Robiłam wymówki mężowi, iż mieszka w moim mieszkaniu. W jeden weekend spakował się i wyjechał.

polregion.pl 1 dzień temu

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć ciekawą historię, którą usłyszałam ostatnio, jak byliśmy z rodziną na wsi. To jest historia o Jadwidze, byłej żonie Andrzeja. Oni byli razem ponad dwadzieścia lat, wyobrażasz sobie? Nie znam wszystkich szczegółów, to raczej opowieści miejscowych, ale mimo wszystko jest w tym coś życiowego.

Jak wzięli ślub, rodzice Jadwigi podarowali młodym mieszkanie w bloku. Andrzej wtedy pracował w zakładzie stolarskim, z kolei Jadwiga była zatrudniona w urzędzie gminy. Zarabiali nieźle, na wszystko wystarczało. Andrzej był typem złotej rączki, wszystko ogarniał u siebie w domu czy hydraulika, czy meble, nie było dla niego rzeczy niemożliwej.

Mieli tylko jedno dziecko, syna Olgierda. Ale chłopak był strasznie rozpuszczony, taki trochę przemądrzały i marudny. Jadwiga we wszystkim mu pobłażała, a Andrzej próbował trzymać ryzy. Właśnie przez to ciągle się o niego kłócili, bo Andrzej chciał, żeby z Olgierda wyrósł porządny, samodzielny facet.

Kiedy Olgierd był mały, ojciec zabierał go do garażu, żeby pokazać jak się robi podstawowe rzeczy gwoździe, śrubokręt, taki klimat. Na początku syn coś tam próbował, ale gwałtownie stracił zapał.

Jadwiga z kolei uważała, iż Olgierd nie musi sobie brudzić rąk, jeszcze mówiła mu, iż przecież on do ciężkiej pracy się nie nadaje. Non stop coś mu kupowała, telefony, jakieś markowe ciuchy. I tak chłopak zrobił się leniwy, przyzwyczajony, iż wszystko dostaje na tacy.

Z czasem to mocno podkopało relację między Jadwigą i Andrzejem. Oni niemal codziennie wchodzili sobie w słowo, a Olgierd zdążył skończyć liceum, a później poszedł na studia. Oczywiście rodzice płacili za studia, a on miał wszystko gdzieś, nie przykładał się, z ocenami kiepsko.

I widzisz? mówił Andrzej do Jadwigi On się do niczego nie garnie! Zadowolony, iż wszystko robią za niego. Może jeszcze praca mu też sama spadnie z nieba? Ja się nie piszę na to, niech teraz ty się z nim męczysz burknął kiedyś Andrzej.

No co ty, przecież to też twój syn! Jadwiga z pretensją.
On już za chwilę osiemnastka, czas na własne decyzje i dorosłość! denerwował się Andrzej. Próbowałem ci tłumaczyć, żebyśmy wychowali z niego faceta, ale nie chciałaś słuchać. Do czego doprowadziłaś?

Dobre sobie… A ty co? Przez tyle lat mieszkasz u mnie w mieszkaniu! Nie masz własnego kąta, tylko ciągle zrzędzisz na innych! Chyba nie jesteś odpowiednią osobą, żeby mi mówić, jak wychowywać Olgierda! powiedziała mu z wyrzutem Jadwiga.

Słuchaj, nie sądziłem, iż kiedyś mi wypomnisz to mieszkanie… Przecież klucze dostaliśmy razem na ślub! rzucił z lekkim żalem Andrzej. Myślałem, iż to jest nasze, nie twoje! Tyle razem robiliśmy, remonty, wszystko. No i się dorobiliśmy, nie każdemu się tak udało, a ty mi teraz takie rzeczy mówisz?

Po tej kłótni Jadwiga tylko westchnęła i wyszła do kuchni. Od tamtej pory było już tylko gorzej. Olgierd trzymał stronę mamy, ojca odsuwał. choćby jak go o coś prosił, to syn miał wiecznie coś ważniejszego do roboty. Andrzej w końcu poczuł, iż jest tylko dodatkiem do tej rodziny.

W jeden z weekendów zabrał swoje rzeczy, spakował się do starego passata, i wyjechał na wieś. Okazało się, iż przez te lata odkładał trochę oszczędności, coś ponad sto tysięcy złotych. Marzył o własnym domku pod lasem, gdzieś blisko jeziora, spokojnej emeryturze. Kupił działkę we wsi, wybudował nieduży domek i zaczął od nowa. Poznał choćby wdowę, Zofię, która też była samotna. Minęły dwa lata i zamieszkali razem.

A Jadwiga i Olgierd? Ani razu się z nim nie skontaktowali. choćby telefonu nie wykonali. No widzisz, takie to właśnie nam życie pisze scenariuszeMijał czas. Andrzej nie rozpaczał nauczył się celebrować proste chwile: ciche poranki z Zofią przy herbacie, rozmowy z sąsiadami, prace w ogrodzie, zapach trocin w swojej nowej pracowni. Zbudował ławkę nad jeziorem, gdzie wieczorami przychodziły dzieci z wioski, żeby posłuchać jego opowieści o dawnych czasach i nauczyć się, jak naprawiać rower albo wystrugać zabawkę z drewna. Zofia śmiała się wtedy, iż ma w sobie więcej życia niż gdy był młody.

Pewnego letniego dnia, gdy Andrzej wrócił z ryb, znalazł pod drzwiami kopertę. Nie było na niej adresu, tylko imię: Andrzej. W środku zdjęcie z czasów, gdy byli jeszcze rodziną, wszyscy troje w starym polonezie, z tyłu napis: Tato, przepraszam. Olgierd. Bez telefonu, bez obietnic ale jednak. Andrzej długo patrzył na fotografię, nim schował ją do pudełka, w którym trzymał najważniejsze rzeczy.

Wiedział już, iż nie wszystkie mosty trzeba odbudowywać od razu. Czasem wystarczy poczekać na adekwatny dzień bo życie, choćby po największej burzy, zawsze daje jeszcze jeden wschód słońca.

Idź do oryginalnego materiału