Rozdział 3
Pandemia, makijaż, Wembley i rodzinne sekrety
W salonie Rianhouse cicho szumi kominek, a ciepłe światło ognia dodaje przytulności grupie zgromadzonej przed ogromnym ekranem projektora. Pierwszy sezon przywołuje wspomnienia czasów, gdy członkowie zespołu byli jeszcze samotni, a ich życie kipiało rockandrollową swobodą. To właśnie wtedy, po premierze drugiego albumu Safeground, Liberty Fade zaczęło święcić większe triumfy – krążek otworzył im drogę nie tylko do dużych koncertów w Europie, ale też dał wejście na rynek amerykański.
Odcinek pilotażowy pod tytułem Na przekór pandemii właśnie się zaczyna. Pierwsze kadry rzucają na ekran falę świateł: hala wypełniona dwudziestotysięcznym tłumem. Po ostatnim błysku scenicznych reflektorów kamera płynnie przenosi widzów do hotelowego pokoju.
Na stoliku piętrzą się puszki z różnymi napojami i niezdrowe przekąski, obok nich stoi kolorowa miska owoców i słupki marchewek, które chrupie Ville.
Robert siedzi wygodnie, w koszulce ulubionego zespołu, i rzuca kąśliwe:
– Jesteśmy zespołem rockowym, a ty nie dość, iż wyglądasz jak smutne emo, to jeszcze żywisz się jak królik – podważasz naszą autentyczność.
Ville, z kieliszkiem wody w dłoni, uśmiecha się szelmowsko do kamery. Makijaż jak zwykle perfekcyjny, czarna koszula podkreśla szczupłą sylwetkę.
– Pora się przedstawić – mówi. – Ville Rian. Nazywają mnie Libertyn albo Kurdupel. Pochodzę z Finlandii, niedługo kończę 21 lat, jestem frontmanem Liberty Fade.
Zerka z pogardą na Roberta i dodaje:
– I nie jestem emo.
Po czym bierze kęsa marchewki, wzdycha ciężko, upija trochę wody i maluje usta pomadką.
– Jestem Emma Rian, starsza siostra człowieka z marchewką, gram na gitarze elektrycznej – mówi drobna brunetka z ekstrawaganckim kokiem we wściekle czerwonej sukience podkreślającej jej smukłą talię.
– Robert Walker, 27 lat, perkusista, pochodzę z Manchesteru – wtrąca zadziornie postawny brunet, posyłając Emmie zaczepny uśmiech.
– Thomas Kleinert, lat 25, mówią na mnie DJ bo jestem DJ–em u Kurdupla w zespole, pochodzę z Niemiec – rzuca wesoło chłopak w luźnej stylizacji i czapce z daszkiem.
– Paul Lewin, jeszcze nie mam trzydziestki. Jestem basistą, Brytyjczykiem z polskimi korzeniami – oznajmia szczupły blondyn w flanelowej koszuli w ciemną kratę.
Emma sięga po tablet i wyświetla artykuł sprzed roku. To tekst, który wraca do głośnego festiwalu rockowego w Wielkiej Brytanii, po którym fani Liberty Fade poznali prawdę o Ville.
– „Pandemia, makijaż, Wembley i rodzinne sekrety” – czyta Emma tytuł artykułu z powagą w głosie, po czym cytuje jego treść, wyświetloną przez chwilę na ekranie:
„Pandemia odcisnęła głębokie piętno na milionach ludzi, zostawiając po sobie lęk, zmęczenie i poczucie niepewności. Świat na moment zwolnił, a wraz z nim branża muzyczna. Z czasem jednak pojawiła się potrzeba powrotu – do emocji, energii i czegoś nowego. W tym właśnie momencie pojawiło się Liberty Fade – fińsko-brytyjski zespół łączący rock z elektroniką, który w krótkim czasie przyciągnął uwagę słuchaczy.
W maju 2021 roku, skromnymi środkami, muzycy nagrali debiutancki album By The Way. Tytułowy singiel w kilka dni przekroczył milion odtworzeń, a amatorski teledysk nagrany telefonem gwałtownie zaczął viralowo krążyć w sieci, mimo iż o samym zespole wciąż kilka było wiadomo.
Głos Villego – od falsetu po rockowy wrzask – intrygował, a jego wizerunek magnetyzował. Obok niego wyróżniali się: gitarzystka Emma, basista Paul – spokojny i wyważony – oraz Robert, perkusista o klasycznej urodzie buntownika. Jedyną szerzej rozpoznawalną twarzą był DJ Thomas, związany z klubową sceną.
Kilka tygodni po premierze albumu zespół wygrał konkurs na support na Wembley, co zapoczątkowało ich szybki wzlot. Koncerty i streamingi rosły w tempie, którego mało kto się spodziewał.
Wraz z popularnością pojawiły się pytania o tożsamość frontmana. Ville długo podpisywał się jedynie imieniem, unikając nazwiska. Ostatecznie wyszło na jaw, iż jest synem Ramiego Riana – legendy rocka i producenta. Potwierdzenie przyszło podczas festiwalu w Londynie, gdy Rami zaprosił Villego i Emmę na scenę. Wspólny występ zakończył spekulacje, a rodzinna tajemnica przestała istnieć.”
Libertyn zwraca się do kamery. Przez chwilę siedzi bez ruchu, z rękami splecionymi na kolanach. W jego spojrzeniu nie ma już dystansu ani kokieterii – tylko lekka powaga, podszyta przygotowaniem na to, co zaraz powie. Przeczesuje palcami włosy, jakby chciał odgarnąć coś więcej niż tylko kosmyk z czoła.
– Myślę, iż to jest ten moment, żebyśmy z Emmą odnieśli się do tego artykułu, bo zaraz pewnie pojawią się komentarze w stylu: co to ma być, chłopaczek znikąd, a tu nagle całe środowisko artystyczne.
Lekko przechyla głowę, jakby analizował, co powiedzieć dalej, ale nie spuszcza wzroku z obiektywu.
– Po pierwsze: dziennikarze i fani zaczęli wtedy grzebać w moim życiu prywatnym. A ja nigdy nie robiłem z siebie outsidera – po prostu nie sprzedawałem nazwiska. Była muzyka i tyle. Bo co miałem mówić? „Tak, Rami Rian to mój ojciec, więc jestem zajebisty”? Wiedzieliśmy, iż kiedyś to wyjdzie, ale i tak jestem zadowolony bo ludzie najpierw kupili naszą muzykę, a nie nazwisko.
– Tak. Libertyn chciał w pewnym sensie odciąć się od ojca – dorzuca Emma, siedząca obok, z łokciem opartym o kolano. – Teraz już to robi, bo i tak kto ma wiedzieć, ten wie.
Ville wzdycha cicho i przesuwa się na krześle. Przeciąga się lekko, prostując plecy, jakby chciał coś z siebie zrzucić. Głos ma pewny.
– Wbrew wkurzeniu Ramiego i ekipy z RRstudio postanowiłem, iż pierwszy album nagramy w jakiejkolwiek wytwórni, która nas nie wyzeruje finansowo i da niezależność. Teledysk do By the Way nagraliśmy metodą chałupniczą. To miał być test mojej muzyki. Albo zaskoczy, albo rzucę w cholerę muzykowanie i zajmę się cyframi.
Wzrusza ramionami. Ton robi się spokojniejszy, bardziej refleksyjny.
– To nie jest tak, iż wszystko zawdzięczam sobie. Zgrany zespół, dobry moment, wygrany support i kontakty.
– Dorastaliśmy w środowisku muzycznym – dodaje Emma. – Znaliśmy z bratem mnóstwo osób: muzyków, menedżerów, dźwiękowców, a choćby oświetleniowców.
Chłopak kiwa głową. Przez chwilę wpatruje się w dłonie, jakby przypomniał sobie coś istotnego. Potem znów patrzy prosto w kamerę.
– jeżeli czegoś nie wiedziałem, nie byłem pewien, to miałem do kogo się zwrócić po pomoc, po radę – mówi dalej. – Poza tym backstage i scena nie były mi obce. Miałem też doświadczenie w koncertowaniu, tak jak reszta ekipy. No, było nam łatwiej i uniknęliśmy błędów, jakie popełniają młode zespoły.
Kamera powoli oddala się od Villego, obejmując cały skład Liberty Fade. Widać, iż wszyscy są w wyśmienitych nastrojach – to moment, gdy wracają wspomnieniami do początku swojej wspólnej drogi.
Ville opiera łokcie o kolana, Paul przeciąga się i sięga po puszkę coli, Thomas poprawia rękaw bluzy, a Emma kręci włos na palcu.
– Emmę poznałem jakoś na początku 2020 roku. Grzeczna i zagubiona dziewczynka – mówi Robert z przeciągłym uśmieszkiem, zerkając w jej stronę. – Spotkaliśmy się w moim klubie muzycznym. Pamiętam, przyszła z koleżankami, ubrana jak uczennica. Pogadaliśmy chwilę, powiedziała mi, iż studiuje sztukę i malarstwo, a ja w wolnych chwilach maluję motocykle. I jakoś tak zeszło... Okazało się, iż świetnie gra na gitarze, ale nie przyznała się, iż ma sławnego i bogatego tatusia.
Puszcza jej oczko, a Emma teatralnie wzdycha.
– Podobał mi się. Taki niegrzeczny chłopiec na motocyklu, zupełnie inny niż towarzystwo, w którym się obracałam – przyznaje. – Pojechaliśmy na zlot, poznałam jego kolegów, w tym Paula.
– Tak, pamiętam to – mówi Paul. – Przyjechała wtedy z Robem. Nikogo to nie dziwiło, iż Rob przywiózł kolejną ładną dziewczynę. Wieczorem pograliśmy na gitarach. Fajnie nam się razem muzykowało.
DJ Thomas opiera stopy o stolik, podpiera głowę na dłoni i uśmiecha się półgębkiem.
– Libertyna poznałem na imprezie w klubie. Miał chyba szesnaście lat i wszedł na podrobiony dowód osobisty – rzuca z rozbawieniem.
– Wtedy Thomas rozkręcał imprezę. Po koncercie podszedłem do niego – dodaje Ville.
– Jak ja go zobaczyłem, to nie wiedziałem, czy mam płakać, czy się śmiać. Chłopaczek z brokatem... – wtrąca Thomas spoglądając w stronę kamery. – Zaczął zadawać mi miliony pytań o... No, o keyboardy, kontrolery, interfejsy audio i cyfrowe syntezatory. Rzucał nazwami jakby czytał katalog. Wymieniliśmy się kontaktami. Ktoś mi później powiedział, iż to syn gwiazdy rocka. Nie gustowałem w takiej muzyce, ale lubię zadbać o własne interesy i stwierdziłem, iż taki kontakt mi się przyda. Do tego... Ville mnie totalnie zaintrygował. No, ale każdy miał swoje zajęcia i zapomniałem o Kurduplu na jakiś czas.
Libertyn uśmiecha się tajemniczo i lekko pochyla w jego stronę. Thomas rzuca w niego poduszką.
– Między nami była chemia od zawsze. Bardzo mi się spodobał. Taki luzaczek, co to imprezki mu w głowie.
Robert wciąga powietrze przez zęby.
– Przyszedł lockdown. Klub zamknięty, zloty odwołane. Do tego zimno, więc i motorem nie było gdzie pojeździć – wzdycha. – Zaczęło mi brakować muzyki, mojego klubowego zespołu.
– Wtedy pracowałem w knajpie u siostry – dorzuca Paul. – Gotowałem żarcie do cateringu i grałem na gitarze akustycznej do pustych ścian w pokoju. To mnie frustrowało.
– Miałem tak samo – kiwa głową Thomas. – Siedziałem sam, bez weny na nowe beaty, bo wenę mam wtedy, gdy występuję przed tłumem.
Ville opiera się wygodniej, ale jego ton staje się poważniejszy.
– To był mój ostatni rok w szkole wojskowej. Trzy lata byłem wokalistą w zespole szkolnym, co dawało mi ucieczkę od rygoru i dyscypliny. Występowaliśmy na dyskotekach w szkołach, imprezach miejskich... to był fajny czas. Ale ostatecznie wszystko zabrał lockdown.
Przesuwa palcami po udzie, jakby przypominał sobie melodie.
– W mojej głowie zaczęły wtedy grać piosenki, które są na pierwszej płycie. Miałem już fortepianowe wersje i prawie gotowe teksty. Ale wiedziałem, iż nie chcę czystego rocka. Znałem już Thomasa, więc pomyślałem: połączmy rocka z house’em albo czymś podobnym.
Emma podciąga nogi pod siebie, splata dłonie na kolanie.
– Przyszedł do mnie z pytaniem, czy nagramy jakąś wersję demo jego piosenek – wspomina. – Ja miałam grać na gitarze, ojciec na basie, znajomy na perkusji, Ville miał śpiewać. Wyszło fajnie, ale faktycznie brat miał rację: brakowało czegoś ekstra, właśnie muzyki elektronicznej.
Ville kiwa głową, bawiąc się pierścionkiem.
– Nie miałem zespołu. W ogóle. Kumple ze szkoły chcieli iść w inną stronę – karierę wojskową. Poza tym nie do końca się dogadywaliśmy i nie było sensu tego ciągnąć.
– Znałam Roberta i Paula. Powiedziałam, iż brat jest trochę dziwny, ale chciałby pograć, pobawić się muzyką – mówi Emma, uśmiechając się pod nosem.
Robert wzrusza ramionami i chwyta puszkę.
– Co mi tam było. Nuda taka. Jak ktoś mówi: „Chodź powalić w gary”, to idę.
– Dokładnie. Emma nie musiała mnie długo namawiać – dodaje Paul, przysuwając się bliżej mikrofonu.
– Spotkaliśmy się u mnie w garażu, między motocyklami – wspomina Robert. – Przyszedł wymalowany Kurdupel. Spojrzałem na Emmę z rezygnacją. Ale dobra, próba to próba.
Paul unosi brwi, opierając rękę na oparciu kanapy.
– Zagraliśmy kilka kawałków znanych rockowych piosenek. Libertyn dawał radę. Wprawdzie dziesięć razy poprawiał makijaż, ale głos miał mega fajny i wyczucie sceniczne. Widać było, iż to nie jego pierwszy raz.
– Dobrze mi się z nimi grało. Robert bardzo mi się spodobał. Taki figo–fago – rzuca Ville i posyła Robowi uśmiech przez ramię.
Perkusista od razu reaguje – pokazuje mu środkowy palec.
– Paul wydawał mi się taki stateczny – dodaje Ville, patrząc na kolegę. – Taki starszy brat, który zawsze ma dobrą radę albo rzuci jakimś morałem. A Emma to Emma – świetnie gra na gitarze i tyle.
Na moment zapada cisza. Wszyscy się rozsiadają, jakby wracali myślami do tamtych dni. Ville ciągnie dalej:
– Umówiliśmy się na drugą próbę. Zaproponowałem, iż może w u nas w domu w Surrey, ale Rob stwierdził, iż to za daleko, a motocykle dają mu energię. Nie naciskałem.
– Nie wiedziałem wtedy, iż ich stary to Rian i iż w domu mają warunki do koncertowania i domowe studio nagrań! – dorzuca Robert, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Dopiero później jakoś wyszło, iż pojechaliśmy do Surrey.
– Tak – potwierdza Paul, zerkając na resztę. – Wtedy zobaczyliśmy, co to profesjonalna sala prób.
– Odnowiłem wtedy kontakt z Thomasem. Powiedziałem, iż sobie chałupniczo gramy i iż jak mu się nudzi, to zapraszam – dodaje Ville.
Thomas rozsiada się szeroko i zakłada ręce za głowę.
– Młody Rian chciał się spotkać – wtrąca. – Nie protestowałem. Miałem do wyboru: albo wrócić do Niemiec, kajać się przed ojcem za nieskończone studia i błagać o posadę w jego firmie, albo się zabawić. Przyjechałem na próbę, ekipa mi podpasowała, popatrzyłem, jak grają, Kurdupel dawał radę. Później Libertyn powiedział: „zamiksuj coś”. Zagraliśmy jakiś cover, fajnie wyszło. Taka zabawa. Znowu się spotkaliśmy – totalny luz i mega dużo czasu!
Paul kiwa głową z uznaniem, Ville przewraca oczami z rozbawieniem, a Thomas kontynuuje.
– W pewnym momencie Kurdupel powiedział: „Wiecie, ja mam takie moje piosenki, może spróbujemy”. Moje pierwsze myśli: koleś będzie śpiewał o żyletkach i przemijaniu. Stwierdziłem: „No dobra, zarzuć jakąś melodię”, a on na to: „No nie tu, bo ja potrzebuję fortepianu”. No k...a (wypikane), no ballady o Armagedonie murowane.
– Miałem identycznie – rzuca Robert, zerkając na Thomasa z rozbawieniem. – Bałem się tego, co chce nam zaproponować.
– Poszliśmy na górę, usiadł do fortepianu, zagrał i zaśpiewał By The Way, po czym skończył i zaczął opowiadać, jak muzycznie to widzi: tu riff, tu beacik, tam werbel – wspomina Paul. – Wróciliśmy do sali prób i zagraliśmy to tak, jak chciał. Później każdy coś dodał od siebie i wyszła ostateczna wersja tej piosenki.
Robert wzdycha teatralnie.
– Zapytałem Kurdupla, czy ma coś jeszcze z zanadrzu... okazało się, iż miał. Materiał na całą płytę! Kiedy usłyszałem wersję fortepianową The Moon Ray czy Way Of Love, to chciałem się z nim ożenić.
– Lockdown w pełni – przypomina sobie Paul. – A my graliśmy jego piosenki, dogrywaliśmy się jako zespół, no i zapadła decyzja: spróbujmy coś podziałać na rynku muzycznym.
– No z Ramim Rianem to miała być formalność. Mieć takie znajomości i dobrą muzykę to było coś – mówi Thomas.
– Tata przychodził na próby, tylko raz stwierdził: „może być” – mówi Emma parskając śmiechem.
– Ale pojawiły się pewne trudności – mówi DJ. – Po pierwsze, mama Villego nakazała mu skończyć szkołę, a z tą kobietą się nie dyskutuje, nigdy. Po drugie, Emma nie chciała być w zespole i trochę czasu zajęło, zanim się zgodziła. A po trzecie – Kurdupel nie chciał pomocy RRstudio.
– Postanowił nas wykiwać, olać ojca i nagrać materiał w jakiejś zapyziałej dziurze – dodaje Paul. – Jak usłyszałem, iż klip do By The Way ma być nakręcony z ręki, kamerką typu GoPro, to chciałem go zabić.
– Stwierdziłem, iż to zmarnowana szansa, iż ch.j (wypikane) z tego będzie – rzuca Thomas.
– Podbijam – mówi Robert z półuśmiechem.
– Mnie to nie zdziwiło – przyznaje Emma. – Wiedziałam, iż brat chce zrobić to po swojemu i na własnych zasadach, bez perfekcjonizmu ojca i symfonicznych brzmień.
Thomas siedzi niedbale z nogą na nodze, stukając rytmicznie palcem o puszkę coli.
– Płyta wreszcie powstała – kontynuuje. – Wypuściliśmy pierwszą piosenkę w eter, gwałtownie zyskiwaliśmy mnóstwo wyświetleń. Prawda jest taka, iż nagraliśmy album w gównianej wytwórni, ale dalsze działania Libertyna i Emmy to była czysta sztuka.
Rob kiwa głową z uznaniem, poprawiając mankiet bluzy.
– Oni mieli kontakty, wiedzieli, jak to się robi – ciągnie Thomas. – Kiedy usłyszałem, iż mamy wystartować w konkursie na support na Wembley... to się przestraszyłem bo wcześniej nie występowaliśmy razem choćby w klubokawiarni. Ale wygraliśmy ten konkurs. Nie wiem, czy to znajomości, czy przypadek, czy może po prostu byliśmy dobrzy.
Paul przysuwa się do mikrofonu, jakby chciał się wygadać.
– Pamiętam, iż mieliśmy grać przed dwudziestotysięcznym tłumem. Rzygałem z nerwów. Rob zmieniał kolory jak tęcza, a Libertyn?
– On niecierpliwił się, żeby tylko wyjść na scenę – ciągnie Paul. – Tylko było: „ile jeszcze mam czekać, no szybciej, robimy to, robimy”. Na początku myślałem, iż się naćpał LSD, ale on nie ćpa. Nie wiem, może to przez marchewkę…
Libertyn przewraca oczami i wzdycha teatralnie rozkładając ręce.
– Marchewka ma witaminę A. Na scenie trzeba mieć błysk w oku.
– Support wyszedł bardzo poprawnie – mówi Emma. – Dostrzegłam wtedy Ramiego w loży VIP. Jego wyraz twarzy był niewzruszony, ale mama... mama ewidentnie była z nas dumna.
– Potwierdzam. Choć to było dziwne uczucie. No i dalej to już poszło samo– stwierdza Ville z lekkim uśmiechem.
Następnie pośpiesznie dodaje, jakby o czymś zapomniał.
– Drugą płytę wydaliśmy już pod patronatem RRstudio. Rami nie mógł się pogodzić z tym, iż nie ma praw do naszej muzyki, więc wykupił wytwórnię, w której nagraliśmy debiut. Kiedy przyszło do pracy nad drugim krążkiem, nie protestowałem – weszliśmy do wytwórni ojca.
Thomas uśmiecha się od ucha do ucha.
– To była miła odmiana, totalna profeska i brak grzyba na ścianie.
– A teraz – dodaje Ville – jesteśmy tu, gdzie jesteśmy…
– No właśnie – wtrąca Emma i spogląda prosto w kamerę. – Witajcie w pilotażowym odcinku Liberty Fade Life. To program nie tylko o muzyce, ale też o nas. Pokażemy wam, jak naprawdę wygląda nasze życie poza sceną – kiedy nie gramy, nie nagrywamy, tylko jesteśmy sobą. Dzięki za uwagę!
Kamera powoli się oddala. Zespół zostaje w kadrze – rozluźnieni, pogodnie nastawieni. Rozmowa toczy się dalej półgłosem, już poza planem. Ekran zaczyna przygasać. To koniec odcinka.
W pokoju znów robi się gwarno i wesoło. Robert żartuje o „marchewkowej rewolucji”, Paul wspomina support, a Sandra z rozbawieniem przytula się do Thomasa. Ale Rose… nie śmieje się. Widzi coś, czego inni nie dostrzegają. Ułamek sekundy. Spojrzenie Emmy i Villego. Ledwie zauważalny ruch brwi Mii. Krótkie, niemal niewidoczne pokręcenie głową Ramiego.
W tej rodzinie rzadko mówi się wszystko wprost. Tu prawda żyje pod skórą słów – w błysku oka, w geście, w ciszy między zdaniami.
Rose wie to, co wiedzą też chłopaki z zespołu. Że ta „zapyziała wytwórnia” nie była przypadkiem. Że nie chodziło o żaden magiczny łut szczęścia. Wie, iż Rami miał w tym swój plan – chciał mieć prawa do twórczości syna, a Aurora Drive była idealna: biedna, chwiejna, ale formalnie czysta. Idealna nie tylko po to, by Ville miał swobodę twórczą i dobre warunki finansowe, ale także po to, by można ją było wchłonąć przez RRstudio.
Ale teraz… Mia puszcza do Ramiego oczko. A Rami – nie odpowiada uśmiechem. Tylko bardzo delikatnie, ledwie zauważalnie… kręci głową. I to wystarcza.
Rose przestaje być pewna, co tak naprawdę wie. Czyżby mąż nie powiedział jej wszystkiego? Czy istnieje nie tylko drugie, „oficjalne” dno tej sprawy – to, o którym wie zespół i rodzina – ale także trzecie? Takie, o którym wiedzą wyłącznie Rianowie?
Wzrok Rose pada na Villego i Emmę. Są dziwnie cisi. Patrzą tylko na siebie. I wtedy wszystko staje się jasne. Jest trzecie dno.
Domownicy powoli rozchodzą się do swoich pokoi. Wspólny wieczór przy pierwszym odcinku dobiega końca.
W sypialni Libertynów panuje cisza. Świece przy łóżku rzucają miękkie światło na grafitowe ściany. Ville pachnie jak zawsze: czystością i drogimi, niedosłownymi perfumami. Leży obok niej w czarnej, jedwabnej piżamie. Rose ma na sobie cienką, figlarną koszulę nocną – chłodna tkanina przylega do skóry.
Ich ciała wtulone są znajomo. Czułość, erotyka, rytm wspólnego oddechu. Ale coś jest inaczej. Atmosfera nie klei się jak zwykle – jest napięta, wyczekująca. To nie będzie rozmowa o muzyce.
– Vivaanku, dlaczego mam wrażenie, iż sprawa pierwszego albumu nie wyglądała tak, jak została przedstawiona? – pyta Rose szeptem.
Nie musi, ale szept pasuje do tej chwili. Ona wie. Teraz chce tylko, żeby on to powiedział.
Ville porusza się, jakby ta pozycja już mu nie pasowała. Odwraca głowę. Nie unika wzroku. Wręcz przeciwnie – patrzy jej prosto w oczy.
– Czekałem, aż o to zapytasz – mówi spokojnie. – Ale jeżeli chcesz wiedzieć… będziesz musiała dać mi coś w zamian.
Uśmiechają się oboje, ale tylko na moment. Ona zna ten ton. Połowa żartu, połowa ostrzeżenia.
– Ta sprawa jest kontrowersyjna. jeżeli wypłynie, może mi bardzo zaszkodzić – dodaje już całkiem poważnie.
– Nie ufasz mi? – pyta cicho.
– Nie chodzi o to, iż ci nie ufam – mówi kręcąc głową. – Chodzi o to, co się stanie, jeżeli ty przestaniesz ufać mnie. Zastanów się. Czy chcesz znać prawdę? Bo prawda… nie będzie za darmo.
Cisza zawisa między nimi jak ciężka zasłona. Rose nie odzywa się więcej. Ville odwraca się plecami i po chwili spokojnie zasypia.
Nad ranem w sypialni Libertynów panuje martwy spokój. Zwykle to Rose budzi się pierwsza – przeciąga się leniwie, ociera ramię o jego ramię, a potem całuje męża w policzek, szepcząc coś ciepłego. To ich codzienny rytuał. Dziś – nic.
Dziewczyna bez słowa zsuwa nogi z łóżka, poprawia ramiączko koszuli i kieruje się do łazienki. Jej krok jest cichy, ale zdecydowany. Ville nie rusza się z miejsca. Leży na plecach, z oczami utkwionymi w sufit, jakby czekał na dźwięk, który nie nadejdzie. Potem wstaje, przeczesuje dłonią włosy i rusza za nią.
Woda już leci. Gorąca, niemal parząca – tak, jak lubi Ville. Para otula ich sylwetki, osiada na lustrze, wsiąka w napięcie między nimi. Przez kilka minut nie słychać nic poza jednostajnym szumem. Ich ruchy są ostrożne, jakby każde z nich ważyło swoje gesty, żeby przypadkiem nie dotknąć zbyt mocno.
Wychodzą razem. Owijają się w satynowe szlafroki — czarne, idealnie gładkie. W ciszy przechodzą do sypialni i stają przed ogromnym lustrem, które odbija ich niczym postacie z innego świata.
Rose przeczesuje włosy, palcami wyciąga pasma, splata, rozplata. Ville z wprawą maluje powieki – cień, potem cienką, wyrazistą kreskę pod okiem. Lustro nie kłamie. Widać ich oboje, oddzielnie – i razem. Ich spojrzenia spotykają się w odbiciu.
– Przestanę ci ufać, jeżeli przestaniesz mówić mi prawdę – mówi Rose. Spokojnie, sucho, bez cienia miękkości.
Ville zatrzymuje rękę. Wzrok przesuwa z linii oka na jej oczy. Patrzy uważnie, o sekundę dłużej, niż wypada. Potem lekko się uśmiecha, próbując uśmiechem osłonić to, co za chwilę powie.
– Liberty Fade to moje dziecko. Moje życie. Moje powietrze. I nie chodzi tylko o mnie.
Rose milknie. Wydaje jej się, iż wie, o kim mówi. Nie ciągnie dalej. Jeszcze nie teraz.
– Ile będzie mnie kosztować prawda? – pyta po chwili. Jej głos jest cichy, ale twardy.
– Lubię, kiedy zamiast dramatów zadajesz konkretne pytania i trzymasz chłodną głowę.
– W tej rodzinie inaczej się nie da – odpowiada, patrząc mu prosto w oczy.
Między nimi znów zapada cisza. Ale tym razem inna. Ciężar w powietrzu przesuwa się, jakby coś zaczynało się układać.
Ville uśmiecha się półgębkiem, z tym znajomym błyskiem w oku, który zapowiada niepewność albo prowokację.
– Przysięga Rodowa.
Zamyka szufladę kosmetyczki i odwraca się do niej.
– W tej sytuacji akt małżeństwa to za mało.
– Jestem gotowa – odpowiada bez wahania, choć w jej spojrzeniu pojawia się cień drżenia.
Ville przez chwilę tylko patrzy, jakby chciał coś dopowiedzieć – i nie wiedział, od czego zacząć. Potem zagryza wargę.
– Musisz dać mi trochę czasu. Wrócimy do tematu. Obiecuję, iż opowiem, jak było. Całą prawdę.
Ich ciała wciąż są napięte, ale coś pęka, a to jedno zdanie pozwala odetchnąć. Ville robi krok w jej stronę. Nie pyta. Nie waha się. Nachyla się i kradnie jej pocałunek – głęboki, znajomy, tylko ich.









