SERCE ZNÓW BIJE
Bogumiła urodziła swoją córkę Jagodę, choć nikt do końca nie wiedział, kto był jej ojcem. Można by rzec wyślizgnęła się zbyt wcześnie, zanim zdążyła ułożyć sobie życie.
Za Bogusią chodził kiedyś pewien młody człowiek. Oświadczyn jednak nie było za to uroda porażająca, maniery godne szlacheckiej krwi. Bogusia z dumą prowadzała adoratora pod rękę między ławkami i blokami osiedlowymi, mijając babcie słoneczniki, co na murkach jak kwiaty odwracały głowy za każdym przechodniem.
Ów piękniś nie pracował nigdzie. Żył jak motyl fruwał, ledwie muskając rzeczywistość. Bogumiła karmiła go, poiła, pozwalała spać obok, a choćby gotowa była rozściełać przed nim kolorowy kobierzec własnego istnienia.
Pewnego poranka, ni stąd ni zowąd, młodzieniec oświadczył znużony, iż z Bogumiłą mu nudno, iż niewystarczająco go ceni jako mężczyznę. Może gdyby zabrała go nad Bałtyk, byłoby inaczej jeżeli kochasz…
Bogumiła wypłakała całe tygodnie, rozerwała zdjęcia niedo-konanego wybranka i spaliła je w popielniczce. Przez miesiąc pozwalała smutkowi pływać po mieszkaniu. Potem spotkała Wiktora.
Któregoś poranka Bogusia spóźniała się do pracy, więc nerwowo tupała na przystanku autobusowym. Przypadkiem zatrzymała się przy niej taksówka. Kierowca z dżentelmeńskim gestem otworzył drzwi i zaprosił do środka. Bogusia bez namysłu wskoczyła do środka.
Po drodze taksówkarz zagaił rozmowę. Bogumiła już po chwili oceniła go jako mężczyznę: był zadbany, ogolony, świeżo ostrzyżony, wypachniony. Jednak najbardziej ujęła ją jego uprzejmość. To chyba mama go tak wychowała pomyślała z uśmiechem.
Wiktor, jak się przedstawił, był przeciwieństwem pierwszego adoratora. Bogusia zostawiła mu swój numer telefonu, spodobał się jej, chciała poznać go bliżej. To było jedyne gratisowe kursowanie taksówką w jej życiu.
Ich znajomość nabierała rumieńców. Wiktor zasypywał Bogusię kwiatami, prezentami i obdarzał czułością.
Pewnego, wiosennego dnia, Bogusia i Wiktor spacerowali po lesie. W duszy grało jej radośnie i lekko. Zerwała się, by zbierać przebiśniegi. Wiktor, widząc zapał Bogusi, też dołączył do zbierania. Naręcze kwiatów lądowało w samochodzie bogaty bukiet Wiktora trafił na tylne siedzenie. Bogumiła nagle pomyślała: Dla żony. Zamilkła. Przecież tak przyzwyczaiła się do Wiktora czy zdołałaby przeżyć, iż mógłby być żonaty? Wolała nie sprawdzać, trwała w słodkim samozakłamaniu.
Niedługo potem u drzwi Bogusi zjawiła się żona Wiktora, z dwojgiem dzieci za rękę. Rzekła:
Proszę bardzo, wychowujcie je! Uwielbiają tatę!
Zaskoczona Bogusią wykrztusiła tylko:
Przepraszam, nie wiedziałam, iż Wiktor jest żonaty. Nie zamierzam rozbijać rodziny. Pod cudzym dachem gniazda nie uwiędę.
Tego samego wieczoru zakończyła romans z Wiktorem.
Kolejnym ukochanym był Merab. Tak, Gruzin. Ich związek był jak letnia burza grzmiący, intensywny, a potem nagle uciekający za horyzont. Spotkali się na imieninach koleżanki. Merab ujął Bogusię szczerością, szerokością gestów i pogodą ducha. Z nim nie było czasu w smutek obowiązkowo zapraszał na koncert, festiwal, wycieczkę. Bogusia gotowa była pójść za nim choćby pod Tbilisi. Ale Merab po roku wrócił do kraju. Nie mógł zadomowić się w Polsce. Klimat niewłaściwy, może matka tęskniła.
Bogusia poczuła się zostawioną i niekochana. Postanowiła Starczy mi cierpień, dam sobie radę sama. Przynajmniej bez łez.
I gdy pogodziła się z samotnością, niespodziewanie okazało się, iż pod jej sercem kiełkuje nowe życie. Wiadomość ta ją oszołomiła. Po pierwsze: kto został ojcem? Po drugie: jak żyć? Po trzecie: jak nie oszaleć?
…Urodziła się dziewczynka. Imię dała jej: Jagoda. Jagoda stała się całym światem Bogumiły. Mała przypominała Meraba burza ciemnych loczków, oczy jak węgielki i ten uśmiech, który wszystko wybaczał. Z jakiegoś powodu Bogusia cieszyła się z tego podobieństwa. Może dlatego, iż tego Gruzina kochała nad życie i patrząc na córkę wspominała beztroskie dni.
Czasem nachodziła ją rozpacz, zazdrość wobec zamężnych przyjaciółek ale codzienność z Jagodą nie zostawiała jej czasu w łzy.
We wrześniu Jagoda poszła do szkoły.
Do ławki przydzielono ją z Danielem. Od pierwszych chwil coś nie iskrzyło. Danek przezywał Jagodę loczkiem-idiotką, ona przysięgała, iż nigdy go nie polubi. Musieli ich choćby przesadzić. Ale i tak na przerwach w ruch szły pazury i pięści.
Martwiło Bogumiłę, iż córeczka wraca podrapana. Poszła do szkoły wyjaśnić sprawę. Nauczycielka, poczuwszy się winna, wręczyła adres Daniela i zasugerowała rozmowę z jego rodzicami.
Bogusia nie zastanawiała się długo ruszyła pod podany adres. Drzwi otworzył młody mężczyzna w kuchennej fartuszce, z ręcznikiem na szyi, jakby przed chwilą zmywał naczynia.
Do mnie pani? Niech pani wejdzie, zrobię kawę. Tylko nakarmię jeszcze tego mojego szkraba wymamrotał i zniknął w kuchni.
Bogusia ostrożnie weszła do pokoju tu kobieca stopa dawno nie stanęła. Wszędzie rzeczy w nieładzie, kurz, a swąd dymu papierosowego aż gryzie w oczy. O matko pomyślała.
Właściciel pojawił się z tacką, na której stały dwie pachnące kawy. Ten zapach Bogusia zapamiętała na całe życie.
Czym mogę służyć tak zacnej damie? zapytał.
Jestem mamą Jagody odparła Bogumiła.
Ah, wszystko jasne. Mój Danielek kocha się w pani córce uśmiechnął się.
A dlatego moja Jagoda wraca z ranami na buzi? Bogusia ostrzyła pazurki.
Hm? Nie rozumiem… szczerze się zdziwił.
Proszę porozmawiać z synem. Dziękuję za kawę Bogumiła już szykowała się do wyjścia.
Oczywiście, zajmę się tym. Niech się pani nie martwi.
Szkrab bezgłośnie siedział w kuchni.
Tej nocy Bogusia nie mogła zasnąć. Myślała o spotkaniu z ojcem Daniela. Było w nim coś ujmującego, domowego, zwyczajnego… I ten aromat kawy! Żaden adorator nie zaproponował jej kawałka ciasta i kubka kawy zawsze tylko wino, martini, szampan. Po raz pierwszy zapragnęła poznać całą rodzinę bliżej.
Nieświadomie już widziała siebie sprzątającą ten bałagan, wietrzącą mieszkanie, ustawiającą kwiaty na parapecie… choćby szkraba zapragnęła pogłaskać po główce.
Ranek przyniósł jej dobry humor. Poprosiła Jagodę, by była milsza dla Daniela. Z tygodnia na tydzień…
Aż nadszedł dzień zebrania szkolnego. Bogumia znów spotkała pana z marzeń tu już nabrała pewności, iż Daniel nie ma mamy. Bo czemu ojciec przyszedł zamiast niej?
To, iż Daniel jest półsierotą, zakłuło gdzieś głębiej Bogusię. Mężczyzna przedstawił się: Szymon.
Miło poznać. Bogumiła odparła ochoczo.
Widać było, iż Bogusi spodobała się w oczach Szymona.
Po zebraniu zaproponował, iż odprowadzi Bogusię i Jagodę do domu. Był grudzień, ciemniało już po czwartej. Bogusia nie wahając się zgodziła.
Odtąd coraz częściej rozmawiali, spacerowali z dziećmi, pili wspólnie kawę.
Szymon opowiedział jej, iż dawno już rozwiódł się z żoną ta niemal od razu po rozwodzie wyszła za jego najlepszego przyjaciela. Syn został przy nim.
Nie przypuszczał, jak bardzo potrzebuje kobiecej troski i jak bardzo jego syn potrzebuje mamy. W końcu wyznał Bogusi miłość. Od tamtej pierwszej kawy ciągle o niej myślał. W niej zobaczył dobrą żonę i opiekunkę dla syna.
Bogusia z Jagodą przeprowadziły się do Szymona, ale najpierw zapytali dzieci o zgodę. Jagoda i Daniel, z minami, które mówiły nie mamy wyboru, skinęli głowami.
Życie zaczęło się kręcić. Szymon szczęśliwy, przenosił góry. Kupił większe mieszkanie. Bogusia zajęła się domem i dziećmi, dla Daniela była jak druga mama, Szymon pokochał Jagodę jak własną córkę.
Dzieci rosły w cieple i miłości.
Aż w końcu Daniel i Jagoda… pobrali się. Szymon i Bogusia pobłogosławili ten nieoczekiwany związek. Młodzi wybrali na podróż poślubną Paryż. Bogusia zaproponowała Szymonowi razem wyjazd nad morze.
On nie chciał jechać.
Bogusiu, kup sobie za te pieniądze coś ładnego.
Szymku, nareszcie będziemy we dwoje! Daj się namówić błagała Bogusia.
W końcu zgodził się. Spędzili tydzień w nadmorskim pensjonacie.
Był to czas niekończącego się, beztroskiego szczęścia. Szymon wariował z miłości, nosząc żonę na rękach i obsypując ją kwiatami, komplementami, powtarzając, jak bardzo kocha.
W dniu wyjazdu poszli się pożegnać z morzem. Było wczesne, chłodne rano, pusto na plaży. Szymon przytulił Bogusię i ze smutkiem mruknął:
Bogusiu, kocham cię bardzo, bardzo…
Zanurzył się w wodzie po raz ostatni.
Więcej go nie zobaczyła.
Szymon utonął.
Ratownicy nie odnaleźli ciała morze było spokojne, jakby je zamurowało.
Bogusia wróciła sama. Przez długie miesiące chodziła jak cień, przygasła, nie potrafiła pogodzić się z absurdem tragedii.
Czemu to właśnie jemu się stało? Przecież umiał świetnie pływać. Czemu została wdową mając pięćdziesiąt pięć lat? Czemu wtedy na plaży nie odpowiedziała, iż też kocha go nad życie?
Nie rozumiała! Tysiąc pytań do Boga i nieba.
Zamknęła się w sobie. Zaniechała nadmorskich wyjazdów. Świat stracił barwy, nie smakowało jej już nic. choćby nie mogła zapalić na grobie męża znicza. Bo grobu nie było.
Dusza rozpadała się w pył. Nie chciała już żyć. Siedem razy lepiej byłoby ginąć w ogniu, niż raz zostać wdową! Mówią, iż czas leczy rany a tak naprawdę tylko przytłumia ból. Gdzieś na dnie znów i znów wszystko zaczyna boleć.
Bogusia trzymała za ręce dwoje malców, Kamilę i Michała trzyletnie wnuki. Jesień park opleciony złotem liści. Tradycyjnie wstępowali na lody. Wnukom lody, sobie filiżanka kawy. Tęsknota uderzała z zapachu. Miała wtedy zawsze wrażenie, iż Szymon jest obok, czuwa nad nią i jej rodziną.
Po latach, pogodzona ze stratą, wdzięczna za Szymona i 25 lat szczęścia, Bogusia wiedziała, iż życie się kończy, ale miłość nigdy…








