Czas by wrócić wrócić do jednego z najdziwniejszych (i najciekawszych) ukrytych klejnotów horroru science fiction. W Helix widać odcienie wszystkiego: trochę Coś, trochę Obcego, choćby trochę Z Archiwum X.
Podstawa pierwszego sezonu Helix jest prosta. Zespół szybkiego reagowania CDC zostaje zrzucony do arktycznej bazy badawczej (brzmi znajomo?) po wybuchu epidemii spowodowanej wirusem, który działa bez rozpoznawalnej logiki. Sam budynek — długie korytarze, zamknięte laboratoria, okna wychodzące na biel śnieżycy — jest niepokojący w swojej pustce, trochę przypomina maszynę. Gdy wirus zaczyna naginać biologię, serial zmienia się z medycznego science fiction w horror.

Każdy odcinek dociska bohaterów coraz bardziej, niszcząc zaufanie drobnymi, ale uporczywymi pęknięciami. A arktyczna sceneria robi robotę, jakiej żadne CGI nie da rady. Ciekawym posunięciem serialu jest to, iż wirus nie porusza się według żadnej dającej się zidentyfikować zasady. Większość historii o epidemii to zasadniczo inkubacja i objawy. Helix porzuca ten schemat. Każda infekcja wydaje się nową gałęzią tego samego koszmaru — biologiczną, psychologiczną, czasem będącą całkowitym odwróceniem motywacji bohatera. Ta nieprzewidywalność to prawdziwa siła serii.
Drugi sezon wyrywa cię z butów. W jednej chwili tkwisz uwięziony na arktycznym pustkowiu, a w następnej w niepokojąco żywym świecie, w którym seria sama uczy się poruszać. Nowe otoczenie otwiera inny smak paranoi, groza wydaje się bardziej osobista. I dzięki tej tonalnej wolcie serial może wreszcie ujawnić pomysł, który pierwszy sezon tylko sygnalizował: prawdziwą epidemią nie jest wirus — jest nią strach.

To, co sprawia, iż Helix jest dziś warte ponownego obejrzenia, to bezczelny sprzeciw wobec jednoznaczności współczesnej telewizji gatunkowej. Helix nie ma w sobie coś specyficznego, idzie do przodu z nerwową energią, jaką miał kiedyś Lost, gdy sypał dziwnymi pomysłami na prawo i lewo, albo wczesny Fringe: Na granicy światów, a z współczesnych seriali chyba najbliżej byłoby Stamtąd.
Niektóre odcinki sprawiają wrażenie, jakby scenariusz był tylko z grubsza zarysowany, a reszta jest trochę eksperymentem. Po prostu idzie na całość, zakładając, iż nadążysz. To rzadka rzecz, ale serial przypomina przypadkowe, nocne odkrycie na kablówce niż produkt ery streamingu.


















