Sensacyjny thriller z intrygującym aktorskim duetem. Dwie sekretarki ratują świat

swiatseriali.interia.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


Szpiegowski thriller nie zawsze musi być przesadnie poważny. choćby ten rozgrywający się w czasach zimnej wojny. “Ponies" z Emilią Clarke i Hayley Lu Richardson nie jest produkcją taką jak kultowy już “Zawód: Amerykanin". To lżejsza propozycja z dość dużą dawką humoru, której najlepszą częścią jest przyjaźń między dwójką głównych bohaterek oraz kilka zgrabnie napisanych zwrotów akcji. I ścieżka dźwiękowa pełna uwielbianych hitów z lat 70.



"Ponies": sensacyjny thriller z intrygującym aktorskim duetem


Tytułowe "ponies" to dwie sekretarki pracujące w amerykańskiej ambasadzie w Moskwie. Bea (Emilia Clarke), spokojna, wyważona, biegle mówi po rosyjsku, studiowała dzieła Tołstoja i Dostojewskiego, spokojnie stawia czoło codzienności. Twila (Hayley Lu Richardson) jest jej całkowitym przeciwieństwem. Pyskata i mająca dość duży problem z wykonywaniem poleceń nie boi się nikogo.
Przypadkiem wpadają na siebie na targu, a ich pierwsze spotkanie nie wróży raczej długotrwałej przyjaźni. Do czasu, kiedy dowiadują się, iż ich mężowie zginęli w tajemniczych okolicznościach. Nikt nie chce powiedzieć im prawdy, więc zdeterminowane odnaleźć ją same wykorzystują swoje zdolności, aby zostać agentkami CIA. Powiedzieć, iż na własne życzenie pakują się w niewyobrażalne kłopoty, to nie powiedzieć nic.Reklama



"Ponies": dwie sekretarki starają się odkryć prawdę



Zręcznie zrealizowany pierwszy sezon "Ponies" ogląda się dość przyjemnie jako lekką wariację thrillera. Jest w nim sporo elementów komediowych, zresztą oczekiwanych, biorąc pod uwagę, iż w roli szpiegów występują dwie nieprzeszkolone sekretarki. Powód ich wyboru przez CIA do bardziej lub mniej trudnych misji jest prosty - nikt nie będzie przecież podejrzewał dwóch młodych kobiet o szpiegostwo. Bea i Twila uczą się więc nowych umiejętności na bieżąco, ale dowiadują się też, iż czasami dobro misji wymaga wielkich poświęceń.
Przez dwa pierwsze odcinki trzeba, ujmując sprawę dość delikatnie, po prostu przebrnąć. Zbliżając się do odcinków drugiej połowy (cały sezon ma osiem odcinków) cierpliwość widzów zostaje wynagrodzona - drugoplanowe postacie stają się bardziej wyraziste, intryga zaczyna być ciekawa, a scenarzyści trochę komplikują wątki.
W pewnym momencie do akcji wkracza też najlepsza postać całego serialu, czyli Manya Caplan (Harriet Walter), i zaczyna robić się ciekawie. Nie znaczy to jednak, iż nie ma tutaj błędów - jest kilka stereotypów (po jednej i drugiej stronie), absurdalnych wątków i dość dziwnych decyzji.



"Ponies": ścieżka dźwiękowa pełna hitów


Na pochwałę zasługują kostiumy, scenografia i ścieżka dźwiękowa. Zdjęcia do serialu były kręcone w Budapeszcie, który na ekranie przekształcono w Moskwę z lat 70. Ekipa realizacyjna bardzo mocno starała się, aby oddać klimat tamtego okresu i widać to w każdym kadrze. Tempo serialu nadaje też ścieżka dźwiękowa. W serialu wykorzystano chyba wszystkie największe hity tej dekady zaczynając od utworów Blondie, Boney M., czy Eltona Johna po Fleetwood Mac, Billy’ego Joela i Anny German.
Największym jednak plusem i adekwatnie powodem, dla którego warto obejrzeć serial, jest przyjaźń Bei i Twili. One znajdują się w centrum wydarzeń i to ich dynamika - dwóch kobiet wciągniętych w skomplikowaną intrygę - skupia uwagę widza. Ich rozmowy o przeszłości, problemy i turbulencje nadają trochę, bardzo potrzebnej serialowi, emocjonalnej głębi. Nie stałoby się tak, gdyby nie chemia między Clarke i Richardson. "Ponies" w dużej mierze zawdzięcza sukces właśnie im.
Zobacz też: Hit, który uwielbiają polscy widzowie. Uznany serial startuje w tym roku
Idź do oryginalnego materiału