Rozdział siedmnasty / missnobody

publixo.com 3 godzin temu

Rozżalenie, złość, wstyd, niedowierzanie i ekscytacja. Ciężko było jej jednoznacznie wskazać, która z emocji targała nią w tej chwili najmocniej, jednak z całą pewnością zażenowanie wysuwało się na prowadzenie, kiedy zamykała oczy myśląc o Matthew. Mimo iż ostatecznie nie miała zamiaru się z nim wiązać, to w żadnym z tuzina scenariuszy, które miała w głowie na jego temat, nie nazwałaby go swoim bratem ani, tym bardziej bratnią duszą. Podobał się jej w czysto, fizycznym aspekcie, nie była choćby pewna, czy go lubi, ot co. Naprędce analizowała wszystkie spotkania, zastanawiając się, czy z perspektywy osób trzecich wyglądali wystarczająco neutralnie. Na uczelni na pewno nikt nie miał podejrzeń, na mieście trzymali fason, a w klubie? W klubie wszyscy ich znajomi byli pijani i nikt choćby nie pamięta, żeby w ogóle na siebie trafili tego feralnego wieczoru. Wzdrygnęła się na samą myśl o tym, co tam się wydarzyło. Przecież takie sytuacje nie mają miejsca w realnym życiu. Zwykle dotyczą bohaterów, filmów, seriali i książek dla sfrustrowanych kur domowych. Jak mogło do tego dojść? Jakim cudem ICH matka mogła tego nie przewidzieć?
Audrey mocniej wcisnęła pedał gazu, czując, iż niewygodny fotel mocniej wbija się w lędźwia. Chciała uciec. Zniknąć lub przynajmniej cofnąć się w czasie. Żadna z tych opcji nie była możliwa, więc uznała, iż najwyższa pora poszukać terapeuty, który pomoże przepracować traumę, jaką zafundowała jej własna rodzina. W tym wszystkim był ukryty, obrzydliwy humor, tak absurdalny, iż aż chciało się śmiać. Audrey czuła się, jak bohaterka najgorszej telenoweli, jaką kiedykolwiek napisano, telenoweli z przewidywalnym, czerstwym scenariuszem. Wewnętrznie drwiła z tych wszystkich przerysowanych i sztucznych postaci, a teraz sama była częścią tej farsy. Jej życie okazało się parodią, tanią kopią z najgorszych produkcji.
Wiedziała, iż nie ma ucieczki. Nie ma cofania czasu, nie ma wymazania tego momentu. Musiała w końcu stawić czoła tej absurdalnej rzeczywistości, ale na razie jedynym, czego pragnęła, to uciec od tego makabrycznego, życiowego puzzla, który właśnie się ułożył w jej głowie.
***
Weszła do pokoju. Matthew kroczył za nią. W przeciwieństwie do starszego brata, Carla była tutaj pierwszy raz. Teraz już wiedziała, iż zachwyt, z jakim opowiadał o przepychu panującym w tym domu, był stanowczo przesadzony. Szara rogówka, dopasowane fotele i pufy, ogromny telewizor oraz reszta klasycznego sprzętu RTV – standardowe wyposażenie każdego salonu, począwszy od średnio zamożnej warstwy społeczeństwa. Uwagę na pewno przykuwał zabudowany, bioetanolowy kominek i nowoczesny barek, ale wcale nie uważała, iż ich rodzina wypadała gorzej na tle sąsiedztwa.
Usiadła na kanapie, zastanawiając się, od czego zacząć. Na szczęście Matthew ją wyręczył.
– Napijesz się czegoś?
– Wody, jeżeli to nie problem.
Kilka minut później chłopak wrócił z pełną szklanką. Miała wystarczająco czasu, aby poukładać chaotyczne myśli.
– To prawda, co mówią? – zapytała niepewnie, biorąc orzeźwiający łyk. Matt impulsywnie przesunął dłonią po karku.
– A, co takiego mówią? – spytał, mimo iż domyślał się odpowiedzi. Złe wieści rozchodzą się szybciej, niż dobre. Jego prawa ręka mimowolnie zjechała na bark. Wyczuł dren, ukryty pod luźnym t-shirtem, Jennifer raczej go nie zauważyła.
– Że chorujesz… – mruknęła półgębkiem.
Chłopak obrzucił ją wymownym spojrzeniem. Co miał jej powiedzieć?
Dziewczyna cicho odchrząknęła, zrobiło się niezręcznie.
– Matt… nie wiem, czy się domyślasz… chodzi o… o to zaszło między nami na tej imprezie… – miotała się.
Minutę temu wydawało jej się, iż ma perfekcyjnie ułożone przemówienie. Matthew usiadł na niewysokim podnóżku nieopodal. Skoncentrował wzrok na jej rumianych policzkach. Otworzyła usta, ale nie mogła z siebie tego wydusić. Zdanie utknęło na końcu języka. Spojrzała na drzwi pomieszczenia, były uchylone. Czy tylko to ją powstrzymywało? Matt tracił cierpliwość.
– Jestem w ciąży…
Trzy, krótkie słowa zadudniły mu w uszach. Powiedziała to cicho, ale zbyt wyraźnie, aby mógł się przesłyszeć. Pufa, na której siedział, nie stanowiła wystarczającego podparcia, miał wrażenie, iż osuwa się na podłogę.
– Przecież… – zastanowił się – mówiłaś, iż bierzesz tabletki.
Jennifer zareagowała na to spostrzeżenie sugestywnym milczeniem. Matthew żywiołowo zerwał się z miejsca, przechodząc na środek pokoju. Spojrzał na wejście, a kiedy zdał sobie sprawę, iż nie mają wystarczająco dużo prywatności, z hukiem zatrzasnął białe skrzydło. Dziewczyna zadrżała.
– Jesteś pewna… – rozważał jak zapytać, by jej nie urazić – iż to ja jestem ojcem?
– Nie każdy ma tak bujne życie erotyczne jak ty – skomentowała obcesowo. – Myślisz, iż przyszłabym tutaj, gdybym nie miała pewności?
Chłopak przewrócił oczami, rzucając jej pretensjonalne spojrzenie.
– Nie martw się, nie oczekuję żadnych deklaracji – powiedziała, prawdopodobnie w odniesieniu jego infantylnej reakcji. – Uznałam, iż powinieneś wiedzieć, zważając na okoliczności, w jakich się znajdujesz…
– Gdyby nie te… okoliczności, o których mówisz, to nie musiałbym wiedzieć? – parsknął.
Jennifer odłożyła szklankę na stolik i wstała. Była gotowa do wyjścia.
– Nie przeraża mnie bycie samotną matką. Więcej szkody niż pożytku z ojca, który zachowuje się jak nastolatek…
Spojrzał na nią krytycznie. Owszem, był lekkoduchem, ale kiedy trzeba było, umiał wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Dlaczego wszyscy wokół, nieustannie zarzucali mu skrajną niedojrzałość?
***
Słowo, brzdęk. Kolejny wyraz i znów ten sam dźwięk. Steve nie mógł skończyć zdania. Od kilku minut opowiadał kuzynowi, co przytrafiło mu się rankiem w szkole. Nie był w stanie przejść do meritum, bo irytujące brzmienie internetowego komunikatora, co chwilę zawiadamiało go o nowej wiadomości, którą koniecznie musiał odczytać.
– I wtedy podszedł i powiedział… – Ponownie zawiesił wzrok na kolorowym ekranie. Uśmiechnął się pod nosem, gwałtownie wystukując odpowiedź. Matthew już dawno stracił wątek tej historii. Ciężko było słuchać opowieści przerywanej, co drugie słowo.
Korzystając z nieuwagi Steve’a, powrócił myślami do spotkania z Jennifer. Nadeszła pora, by w końcu się ogarnąć i wydorośleć, ale czy jest gotowy do roli ojca? Czy na pewno chciał podporządkować swoje życie kobiecie, z którą łączyło go wyłącznie nienarodzone dziecko? Nie był choćby pewien jak zmienić pampersa. Poczuł bolesne bulgotanie w jelitach. Wygląda na to, iż za chwilę sam będzie go potrzebował.
– Steve, zaraz wracam…
– Mhmm – mruknął, nie podnosząc wzroku. Został sam.
Brzdęk.
Chłopiec w zamyśleniu przygryzł wargę, uważnie analizując treść, umieszczoną w wąskiej, prostokątnej ramce.
Brzdęk.
Bił się z myślami, z trwogą spoglądając na otwarte drzwi pokoju. Od nowa przeczytał krótkie zdanie.
Brzdęk, brzdęk.
Odpisał szybko, widząc zniecierpliwienie swojego rozmówcy. Entuzjazm stopniowo z niego uchodził. Nie przewidział takiego obrotu spraw. Niech będzie – zgodził się. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
Kiedy Matthew wrócił, Stevie był wyraźnie poddenerwowany, ale wciąż tryskał pozytywną energią. Chłopak obrzucił go badawczym spojrzeniem. Wyglądało na to, iż kryzys dobiegł końca i jego młodszy kuzyn z powrotem jest wesołym i pełnym optymizmu czternastolatkiem.
– Będę musiał się zbierać… przypomniało mi się o wypracowaniu z historii na jutro… – powiedział, powoli kierując się do wyjścia. Matt przytaknął z uznaniem. Ucieszył się, iż chłopiec wziął sobie do serca jego rady i w końcu przyłożył się do nauki.
– Widzimy się w piątek? – zapytał Matt. Steve się zawahał.
– W piątek… po szkole wybieram się do kumpla…
– Oficjalny koniec szlabanu?
– Poprawiłem oceny, przeprosiłem wszystkich za moje ostatnie zachowanie… – Nastolatek skinął głową.
Aplikacja w telefonie Steve’a, wciąż nie przestała wydawać drażniących odgłosów.
– Ależ jesteś dziś rozchwytywany… – zauważył Matthew, kątem oka spoglądając na telefon, który kuzyn mocno ściskał w dłoni. Na ekranie pojawiały się kolejne dymki czatu. Chłopiec raczej nie był duszą towarzystwa. Dotąd miał tylko jednego przyjaciela. Najwyraźniej, w ostatnim czasie coś się zmieniło.
***
Nuda może nie byłaby najwłaściwszym określeniem, ale z pewnością towarzyszyło mu znużenie. Musiał wyjść z domu, choćby na krótki spacer. Nie zdzierżyłby kolejnego, piątkowego wieczoru, spędzonego samotnie. Był ekstrawertykiem, usychał bez towarzystwa innych ludzi.
Dokładnie tydzień minął od pierwszego cyklu chemii. Nie potrafił dojść do siebie. Było to już nie tylko cierpienie ciała, bo kruchość jego psychiki z każdym dniem stawała się coraz bardziej widoczna. Umysł funkcjonował w trybie autopilota, pokornie akceptując wszystko, co przynosił mu los. Był trochę jak gąbka przesiąknięta do granic możliwości, niezdolna wchłonąć już ani kropli więcej. Każda nowa informacja spływała cienką strugą w otchłań. W efekcie narastała w nim coraz większa obojętność, która dla niewprawnego oka mogła uchodzić za spokój i opanowanie. Nie poruszał z nikim tematu spotkania z Jennifer. Liczył w duchu, iż ciąża to tylko chwilowy problem, który zniknie, jeżeli tylko dostatecznie długo będzie go ignorował.
W ciągu ostatnich paru dni sporo rozmyślał o niezałatwionych sprawach. Jedną z nich, była Audrey. Obiecał sobie, iż nie będzie się za nią uganiał, ale nie lubił niedomówień. Ich ostatnie spotkanie było bardzo… emocjonujące. jeżeli faktycznie przyszedł czas, w którym miał udowodnić wszystkim swoją dojrzałość, był zobowiązany zamknąć ten temat.
Nie odpowiedziała na żadnego smsa. Dzwonił kilkukrotnie. Za każdym razem, miły i wyważony głos kobiety, uprzejmie prosił o pozostawienie wiadomości w skrzynce poczty głosowej. Poważnie się zaniepokoił, ale zaraz potem przypomniał sobie, iż w międzyczasie rozmawiał z jej matką. Podobno miała więcej pracy. Tylko, dlaczego najpierw subtelnie go ignorowała, a teraz ma wyłączony telefon? Przecież nie doszło między nimi do sprzeczki.
Niepewnie sięgnął po tablet, który akurat znajdował się na wyciągnięcie ręki. choćby jeśli, zmieniłaby numer to nie wykluczało jej aktywności w mediach społecznościowych. Załadował odpowiednią stronę, odruchowo wertując posty. Kiedy spostrzegł, iż zawartość kompletnie nie pasuje do jego znajomych, ani choćby tego przedziału wiekowego, zerknął na listę aktywnych kontaktów po prawej stronie. Nikogo nie rozpoznał. Przejęty wzrok powędrował na okrągłą ikonkę ze zdjęciem profilowym w lewym, górnym rogu. Zagadka rozwiązana; to nie jego profil, a Steve`a.
„Łosiu… znowu się nie wylogowałeś…” – pomyślał, przesuwając palcem na strzałkę, służącą do przełączenia konta. W ostatniej chwili powstrzymał się przed kliknięciem. Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami. Zaspokojenie tej potrzeby było silniejsze niż przyzwoitość. W pierwszej chwili pomyślał, aby wrzucić na jego tablicę jakiś żenujący wpis, ale zaniechał. Steve był ponadprzeciętnie wrażliwy i zupełnie pozbawiony dystansu do swojej osoby. Mógł opacznie zareagować na taki dowcip. Darował sobie również czytanie prywatnych wiadomości – to byłoby już czyste świństwo. Poprzestał na śledzeniu aktywności użytkowników. W większości natrafiał na zabawne memy, filmiki i reklamy. Było też kilka postów z grup, do których należał, gro selfie trzpiotowatych nastolatek i równie niespontaniczne zdjęcia nieletnich fircyków. Jedno zwróciło jego uwagę. Była na nim grupa osób: dwie dziewczyny, które wyglądały na, co najmniej pełnoletnie i dwóch chłopców, a raczej młodych mężczyzn. Żadna z czterech osób, na pewno nie była w wieku Steve’a. Wszyscy dumnie pozowali obok siebie, ustawieni w półokręgu. Każdy miał w ręku plastikowy kubeczek, twarz nieskalaną myślą i półprzytomny wzrok, tęskniący za rozumem. W tle było mnóstwo bałaganu i innych, równie zamroczonych nastolatków, którzy przypadkiem weszli w kadr. Matthew przyglądał się fotografii z sentymentem wspominając domówki, które urządzał z Ethanem pod nieobecność rodziców. Piękne czasy. Nie wiedząc czemu, zawiesił wzrok na atrakcyjnej, niewysokiej blondynce o błękitnych oczach i okrągłej buzi. Był prawie pewny, iż to ta sama, którą widział, kiedy chłopiec ostatnim razem korzystał z jego tabletu. Przeczytał nieskomplikowany tekst powyżej zdjęcia.
Z najlepszą ekipą pod słońcem! <3 Już niedługo, jeszcze chwilka, jeszcze momencik…. #weekend, #poprawiny, #imprezastulecia #kacvegas

To ona dodała post. Postanowił zobaczyć do kogo wzdychał młodszy kuzyn. Eliana Marinova – tak się nazywała. Nie mylił się również, co do jej pochodzenia. Nie miał pewności, ale mniemał, iż to nazwisko jest popularne w Bułgarii. jeżeli podała prawdziwą datę urodzenia, miała szesnaście lat. Chodziła do tej samej szkoły co Steve i… wyglądało na to, iż to wszystko, co ich łączyło. Teraz rozumiał, co nastolatek miał na myśli, kiedy powiedział „Dziewczyny, takie jak ona…” Niemal każdy wpis na jej profilu dotyczył imprezy, alkoholu, seksu, umięśnionego troglodyty z drużyny bejsbolistów lub wszystkich powyższych. Młodziutki Patterson fatalnie ulokował uczucia…
Kompletnie stracił poczucie czasu. Wrócił myślami do Audrey. Nie miał już ochoty na szczeniackie podchody. W ramach rekreacji uznał, iż po prostu ją odwiedzi. jeżeli nie zastanie dziewczyny w domu, pojedzie do pracy. Tak czy siak, będzie musiała się z nim rozmówić.
***
Zatrzymał samochód przy 414 Ward Street. Podjazd był bardzo stromy, ulica wąska, a dookoła znajdowało się mnóstwo innych pojazdów. W ulgą wyszedł na chodnik. Rozejrzał się, usiłując przypomnieć sobie dom, który należał do rodziny Evans. Był tutaj dwa razy. Pierwszy, kiedy Audrey przywiozła go, kompletnie pijanego, więc jak nietrudno się domyślić kilka pamiętał z tego, jak i następnego dnia. Drugi, gdy odwoził ją z wycieczki na Seattle Great Wheel. To było, jeszcze na długo przed świętami. Pod koniec listopada lub z początkiem grudnia, do tego miał wrażenie, iż jechali od przeciwnej strony. Stał, nieporadnie wodząc wzrokiem w koło. Miał wrażenie, iż zabłądził. Wszystkie budynki wyglądały podobnie. Tracił nadzieję myśląc, iż będzie zmuszony zapytać o drogę sąsiadów, ale nieoczekiwanie dojrzał po prawej stronie w głębi, dwupiętrowy, beżowy prostopadłościan z brązowym dachem. Zdecydowanie udał się w jego kierunku. Nim pchnął furtkę z siatki, coś zwróciło jego uwagę.
– Co do chuja…? – mruknął do siebie i zawrócił, podchodząc do srebrnego BMW M5, zaparkowanego kawałek dalej. Wyrecytował w pamięci numer rejestracyjny samochodu taty i porównał z tablicami, które miał przed sobą. Były takie same.
Nie wahał się ani chwili dłużej. Ruszył pędem w stronę domu. choćby się ucieszył, bo niewykluczone, iż tego dnia uda mu się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ta sprawa także wisiała na jego liście do sfinalizowania…
Zadzwonił do drzwi. Trzy sekundy później zapukał. Chciał ponownie wcisnąć dzwonek, ale Samantha znienacka pojawiła się w progu.
– Matt… cześć… – wydukała oniemiałym tonem. Jej reakcja, była dokładnie taka, jakiej się spodziewał.
– Dzień dobry… – rzucił beznamiętnie. – W zasadzie przyszedłem do pani córki, ale skoro jest tutaj mój ojciec, Audrey pewnie nie ma. Nie szkodzi, prawdopodobnie jest w pracy – słowa wydobywały się z jego ust jak pociski z karabinu maszynowego.
– Matthew…
– Wiem, iż się spotykacie – stanowczo wszedł jej w słowo. – Nie rozumiem, po co te kłamstwa o jakimś spadku, przecież to nie trzymało się kupy…
– Słuchaj… Matt… – nieudolnie próbowała przebić się przez słowotok.
– Jesteście dorosłymi ludźmi, kto nigdy nie zaliczył skoku w bok, niech pierwszy rzuci kamieniem!
– Cóż… posłuchaj…
– Nie, proszę się nie tłumaczyć. Nie będę wchodził do środka, proszę mu tylko przekazać, że… – urwał, z niedowierzaniem patrząc na mężczyznę, który wyłonił się zza jej pleców.
– Ethan?
– Cześć brat… jest sprawa. Może, jednak wejdź…
***
Idź do oryginalnego materiału