Redcoat tom 2 – recenzja komiksu

moviesroom.pl 17 godzin temu

Tak jak pisałem dziś w sąsiadującej na tej stronie recenzji trzeciego tomu serii Geiger, wydawnictwo Nagle Comics opublikowało w tym miesiącu nie jeden, a aż dwa tomy wchodzące w skład uniwersum Bezimiennych. Redcoat wyróżnia się na tle innych opowieści przede wszystkim chronologią. Akcja rozpoczyna się w XVIII wieku, rozciąga się na wiek XIX, a coraz śmielej romansuje także ze współczesnością. Co wynika z tego miszmaszu?

Pamiętacie Simona Pure’a, brytyjskiego żołnierza, który sam o sobie lubi mówić, iż nie jest tak czysty, jak mogłoby na to wskazywać jego nazwisko? Ten 27-letni, paradujący w czerwonym płaszczu bohater jest awanturnikiem i oportunistą, nie stroniącym od alkoholu, pięknych kobiet i (chcąc nie chcąc) również niebezpieczeństw. To szelma o dobrym sercu, którego nie sposób nie polubić. Aha, byłbym zapomniał. Simon jest nieśmiertelny. Kiedy tylko pożegna się z żywotem, za chwile wraca do życia. A przydarza mu się to dość często, w wyniku różnych okoliczności.

W pierwszym tomie Simon znalazł się w samym centrum planu mającego na celu zniszczenie Ameryki. Redcoat tom 2 równie ochoczo wpisuje losy bohatera w historię USA, stawiając na jego drodze postacie zarówno historyczne, jak i lekko podrasowane niczym Johnny Appleseed, amerykański misjonarz znany z zasadzania jabłoni na terytorium wybranych stanów. W albumie Johnsa i Hitcha włada on prawie boską mocą, w wyniku której owoce tego drzewa potrafią osiągać gigantyczne rozmiary. A gigantyczne jabłka to również gigantyczne robaki…

Przygodowo-awanturnicze losy Pure’a są podane z humorem, ale nie zabraknie też momentów bardziej kameralnych i dramatycznych, podobnie jak w przywoływanym Geigerze. Przyjemnie śledzi się jego spotkania z kolejnymi postaciami, jak chociażby z Annie Oakley, w której nasz bohater się trochę zabuja. Strzelczyni wyborowa staje z Simonem do rywalizacji o to, kto jest lepszy w sięganiu celu, ale konkurs gwałtownie zamienia się w strzelaninę z bandziorami, która odkrywa przed czytelnikiem kolejne słabości tylko z pozoru niezniszczalnego bohatera.

Najciekawiej wypada ostatnia część tomu, kiedy Pure wikła się w konflikt pomiędzy konfederatami i unionistami, czyli w wojnę secesyjną. I tu w Redcoat tom 2 zaczyna się robić jeszcze bardziej intrygująco, bo nagle Simon spotyka wiedzącego o nim podejrzanie dużo żołnierza skaczącego w czasie niczym Terminator, bierze pod opiekę dziewczynkę dotkniętą zbrojnym konfliktem czy wreszcie poznaje uroki współczesnej broni maszynowej oraz ładunków wybuchowych i granatów. Właśnie za takie szalone pomysły uwielbiam świat Bezimiennych.

I w tym przypadku z uporem maniaka będę powtarzał, iż mamy do czynienia z komiksem stricte rozrywkowym, gdzie wartością nadrzędną jest „cool” bohater i „cool” zdarzenia, a w tym Geoff Johns się specjalizuje, chociaż tym razem trochę zbyt często popada w słowotok, co nieco wybija z lektury. Na szczęście tam, gdzie scenariusz odrobinę zwalnia, nadrabiają świetne rysunki Bryana Hitcha, który podobnie jak jego kolega po fachu w serii Geiger, tworzy w Redcoat piękne, realistyczne i pełne arcydynamicznej akcji panele. Na ten komiks po prostu fenomenalnie się patrzy.

Redcoat tom 2 to udana kontynuacja opowieści łączącej raczej lekki klimat z momentami głębszej refleksji nad śmiertelnością (lub jej brakiem) oraz przedstawia nam przełomowe momenty i postacie z historii USA, umiejętnie wplecione w rozrywkową fabułę. Nad całością unosi się duch wysokobudżetowego kina przygodowego i chociaż drugi tom ma bardziej antologiczny niż spójny charakter (coś na modłę przygód Jonaha Hexa), to czyta się to po prostu bardzo dobrze. Niezmiennie polecam.


Okładka komiksu Redcoat tom 2

Tytuł oryginalny: Redcoat vol. 2
Scenariusz: Geoff Jones
Rysunki: Bryan Hitch, Andrew Currie
Tłumaczenie: Paweł Cichawa
Wydawca: Nagle Comics 2026
Liczba stron: 208
Ocena: 75/100

Idź do oryginalnego materiału