Gdy większość wystaw artystycznych porusza tematy z pogranicza „pola” sztuki, a choćby przekonuje, iż w czasie kryzysu ekologicznego należy przemyśleć sprawczość artystycznego medium odnośnie zagrożonego świata, dosyć problematyczne może być pisanie o wystawie, która pokazuje męską twarz, a choćby 50 twarzy tego samego mężczyzny. Kiedy galerie poruszają tematy tak fundamentalne jak tożsamość, wykluczenie, perspektywa więcej niż ludzka, a ich natężenie jest wręcz symptomatyczne, można poczuć rozczarowanie, iż w wystawie SamoPortrety nie chodzi o metafizyczną głębię. SamoPortrety zawierają w sobie pewne elementy walki czy oporu, ale nie chodzi tu o przeciwstawienie się systemowi społecznemu, tylko adekwatnościom chemicznym powierzchni.
O czym nie są SamoPortrety
Medium użyte w wystawie Dominika Podsiadłego może niektórym podprogowo sugerować, iż wystawa jest o antropocenie, ponieważ pojawiają się na niej elektroodpady – zepsute ekrany urządzeń mobilnych. Są one zbudowane z materiałów, które powstały w XXI wieku i na dodatek zostaną z nami do końca świata, ponieważ najczęściej nie są poddawane recyklingowi i stanowią problem tzw. wiecznych odpadów. Co więcej, tzw. elektrośmieci zawierają pierwiastki i substancje chemiczne, które stały się przedmiotem geopolitycznej rywalizacji. Tylko iż te przedmioty nie zawsze są skutkiem intencjonalnego zaśmiecania środowiska, ale efektem ubocznym światowego fenomenu, jakim stało się fotografowanie własnej twarzy i przesyłania jej innym za pośrednictwem serwisów społecznościowych, czatem czy emailem. To właśnie selfie, czyli specyficzny rodzaj autoportretu, jest tematem wiodącym wystawy Podsiadłego.
Powiązanie elektroodpadów i powierzchowności ludzkich potrzeb może też sprawiać wrażenie, iż wystawa komentuje obecne przywary społeczeństwa konsumpcyjnego. To nie pierwszy raz, kiedy Dominik Podsiadły korzysta z surowców wtórnych w swoich obrazach, rzeźbach czy instalacjach i kiedy eksponuje ich nadmiarowość. Po raz kolejny jednak zastrzega, iż samo medium nie jest głównym tematem. Jego ostatnia wystawa „sztuczny_horyzont” w Galerii 66P też była zbudowana z „odpadów” i także wtedy wielu miało wrażenie, iż wisząca w galerii powierzchnia nawiązuje do czegoś w rodzaju kożucha odpadów pływających gdzieś po zbiornikach wodnych oraz iż jest to przestroga przed nadprodukcją, iż ten sztuczny horyzont to takie projektowanie naszej antropocentrycznej przyszłości. Chodziło jednak o sztuczny horyzont jako narzędzie w urządzeniach latających, które mówi nam o tym, w jakim położeniu względem Ziemi jesteśmy. Wtedy Podsiadły badał format poziomy w sztuce, szczególnie w kontekście pejzażu w sztuce cyfrowej. Ta dyskusja między autorem a recenzentami była w pewnym sensie dowodem na to, jak silnie medium kształtuje przekaz – większość osób widziało najpierw odpady, dopiero później poziomy format i ruch. Zaledwie, kiedy ktoś odwrócił uwagę od „śmieci”, zaczął dopiero dostrzegać różne kolory, faktury a choćby swego rodzaju instrumenty muzyczne, bo te poziome fragmenty wisząc i ruszając się wchodziły ze sobą w interakcje i wydawały dźwięki.
Medium nie jest przekazem
W projekcie SamoPortrety medium stanowi więc elektroodpad, ale jego przekazem nie jest on sam. W zasadzie ten odpad nie chce być tematem, tylko powierzchnią malarską czy podobraziem – bo chodzi dopiero o to, co na nim zostanie namalowane czy narysowane. A temat wcale nie jest doniosły – tak jak w selfie, chodzi o naszą własną twarz. Zanim jednak to selfie jako obraz analogowy na podobraziu powstanie, zaczyna się droga dojścia, czyli technika. Jest to nie tyle szukanie starych technik, co w pewnym sensie opracowanie unikalnej metody, ponieważ Podsiadły pracuje na „odpadach”, których pochodzenie, a więc też adekwatności, są tajemnicą. Artysta mierzy się z ulotnością selfie, tego jak one nam zalegają w telefonach, jak nie są wywoływane, jak nadmiarowo i bez sensu je produkujemy. Autor testuje i eksperymentuje, szuka sposobów zatrzymania na ekranowych podobraziach własnych wizerunków. Jego obrazy mają też walor unplugged – nie potrzebują energii elektrycznej. Stają się namalowanym zdjęciem, czymś, co zatrzymuje wizerunek. Na wystawie prąd jest jednak jak najbardziej potrzebny, ponieważ widzimy filmy dokumentujące powstawanie obrazów, mamy lampki oświetlające prace, ale też narzędzia, dzięki którym one powstały.
Walka z podobraziem
Zasadniczym tematem SamoPortretów jest relacja z podobraziem, które nie powstało po to, aby utrzymywać na sobie wizerunki. Jak powiedziała Alicja Jodko, współkuratorka wystawy: „Im wyższa generacja telefonów, tym mniejsza podatność na analogizację”. Im zatem nowsze telefony, tym mniej narażone są na stłuczenie, tym trudniej je zalać, poplamić itp. Podsiadły przerysowuje swoje selfie na podobny format ekranów po telefonach, ale rzadko kiedy ten obraz chce się na nich trzymać. Farby czy markery ścierają się, odpadają, ściągają, osypują się, co jest wynikiem różnego napięcia powierzchniowego czy też faktu, iż powierzchnie te są oleo- i hydrofobowe. Trudno jednak wypracować jedną technikę, ponieważ często nie wiadomo, jakiej firmy czy produkcji jest dany ekran przypominający trochę czarne lustro. Same podobrazia mają różne „biografie” – nie wiemy z jakiego powodu ich poprzedni właściciel się ich pozbył i dlaczego ekran został odłączony od reszty urządzenia. Czy ktoś chciał mieć lepszy aparat albo kamerę? Większość ekranów, które służą za podobrazie, pochodzi z punktu naprawy telefonów, które w tej chwili nie są przecież tylko telefonem. Dzisiejsza komunikacja między ludźmi coraz bardziej przybiera formę biblii pauperum, a coraz mniej, jeżeli w ogóle, listów Kartezjusza do królowej Krystyny. Być może to wizualność sprawia, iż rozstajemy się z naszymi telefonami albo zaczynamy mniej o nie dbać.
Od prawej do lewej
Ponieważ sporo ekranów pochodziło z punktu „odpadów”, mogło powstać aż 50 SamoPortretów. Najpierw dzięki telefonu były robione selfie, potem były przerysowywane na ekrany zepsutych czy porzuconych telefonów i tabletów. Przez sześć miesięcy Podsiadły fotografował się w różnych sytuacjach – przy pracy fizycznej, odpoczynku, na tle gór czy miast, w zdrowiu i w chorobie, w różnych nakryciach głowy, na zakupach, na dworcach itp. Tytuły prac to po prostu data i miejsce wykonania zdjęcia – tak jak informacje o fotkach zapisanych w pamięci telefonu. Pierwsze zdjęcie zostało zrobione w czerwcu – widzimy jak artysta czeka na otrzymanie dyplomu stypendium, ostatnie zdjęcie to 31 grudnia, Sylwester. Na wystawie oglądamy je od końca – tak jak w naszych telefonach, ostatnie zdjęcie jest przecież pierwszym dostępnym. Historia czytana jest od prawa do lewa, a nie jak to przyjęte w naszej kulturze. Także tutaj nie chodzi o nic więcej, jak tylko kwestie formalne.
Zagadnienia techniczne są na tyle ważne dla autora, iż zdecydował się, aby drugie pomieszczenie Galerii Entropia wykorzystać na tzw. pokój techniczny, który Alicja Jodko nazwała „ciemnią”. Bo rzeczywiście SamoPortrety są w pewnym sensie wywoływane na ekranach – na czarnych powierzchniach widzimy zielony pozytyw. Czasami trzeba było te zielone interwencje zmusić pozostania na powierzchni dzięki opalarki. W pokoju technicznym widzimy też markery, które jako jedyne okazały się skuteczne w interwencjach na ekranach, rękawiczki, szmatki, pędzelki, poza tym szkice na papierze, paletę czy wreszcie filmy pokazujące jak powstawały SamoPortrety. istotny jest też wybór koloru zielonego nanoszonego na czarne podobrazia – Podsiadły w pewien sposób nawiązuje tu do pierwszych telefonów komórkowych, gdy czarne litery pokazywały się na zielonym tle.
Drugiego dna raczej nie ma
Dla widzów wystawa będzie zatem głównie doświadczeniem zmysłowym, estetycznym. Zobaczą klasyczny motyw autoportretu oraz drogę dojścia do efektów ukazaną w „ciemni”. Będzie to połączenie sztuki cyfrowej i analogowej, rzemiosła i szukania techniki. W warstwie idei wiele więcej niż powyższe tam nie ma. Niektóre obrazy wydają się komiczne, bo nie są efektem stosowania filtrów a do tego, jak to w selfie, twarz, szczególnie nos, wydają się zniekształcone. Wystawa raczej nie ma drugiego dna. Te wątpliwości gdzieś jednak czekały na horyzoncie, bo Podsiadły był pytany, dlaczego w ogóle wpadł na pomysł, aby przez pół roku robić sobie selfie a następnie je utrwalać. Na wernisażu powiedział po prostu „bo siebie lubię”. Po tej odpowiedzi głębszej dyskusji nie było. Było za to robienie sobie selfie na tle SamoPortretów.
Hanna Schudy











