"Sąsiedzi" od HBO sprawią, iż docenicie swoich własnych – recenzja serialu dokumentalnego

serialowa.pl 2 godzin temu

Wiele już widzieliśmy sąsiedzkich utarczek na małym i dużym ekranie, ale „Sąsiedzi” od HBO i studia A24 przenieśli ten zgrany motyw na nowy poziom absurdu. Do podmiejskiej Ameryki.

Pamiętacie jeszcze, jak zabijaliście czas, siedząc w domu podczas pandemii COVID-19? Bo na przykład Harrison Fishman i Dylan Redford (z tych Redfordów) obsesyjnie oglądali wówczas viralowe filmiki z kłócącymi się sąsiadami, a kilka lat później ta obsesja przerodziła się w ich własny serial, który właśnie debiutuje na HBO Max. I kto teraz powie, iż krótkie internetowe wideo to strata czasu?

Sąsiedzi – o czym jest serial dokumentalny HBO?

„Sąsiedzi„, bo o nich mowa, to serial dokumentalny wyprodukowany przez HBO we współpracy ze studiem A24 oraz Joshem Safdiem i Ronaldem Bronsteinem, czyli reżyserem i scenarzystą jednego z tegorocznych oscarowych faworytów. Taki zestaw twórców sprawia, iż każdy tytuł z miejsca staje się interesujący, ale jeżeli spodziewacie się w tym przypadku emocji jak na „Wielkim Martym”, to nic z tego. „Sąsiedzi” oferują zupełnie inne rodzaje wrażeń i rzadko są one pozytywne.

„Sąsiedzi” (Fot. HBO)

W sześciu odcinkach serialu (widziałem już całość) poznajemy kilkanaście prawdziwych historii sąsiedzkich sporów rozgrywających się na przestrzeni ostatnich lat w różnych zakątkach Stanów Zjednoczonych. Są tu dobrze znane także z naszego podwórka konflikty o kawałek ziemi, źle postawiony lub niepostawiony mur/płot czy uciążliwe zwierzęta. Ale zdarzają się też bardziej oryginalne motywy, jak źle zrozumiany żart czy konkurs na halloweenowe dekoracje.

Twórcy zabierają nas od Florydy po Kalifornię, żeby w każdym odcinku (za wyjątkiem finału) przedstawić po dwie kłótnie, ich strony i stosowne argumenty, choć z tymi ostatnimi różnie bywa. Bo jak się okazuje, czasem przyczyny sporów są tutaj błahe, czasem absurdalne, a czasem w istocie wcale ich nie ma. Aż w nadmiarze reprezentowane są za to małostkowość, złośliwość, egoizm i inne paskudne strony ludzkiej natury.

Sąsiedzi od HBO pokazują krindżowe oblicze Ameryki

Jeśli zamierzacie zapoznać się z „Sąsiadami”, do tego rodzaju atrakcji powinniście się przyzwyczaić, bo w gruncie rzeczy to na nich opiera się cały koncept serialu Fishmana i Redforda. Serialu, który owszem, czasem znajduje w sobie nieco empatii dla bohaterów, ale najczęściej po prostu bezwstydnie się im przygląda, najpierw prowokując, a potem wykorzystując to, jak bardzo sami się odsłaniają.

„Sąsiedzi” (Fot. HBO)

Z jednej strony – takie już prawo dokumentalistów, zwłaszcza iż wiele z serialowych spraw zaczęło się, gdy ich bohaterowie własnoręcznie sięgnęli po kamery. Z drugiej – nie raz i nie dwa podczas seansu miałem wrażenie, iż nie stoi za nim nic poza najgorszego rodzaju podglądactwem. A iż to karmi się krindżem, to żenującego materiału obrazującego najgorsze oblicza ekranowych „Sąsiadów” twórcom nie brakowało.

Gorzej, iż jednocześnie zabrakło im pomysłu na skonstruowanie z tegoż materiału serialu, bo poza przyjęciem formatu dwóch kłótni na odcinek, nie ma tu żadnej struktury, o treści nie wspominając. Ba, choćby połączone ze sobą historie rzadko mają jakiś punkt wspólny, zwykle będąc zmontowanymi razem, bo akurat tak wyszło.

O szczególnych konkluzjach też mowy nie ma. jeżeli w odcinku trafi się w ogóle jakieś rozwiązanie sporu to i tak dobrze, bo częściej sprawy urywają się ot tak. O ile jednak trudno mieć pretensje do rzeczywistości, iż nie daje prostych odpowiedzi, to do twórców o brak konceptu innego niż wskazanie palcem i wyśmianie już jak najbardziej można.

Sąsiedzi źle naśladują Johna Wilsona i Nathana Fieldera

Ich zadaniem nie było przecież tylko umieścić kamery przed prawdziwymi ludźmi i pozwolić im się swobodnie kompromitować. W ten sposób zwiększają im widownię (tym mającym rzesze followersów w social mediach i tak do niczego to niepotrzebne), ale nijak nie próbują zrozumieć ich postaw. Jasne, te bywają tak bzdurne, iż aż się proszą o drwinę, ale „Sąsiedzi” nie robią nic innego. A iż każdy żart w końcu się nudzi, to tylko od waszego poczucia humoru zależy, kiedy do tego dojdzie w tym przypadku.

„Sąsiedzi” (Fot. HBO)

Siłą podejścia Johna Wilsona („Dobre rady Johna Wilsona”) czy Nathana Fieldera („Próba generalna”), do których twórczości „Sąsiedzi” ewidentnie próbują nawiązywać, nie była kpina, a już na pewno nie złośliwa kpina. Naczelni współcześni autorzy „dziwnej” telewizji za dobrze bowiem wiedzą, iż wytknąć jest łatwo (i nieraz to robią), ale dopiero sięgnięcie głębiej pod powierzchnię daje wyjątkowy efekt. Tymczasem w nowym serialu HBO podstawiono zdecydowanie na to pierwsze, drugie spychając niemal kompletnie na margines.

Efekt jest w najlepszym razie nużący (mimo krótkich odcinków), a w najgorszym odrzucający, gdy zamiast dokumentalnego zainteresowania niegroźnym cudakiem przywodzi na myśl złośliwy rechot na widok głupka z sąsiedztwa. Trudno o taki serialu Fishmana i Redforda nie oskarżać, jeżeli zamiast wzięcia swoich bohaterów w nawias czy nadania sytuacjom kontekstu, twórcy wolą bawić się filtrami i kamerą 360 stopni, dosłownie wszystko wykoślawiając. To jeszcze telewizja czy już serialowe rolki?

Sąsiedzi – czy warto oglądać serial na HBO Max?

Problem, jaki mam z „Sąsiadami”, osadza się też na poczuciu, iż przy odrobinie wyobraźni to mógł być znacznie lepszy serial. W większości przedstawionych konfliktów są elementy ciekawsze od nich samych, więc spory mogłyby przechodzić w ogólniejsze refleksje, choćby o funkcjonowaniu specyficznych jednostek w społeczeństwie. Brzmi górnolotnie, ale takim nie jest i zauważają to choćby niektórzy skłóceni sąsiedzi (jak miłośnik teorii spiskowych żałujący, iż nie może pograć z sąsiadem w „Dungeons & Dragons”). Szkoda, iż potencjału swojego serialu nie dostrzegli twórcy.

„Sąsiedzi” (Fot. HBO)

Jest jeszcze opcja, iż widzieć tego po prostu nie chcą, bo tak się bardziej opłaca. Dopuszczam do siebie to wyjaśnienie ze względu na finał sezonu, który jest w dużym stopniu tym, od czego „Sąsiedzi” wcześniej uciekali. Historia seniora, którego upodobanie do publicznej aktywności fizycznej w bardzo skąpych i bardzo żółtych slipach skłoniło do przeprowadzki do ośrodka dla nudystów, ma wszystko, czego brakuje całej reszcie. I nie, nie chodzi o nagie genitalia, ale o lekkość i szokujące odkrycie, iż za czyimś niecodziennym zachowaniem może kryć się więcej, niż pokazuje wierzchnia warstwa. To takie trudne?

Ten najlepszy w okresie odcinek jest zarazem jedynym, który skutecznie przypomina, iż w podglądaniu ludzi, choćby w ich najmniej chwalebnych momentach, nie musi być nic złego. Dokumentaliści robili i będą to robić nadal, a spragnieni cudzego życia widzowie będą to oglądać, prawdopodobnie „Sąsiadów” także. Warto jednak pamiętać, iż ekranowe podglądactwo ma różne twarze, a serial HBO, mimo drobnych wyjątków, nie zalicza się do tych najpiękniejszych.

Sąsiedzi – kolejne odcinki w soboty na HBO Max

Idź do oryginalnego materiału