Gnieźnieński „Hamlet”
Utarło się przekonanie, iż dzięki tego dramatu Szekspira da się opowiedzieć bardzo wiele historii, w tym także współczesnych. Zadanie to ułatwił ostatni z przekładów „Hamleta” na język polski, dokonany przez wybitnego poetę Stanisława Barańczaka w 1990 roku. Choć przez przeszło trzydzieści lat, jakie upłynęły od tamtego tłumaczenia, język polski bardzo się zmienił, przez cały czas brzmi ono dla obecnego ucha bardzo współcześnie.
Nic więc dziwnego, iż po tłumaczenie Barańczaka sięgają chętniej ci reżyserzy, którzy chcą opowiedzieć nie o tym, co wydarzyło się dawno, dawno temu w mitycznej Danii, ale ci, którzy przy pomocy tekstu powstałego na przełomie szesnastego i siedemnastego wieku pragną nam powiedzieć o naszym teraz, niekoniecznie utożsamianym z uniwersalnymi treściami, które można ponoć odnaleźć tylko w tych najwybitniejszych utworach dramatycznych.
Gnieźnieńska realizacja w reżyserii Jana Marka Kamińskiego idzie właśnie tym współczesnym tropem – chce nam powiedzieć coś o kondycji ludzi, dla których realność jest już czymś innym, niż była dla ich równolatków trzydzieści parę lat temu.
Korzystając z szekspirowskiego tekstu, dokonując w nim kilku zmian, Kamiński zrobił spektakl o tym, iż choćby jeżeli przestajemy rozróżniać twardą rzeczywistość od wirtualnej, ta pierwsza i tak da o sobie znać w sposób bolesny.
Elementy wirtualnej rzeczywistości
Bardzo dużą rolę w przedstawieniu odgrywają elementy kojarzone z tworzeniem wirtualnej rzeczywistości: okulary VR, green screen, który początkowo wydaje się tylko neutralnym elementem scenografii, cała masa współczesnych urządzeń elektronicznych, kamery, kable. W wielu spektaklach używane są one wyłącznie po to, by podkreślić, iż oto twórcy znają się na nowoczesnej technice i chcą ją włączyć w spektakl, by rozwiać wątpliwości, iż podejmują temat współczesny, lub też by rozszerzyć dzięki niej rzeczywistość sceniczną.
U Kamińskiego sama ich obecność pozwala wydobyć to, co najważniejsze dla jego wizji historii Hamleta. Dlatego na przykład wyświetlany na scenie w postaci gry komputerowej pojedynek między Hamletem (gościnnie Dominik Rubaj) a Laertesem (gościnnie Krzysztof Żarowski) nie jest tylko chwytem reżyserskim. Pokazuje, iż przekonanie o tym, iż realne daje się zastąpić protezą świata wykreowaną na ekranie, wydaje się już powszechne i naturalne.
Dlatego też Poloniusz (Wojciech Siedlecki) wychodzący na proscenium i mówiący bezbarwnym głosem „umarłem” nie jest gagiem, tylko ponownym przywołaniem coraz większych trudności między rozróżnieniem tego, co wykreowane obrazami, a co jest realne, fizyczne, namacalne.

fot. Dawid Stube
Europejska tradycja realności, wychodząc od lekcji niewiernego Tomasza, iż zobaczyć to uwierzyć, zakładała, iż wzrok jest najbardziej obiektywnym z ludzkich zmysłów i równocześnie to dzięki niemu możemy doświadczać świata intersubiektywnie. Jak pisała Hannah Arendt, to, co widziane przez nas i przez innych, tworzy dla nas rzeczywistość.
Pojawienie się możliwości montowania obrazów, które wyglądają jak prawdziwe, a potem wirtualnej rzeczywistości, musiało zachwiać przekonaniem, iż zobaczenie jest równoznaczne z poznaniem faktu. Równocześnie jednak jakby poddając się sile przyzwyczajenia, tak właśnie traktujemy to, co widzialne.
I o tej grze między twardą rzeczywistością a manipulowaniem obrazami traktuje gnieźnieński „Hamlet”. Przy tym pozostaje on przez cały czas tym dobrze znanym „Hamletem” mówiącym o zdradzie, morderstwie i zemście, tyle tylko, iż forma inscenizacyjna nadaje im zupełnie nowy kontekst i to on właśnie mówi coś bardzo istotnego o naszej rzeczywistości.
Świat wykreowany w spektaklu
Jak wspomniałam, reżyser dokonał kilku zabiegów na tekście. Ofelia (gościnnie Kaja Zalewska) w scenie obłędu nie rozdaje niewidocznych kwiatków, tylko mówi o przypadkowości i nieprzewidywalności świata. Wyobrażone zagrożenie – Fortynbras – kryje się w postaci dobrze znanego Horacego (Maciej Hązła), który zamyka spektakl jego słowami.
Reżyser w pewnym sensie wyeliminował też ducha ojca Hamleta – jest cały czas spiritus movens działań Hamleta, ale jego status ontologiczny pozostało bardziej nierealny niż szekspirowskiej zjawy.
Zamiast niego pojawia się rozbudowana postać Yoricka (Wojciech Kalinowski), który jest w tym zmediatyzowanym świecie jedynym tchnieniem metafizyki, świata nadprzyrodzonego, ale jednak pozbawionym możliwości wpływania na wydarzenia czy też nadawania im jakichś głębszych znaczeń.

Plakat spektaklu „Hamlet”, Teatr Fredry w Gnieźnie
Przewija się w przypadkowych momentach przez scenę, towarzyszą mu dziwne dźwięki przypominające zakłócenia fal radiowych czy sprzęganie urządzeń elektrycznych, wykonuje niezrozumiałe gesty i miny.
Jedynym jego sensownym pojawieniem się na scenie jest moment, w którym nad ciałem Ofelii śpiewa w spowolnionym, wydobywającym dokładne znaczenia tempie piosenkę Elvisa Presleya „Love me tender”. Podobnie nieustalony status mają trzy postacie występujące jako Echa Ofelii (Zuzanna Czerniejewska-Stube, Katarzyna Kalinowska, Iwona Sapa), które pojawiają się a to w roli aktorów trupy teatralnej, a to grabarzy.
W ich wykonaniu „pułapka na myszy” jest wariacją na temat bardzo awangardowego przedstawienia, w którym nie bardzo wiadomo, o co chodzi. To właśnie niemożliwość zrozumienia spektaklu wywołuje złość Klaudiusza (Roland Nowak), który nie może już dłużej utrzymywać pozorów normalnej rodziny, bo wie, iż został publicznie przez Hamleta ośmieszony.
Nowa para królewska: Gertruda (Joanna Żurawska) i Klaudiusz traci w tym przedstawieniu swój demonicznie zły charakter. On usiłuje rządzić, ale wydaje się zbyt słaby na prawdziwego tyrana, gubi się w stworzonej przez siebie intrydze i w efekcie też pada jej ofiarą. Gertruda – zwykle przedstawiana jako odurzona alkoholem, nierozumiejąca, co się dokoła niej dzieje, matka – tu przez długą część spektaklu jest dosłownie przykuta do tronu.
Natomiast wydobycie wyraźnie erotycznej więzi między nią a bratem pierwszego męża sugeruje, iż – jeżeli Klaudiusz rzeczywiście zabił ojca Hamleta, co wcale nie jest takie oczywiste – zrobił to raczej, by posiąść królową, a nie władzę. Właśnie z tego wynika jego słabość jako tyrana, tron przyszedł do niego z dobrodziejstwem inwentarza, on chciał tylko Gertrudy.

fot. Dawid Stube
To bardzo interesujący pomysł gry z emploi Nowaka – obsadzany zwykle w rolach twardych i dominujących mężczyzn, tu pokazał – przez cały czas będąc potężnym, dumnie wyprostowanym mężczyzną o silnym głosie – iż pod taką powierzchownością może się ukrywać słabość.
Gertruda natomiast zdaje się być nimfomanką i w czasie, gdy jej nowy mąż usiłuje rządzić, zaspokaja się z Rosenkrantzem (Michał Karczewski). Właśnie ta choroba jest jej słabością – zdecydowana, by przeciwstawić się mężowi w obronie syna, natychmiast mięknie, gdy Klaudiusz prowadzi ją do sypialni.

fot. Dawid Stube
Świat wykreowany w tym spektaklu to rzeczywistość, w której wszystkie postacie się pogubiły, nic nie wiedzą na pewno, poddają się manipulacjom nie dlatego, iż są głupie, ale dlatego, iż już nie sposób stwierdzić, co jest naprawdę, a co jest viralem.
Może jedynym wyjątkiem jest Guildenstern Bogdana Ferenca, sprawiający wrażenie lekko upośledzonego lub grającego idiotę, który przez to ma się nie wydawać niebezpieczny. Występujący z nim w duecie Rosenkrantz Karczewskiego jest jego przeciwieństwem – cyniczny, zdystansowany, de facto nieidentyfikujący się z żadną ze stron, próbuje wykorzystać sytuację jak najlepiej dla siebie. Okazuje się, iż obie te strategie są równie nieskuteczne – obaj giną.
Inną ofiarą właśnie takiego świata staje się Hamlet – wyczekując na zjawę ojca, choćby nie orientuje się, iż Horacy zakłada mu na oczy okulary VR i to w nich widzi domniemanego ducha stworzonego przez rzekomego przyjaciela. Horacy jest jedynym, który konsekwentnie trzyma się na obrzeżach tego świata – wykonując gesty braterstwa, jest jednocześnie tym, który nie miesza się w grę, jaką rozpoczął.
To on jest czarnym charakterem w tym świecie; opanowany, udający przyjaciela, rozgrywa własną grę o tron – ten realny, dający władzę nad Danią. To on zamyka spektakl, mówiąc oryginalnym tekstem Fortynbrasa „Mam dawne prawa do tego królestwa”. Swoje prawa mógł jednak zrealizować tylko wtedy, gdy wszyscy inni w kolejce do tronu zniknęli, wzajemnie się unicestwiając.
Milczenie
Dlatego słynne słowa Hamleta, iż reszta jest milczeniem, nie są wyłącznie zapowiedzią jego końca. Są bardziej wyrażeniem tego, iż już nie sposób się skomunikować, bo wszystkie postacie, mówiąc, nie wiedzą, z kim tak naprawdę mają do czynienia, nie wiedzą, co ma swoje odniesienie do rzeczywistości, a co nie.
Słynny monolog Hamleta w gnieźnieńskim spektaklu jest zagłuszony przez muzykę typu noise, przez którą tylko pierwsze słowa księcia przebijają się do słuchaczy. Nikt go nie może usłyszeć, bo zagłusza go szum świata. ale reszta, w tym spektaklu, nie jest milczeniem. Jest deklaracją Horacego, który zdobył władzę, bo potrafił tak manipulować wytworzonymi obrazami, by świat, jaki wykreował, zasłonił twardą rzeczywistość.

fot. Dawid Stube
Hamlet zginął właśnie przez to, iż wobec wykreowanej wirtualności świata był bezradny.
Ciągle jeszcze potrafił celnie ripostować, dając wyraz swojej inteligencji, ale to było wszystko, na co go było stać. Sposób, w jaki Rubaj mówi tekstem Barańczaka/Szekspira, buduje postać na wskroś współczesną. Łamiąc narzucony wierszem rytm wypowiedzi, sprawia, iż słowa Hamleta brzmią aktualnie i naturalnie, ich sens – nie naruszając poetyckości słów – staje się jasny i zrozumiały.
Podobnie zresztą rzecz ma się w przypadku innych postaci – choćby tam, gdzie wydobyta jest rytmiczność zdań, mówią one słowa „normalnie”, niemal na biało, zdejmując z siebie historyczny kostium. Inaczej jest tylko z Laertesem, on, szczególnie w finałowej części, zaczyna mówić wierszem, wygrywać emocje.
Nie jest to jednak błąd w grze aktora, służy natomiast podkreśleniu, iż brat Ofelii jest przybyszem z zewnątrz i nie poznał jeszcze reguł rządzących tym światem.
Wirtualny świat i rzeczywiste konsekwencje
Hamlet nierealność bierze za rzeczywistość. Wirtualność, stworzona w umyśle Horacego, wypiera na duńskim dworze realność. Spektakl ten, używając kulturowych toposów, staje się ostrzeżeniem – w świecie VR, deepfake czy mediów kreujących obrazy świata zgodnie z potrzebami i interesami ukrytych za nimi ludzi, prawdopodobieństwo, iż prawdziwe niebezpieczeństwo zostanie ukryte przed oczami uczestników, jest ogromne.

fot. Dawid Stube
Trudno mi też nie odbierać tego przedstawienia jako komentarza do sytuacji, w jakiej znaleźli się pracujący w gnieźnieńskim teatrze. Dlatego tak przejmująco brzmi Wojciech Kalinowski, kiedy jako Yorick-szef grupy teatralnej mówi o postaciach, jakie stworzył na tej scenie.
Na członków zespołu Teatru Fredry spadły rzeczywiste konsekwencje braku rozróżnienia przez tych, co dookoła nich – decydentów, dziennikarzy, użytkowników social mediów – rzeczywistości wykreowanej w czyimś umyśle od tej realnej. Mam nadzieję, iż będą mieli szansę grać ten świetnie zrobiony i zagrany spektakl jeszcze długo i iż uda im się ocalić teatr, jaki przez lata tworzyli. Może ta wewnętrzna prawda spowodowała, iż „Hamlet” Kamińskiego jest jednym z najlepszych, jakie w swoim długim życiu widziałam.













