Rowerem tam, gdzie Google Maps straciło litość. Kilka krajów, setki podjazdów i zaskakująco mało rozsądku

safaryn.blogspot.com 1 dzień temu

Rok temu, po swojej „wyprawie” z Bergen do Karlskrony, napisałem, iż każdy taki wyjazd jest dla mnie nowym początkiem. Nowym rokiem. Nowym rozdaniem. Napisałem wtedy, iż z ciekawością czekam na to, co przyniesie kolejny etap życia.

Ciekawość świata. Ciekawość ludzi. Chęć życia, spełniania marzeń, dawania siebie innym, ale też brania od życia pełnymi garściami. Przestałem się bać. A może po prostu przestałem pozwalać strachowi decydować za mnie. Odwagi zawsze miałem w sobie trochę więcej niż rozsądku, ale dopiero teraz naprawdę zacząłem ŻYĆ.

Kiedy zmieniasz nastawienie, zmienia się wszystko wokół. Może nie dosłownie wszystko, ale wystarczająco dużo, by świat stanął do góry nogami. I choć brzmi to groźnie, w moim przypadku był to przewrót wyłącznie na plus.

Czy zdarzyło się Wam kiedyś zaskoczyć samych siebie?

Mnie tak.

Są ludzie, którzy potrafią otworzyć głowę szerzej niż najdalsza podróż. Pozwalają spojrzeć dalej, odważniej marzyć i realizować plany, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały się nierealne.

Ja, człowiek północy, z tatuażem skandynawskiej flagi na przedramieniu, zapragnąłem posmakować południa.

Połączyć dwa światy. A adekwatnie cztery.

Połączyć góry z morzem. Chłód z upałem. Alpy z Adriatykiem.

Na początku były Alpy. Wysokość, śnieg zalegający na szczytach choćby latem i legendarna droga Grossglockner. Były długie podjazdy, mozolne zdobywanie kolejnych metrów i świadomość, iż każdy kilometr trzeba sobie wypracować.

Potem przyszedł Adriatyk.

Triest – włoski, elegancki i pełen historii. Koper, Izola i Piran – słoweńskie miasteczka pachnące morzem, kawą i wakacyjnym spokojem. Dalej chorwacki Umag, Dajla i Novigrad, gdzie kamienne uliczki prowadzą prosto nad wodę, a wieczorne światło odbija się od starych murów i rybackich łodzi.

A później powrót przez bajeczną Słowenię.

Kraj niewielki, ale zachwycający na każdym kroku. Zielony, spokojny i zaskakująco naturalny. Kraina brunatnych niedźwiedzi, gęstych lasów i dróg, które zdają się stworzone dla rowerzystów. Ljubljana urzekła mnie swoim spokojem i klimatem, a jezioro Bled wyglądało tak nierealnie, jakby ktoś stworzył je specjalnie na pocztówki.

Dalej prowadził mnie szlak Alpe Adria, tym razem pokonywany w odwrotnym kierunku. Każdy dzień przynosił nowe widoki, nowe rozmowy i nowe doświadczenia.

Wisienką na torcie był Wiedeń odwiedzony już w drodze do domu. Miasto cesarskiego rozmachu, które po tygodniu spędzonych pod namiotem i na rowerowym siodełku smakowało zupełnie inaczej niż zwykle.

Nie była to łatwa wyprawa.

Bywało ciężko. Czasem bardzo ciężko. Fizycznie, ale nie tylko.

Ciągłe zmiany krajobrazu i klimatu wymagały nieustannego dostosowywania się do nowych warunków. Zmieniały się nie tylko widoki, ale też sposób myślenia.

Twarde austriackie „Servus” ustąpiło miejsca śpiewnemu „Ciao” i „Buongiorno”, by chwilę później zamienić się w radosne słoweńskie „Dobro jutro”.

Zmieniała się także jazda.

Najpierw siłowa walka z wysokością i kilometrami stromych podjazdów. Potem długie, szybkie zjazdy, podczas których spaliłem tarcze hamulcowe. A później zwolnienie tempa na wybrzeżu. Nauka życia w upale. Korekta planów. Lżejsze jedzenie. Dłuższe postoje. Więcej kawy i mniej pośpiechu.

Trochę zacząłem żyć jak południowiec.

Upał stał się częścią mnie, a ja częścią otaczającego świata. Kręciłem się rowerem po wąskich uliczkach nadmorskich miasteczek. O świcie siadałem przy małych stolikach lokalnych piekarni. Piłem kawę i jadłem świeży burek, obserwując ludzi rozpoczynających kolejny dzień.

I właśnie wtedy zrozumiałem, iż w takich wyprawach nigdy nie chodzi wyłącznie o kilometry.

Chodzi o ludzi, których spotykasz.

O miejsca, których wcześniej nie było na Twojej mapie.

O chwile, których nie da się zaplanować.

I o to, iż wracasz do domu zmęczony, ale bogatszy o coś, czego nie da się kupić, zmierzyć ani zapisać w statystykach.

Wracasz będąc po prostu trochę innym człowiekiem.



































































































































Idź do oryginalnego materiału