Recenzujemy "Dzień objawienia". Spielberg znowu w formie?

filmweb.pl 23 godzin temu
Zdjęcie: plakat


Gdybyście dowiedzieli się, iż nie jesteśmy sami, gdyby ktoś Wam to pokazał i udowodnił, balibyście się? – głosi oficjalny tagline najnowszego filmu Stevena Spielberga. Gdy tylko pojawiły się pierwsze informacje o "Dniu objawienia", o projekcie od razu mówiło się, iż to powrót twórcy "Bliskich spotkań trzeciego stopnia" do korzeni. I faktycznie. Wiele osób porównuje "Dzień objawienia" do jego dzieła z 1977 roku. Jakub Popielecki recenzujący film zauważa nawet, iż Spielberg proponuje coś w stylu "bliskiego spotkania trzeciego stopnia z czwartą władzą". Zaintrygowani?

Poniżej swoimi wrażeniami z seansu dzieli się Jakub Popielecki. A całą recenzję filmu można przeczytać na karcie filmu POD LINKIEM TUTAJ.

"Dzień objawienia", w którym na pierwszym planie oglądamy takie gwiazdy, jak Emily Blunt, Josh O'Connor i Colin Firth debiutuje w kinach już dziś 10 czerwca 2026 roku.


Recenzja filmu "Dzień objawienia", reż. Steven Spielberg



W recenzji przeczytacie m.in.:

W filmach Spielberga powraca obraz osoby wpatrującej się z zachwytem lub przestrachem w coś niesamowitego poza kadrem – na tyle często, iż ujęcie nazwano "Spielberg face", "spielbergowską twarzą". W "Dniu objawienia" takich momentów jest co nie miara, i są tu być może bardziej na miejscu niż zwykle. Spielberg bowiem buduje pomost między wiarą w kosmitów a Wiarą, ale robi to na modłę Niewiernego Tomasza: potrzebując naocznego dowodu. I to też się zgadza – w końcu jest reżyserem filmowym. Tym razem nakręcił film pytający, ile jesteśmy gotowi zobaczyć i co powinniśmy dostrzec: film o prawach oraz obowiązkach patrzącego.


Autor zdradza, co się dzieje w pierwszej scenie i jak można ją interpretować:

Jednak "Dzień objawienia" absolutnie zaskakująco zaczyna się od… pojedynku między dwoma wrestlerami. Pierwsze ujęcie filmu przedstawia punkt widzenia bitego po głowie zapaśnika. Spielberg i jego operator Janusz Kamiński z premedytacją próbują tu obudzić nas z drzemki. Znacząco: zahipnotyzowany tłum obserwuje dwóch bijących się mięśniaków, tymczasem na tyłach sportowej hali toczą się szemrane interesy, sprawy są tuszowane, a obywatele szantażowani – i nikt nie patrzy.

Co o samej fabule?:

Akcja filmu toczy się dwutorowo, tropem pary bohaterów. Daniel Kellner (Josh O’Connor) wykradł wrażliwe dane tajemniczej firmy, dla której pracuje, i ucieka przed pościgiem w towarzystwie ukochanej byłej zakonnicy, Jane (Eve Hewson). Tymczasem telewizyjna prezenterka pogody Margaret Fairchild (Emily Blunt) nagle zaczyna mówić na wizji w dziwacznym, nieludzkim języku i w poszukiwaniu odpowiedzi rusza tropem Daniela.


I dalej:

Reżyser pokazuje, iż dziecięce doświadczenie niesamowitości jest cenne, iż płynie z niego lekcja dla dorosłych. To lekcja nazywania wprost tego, co się widzi i czuje: prawdy prawdą, kłamstwa kłamstwem, dobra dobrem, zła złem. Pytanie filmu brzmi jednak, czy rozpoznamy tę różnicę dziś, zagapieni w telefony? Albo inaczej: czy twarz wpatrzona w niesamowity ekran iPhone’a to wciąż "Spielberg face"? Niby tak: w "Dniu objawienia" nieraz widzimy, jak zahipnotyzowani ludzie śledzą rozwój wydarzeń w telefonach. Ale jest też w filmie niemal slapstickowa, prześmiewcza scena, w której bohaterowie próbują zniszczyć telefona – narzędzie, które przecież dyskretnie ich inwigiluje.

Całą recenzję filmu "Dzień objawienia" znajdziecie POD LINKIEM TUTAJ.

"Dzień objawienia" – zwiastun






Idź do oryginalnego materiału