Rodzina zastępcza. Dom, który rośnie razem z miłością

swidnica24.pl 2 godzin temu

Nie planowali wszystkiego od początku do końca. Raczej słuchali serca, znaków i siebie nawzajem. Aurelia i Janusz stworzyli rodzinę, która nie mieści się w prostych definicjach – pełną dzieci, historii i cichej odwagi. Ich droga to opowieść o tym, iż czasem najważniejsze decyzje przychodzą wtedy, gdy wydaje się, iż wszystko już jest „na swoim miejscu”. I iż dom to nie ściany – to ludzie, którzy każdego dnia uczą się być razem.

Od zawsze było w nas przekonanie, iż rodzicielstwo jest częścią naszej drogi – czymś naturalnym, ważnym i głęboko wpisanym w życie. Nie przyszło jednak bez wyzwań – opowiada Aurelia. – Kiedy zaczęłam chorować na hasimoto wiedziałam, iż z zajściem w ciążę może być trudno, ale udało się. Najpierw jedna ciąża, potem druga. Była już rodzina. Był dom. Dzieci rosły. A jednak gdzieś pomiędzy codziennością a spokojem pojawiło się pytanie, które nie dawało o sobie zapomnieć – dodaje.

To pytanie nie było głośne. Raczej ciche, wracające wieczorami. Pojawił się pomysł adopcji.

– W zasadzie całe swoje życie miałam do czynienia z pojęciem adopcji – moja najbliższa przyjaciółka była adoptowana, w rodzinie było dziecko adopcyjne – mówi Aurelia. – Popatrzyłam na swoje życie i pomyślałam, iż jest pełne ale kiedy sądziłam, iż nie będę mamą to od razu planowałam adopcję. Myślałam… dziś jestem szczęśliwa, spełniona, ale gdzieś tam, jest ktoś komu miałam dać szansę… i co? Pozbawiłam go? – opowiada Aurelia.

To nie był impuls. Raczej powrót do czegoś, co zawsze gdzieś w niej było. Do myśli, która nie dawała spokoju, bo była prawdziwa. Zanim jednak podjęli decyzję o adopcji, zaczęli od czegoś mniejszego, choć, jak się okazało, wcale nie mniej ważnego – adopcja serca. To była pomoc, której nie widać na co dzień. Bez wspólnych śniadań, bez codziennych rozmów. A jednak prawdziwa, taka, która zmienia czyjeś życie gdzieś daleko, w ciszy i konsekwencji. – Przyjęliśmy pod opiekę chłopca z Ghany. Dziś ten mały chłopiec kończy studia medyczne a my, choć mamy na fortepianie tylko jego zdjęcie, to wiemy, iż nasze comiesięczne wpłaty w wysokości, 100 zł dały mu szansę na lepsze życie – mówi Janusz.

Pomoc na odległość była początkiem. Ale serce chciało więcej. Bardziej konkretnie. Bliżej. Ostatecznie zapadła decyzja o adopcji. Chcieli chłopca. Czekali pół roku. Z każdym tygodniem nadzieja trochę słabła, aż w końcu zadzwonił telefon.

– Pojechaliśmy na miejsce i przez chwilę spacerując szukaliśmy ośrodka. Kiedy tak chodziliśmy minęła nas kobieta z dzieckiem, to był śliczny blondasek. Pomyślałam: o takiego bym chciał – mówi Janusz. Na miejscu okazało się, iż to właśnie Tomek, ten mały blondasek będzie ich dzieckiem. – Czasem życie pisze scenariusze tak proste, iż aż trudno w nie uwierzyć – mówi Janusz.

Dziś Tomek ma 24 lata i jest bardzo poukładanych studentem logistyki. – Ale bywało różnie, nie zawsze było łatwo. W zasadzie częściej było ciężej niż lekko, ale dziś pękamy z dumy – mówi Aurelia.

Za tą dumą stoją lata cierpliwości, nieprzespanych nocy, rozmów, wątpliwości i decyzji podejmowanych każdego dnia od nowa. Takich, które budują relację kawałek po kawałku.

Kiedy wydawało się, iż ich rodzina osiągnęła już swój kształt, pojawił się kolejny pomysł. Tym razem jeszcze trudniejszy, rodzicielstwo zastępcze. Najpierw do rodziny trafiła 17-latka. Julki nie ma dziś w domu państwa Kubinków. – Ale jest w naszym życiu, mamy kontakt i spotykamy się – mówią.

Mimo tego doświadczenia nie zrezygnowali. Przeciwnie — ich decyzja tylko się umocniła, tym bardziej, iż cała rodzina jest mocno uduchowiona. – Chcieliśmy pomagać drugiemu człowiekowi i plan wciąż był aktualny. Pamiętam, iż byłam na rekolekcjach, wtedy usłyszałam, iż pomoc powinna zakończyć się owocem. I wtedy na stronie „Profesjonalistów z sercem” na portalu społecznościowym zobaczyłam post o dwóch chłopcach szukających domu. Jestem polonistką i kiedy przeczytałam, iż 9-latek nie umie czytać to uznałam, iż to ten znak od Boga. Zadzwoniłam najpierw do męża i powiedziałam, iż mam znak i czuję, iż muszę działać. Potem zadzwoniłam do PCPR… – opowiada Aurelia.

Tak do ich domu trafili chłopcy – 9-letni Olek i 3-letni Maciek. Olek nie umiał czytać, nigdy nie był na podwórku, nie bawił się z dziećmi, ale umiał zrobić dosłownie wszystko wokół Maćka. To było niesamowite – opowiada Aurelia.

Zaczęła się codzienna, cicha praca. Taka, której nikt nie widzi, a która zmienia wszystko. Litera po literze. Słowo po słowie. Krok po kroku. W tej historii pozostało jeden istotny bohater, wsparcie, bez którego byłoby znacznie trudniej. I to wsparcie, które nie kończy się na formalnościach, ale zaczyna tam, gdzie pojawiają się emocje, wątpliwości i zmęczenie odegrało tu bardzo istotną rolę.

Największe słowa uznania musimy skierować w stronę PCPR. Od samego początku – od szkolenia poprzez chwile zawahania, zwątpienia, stale mieliśmy ich pomoc, wsparcie, dobre słowo. To było na wagę złota. Do dziś tak jest, w zasadzie jeden telefon do instytucji załatwia sprawę. Jest pomoc psychologa, pedagoga, mamy wspaniałego koordynatora. To naprawdę bardzo dużo – mówią.

To właśnie takie wsparcie sprawia, iż rodziny nie zostają same. Że kiedy przychodzi trudniejszy dzień, ktoś odbiera telefon. Ktoś wysłucha. Ktoś powie: „to normalne, jesteście w tym razem z nami”. I czasem to wystarcza, by zrobić kolejny krok. To nie jest tylko instytucja. To ludzie, którzy stoją obok, bez rozgłosu, ale pewnie.

– Dziś mamy dom pełen dzieci. Kiedy sięgam pamięcią wstecz, to myślę, iż nie sądziłam, iż tak potoczy się może życiem, ale ufam Bogu i dziś jestem w takim miejscu, w którym jestem – mówi zastępcza mama. – A dzieci? Maluchy nam lat odjęły – dodaje Janusz.

W ich domu słychać śmiech, czasem kłótnie, czasem ciszę po trudnym dniu. Ale przede wszystkim, życie. Prawdziwe, nieidealne, piękne.

Ich historia nie jest bajką. Nie jest też prostą opowieścią o szczęściu. Jest prawdziwa — z trudnościami, zmęczeniem, zwątpieniem. Ale też z decyzjami, które zmieniają czyjeś życie na lepsze.

I może właśnie dlatego zostaje w pamięci na dłużej.

Myślisz, by zostać rodziną zastępczą?
Skontaktuj się z Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie.

Dowiedz się, jak stworzyć rodzinę zastępczą:

Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Świdnicy
ul. Wałbrzyska 15, Świdnica

Kierownik Zespołu Pieczy Zastępczej:
Katarzyna Skrzypek
tel.: 74 851-50-27 (pokój 29)
e-mail: [email protected]

Materiał partnerski: PCPR w Świdnicy i Swidnica24.pl
Zdjęcia: archiwum rodziny

1 z 6
Idź do oryginalnego materiału