która zachowuje się irracjonalnie, jest zagrożeniem i musi, po prostu musi odizolowana od świata. Do tego broń, Boże, żeby zajmowała się czymkolwiek intelektualnym.
Bardzo, ale to bardzo zaskoczyło mnie tak spłycone podejście do tematu zdrowia psychicznego kobiet oraz zaproponowane w książce rozwiązanie. Przede wszystkim dlatego, iż prawdopodobnie wiele osób sięgnie po Śluzę z zainteresowania opisem, a być może nie każdy powinien na tę opowieść trafić. Bo być może ktoś zmagający się z kryzysem zobaczy, iż ten moment jest końcem. Uwierzy, iż nie da się wyjść z trudności, iż jedyną odpowiedzią jest porzucenie wszystkiego i izolacja, oraz iż nie ma życia po kryzysie. Czy to jest przesłanie, które chcemy przekazywać dalej? Nie wydaje mi się.
Śluza mnie rozczarowała. Najpierw niespełnionymi obietnicami fabularnymi, a potem sztywnym, małowrażliwym podejściem do trudnego, a ważnego tematu. Ostatecznie mam do powiedzenia: nie tędy droga. Nie wszystko musi być słodkie i cukierkowe, a kryzys może być naprawdę katastrofą, ale nie oznacza końca świadomego i wartościowego życia. A tego właśnie doświadczają kobiety w histerii, którym rzekomo nie da się już pomóc.
Powyższy tekst powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak. Dziękujemy!
Fot. główna: Kolaż z użyciem oficjalnej okładki.






