
Ten album niewątpliwie był dla Swans przełomem. Bynajmniej nie pod względem muzycznym. Michael Gira przyznawał zresztą, iż to rodzaj podsumowania 30-letniej kariery zespołu. "The Seer" zwiększył natomiast medialne zainteresowanie grupą. Recenzje, niemal jednogłośnie entuzjastyczne, pojawiły się choćby w mainstreamowej prasie i portalach muzycznych. Przede wszystkim jednak Łabędzie zyskały uznanie w niezalu, a na sukces komercyjny niespecjalnie się to wszystko przełożyło. Bo i cały materiał ma niezbyt komercyjny charakter: "The Seer" to dwie godziny muzyki o posępnym, niepokojącym nastroju, często brudnym i agresywnym brzmieniu, a w czasem bardzo długich nagraniach dzieje się stosunkowo niewiele.
Większość zawartych tu utworów została skomponowana przez Girę i najpierw zarejestrowana w skromnych aranżacjach na gitarę akustyczną. Ostatecznego kształtu nabrały już podczas pracy zespołowej, w głównej mierze podczas koncertów. Zarówno te wczesne demówki, jak i przedpremierowe wersje koncertowe można było usłyszeć na wydanej trzy miesiące przed adekwatnym albumem koncertówce "We Rose from Your Bed with the Sun in Our Head". Wydawnictwo to zresztą ukazało się właśnie w celu zebrania funduszy na wydanie i promocję "The Seer". Same nagrania odbyły się już w 2011 roku.
Czytaj też: [Recenzja] Swans - "My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky" (2010)
Monumentalność całego przedsięwzięcia - a to dopiero pierwsza część trylogii, tworzonej wraz z "To Be Kind" i "The Glowing Man" - pokazuje już sama lista gości. Poza ówczesnym, sześcioosobowym składem oraz występującym tu na niemal równych, honorowych zasadach Billem Rieflinem, w nagraniach wzięło udział jeszcze dwadzieścioro gości. A wśród nich m.in. Alan Sparhawk i Mimi Parker z Low, Karen O z indie-rockowego Yeah Yeah Yeahs, folkowa grupa Akron/Family, czy była wokalistka i klawiszystka Swans, Jarboe. Udział tej ostatniej budził moje obawy, ale na szczęście ogranicza się do dodatkowych partii wokalnych w dwóch kawałkach, bez podejmowania estetycznych decyzji, które w przeszłości byly na ogół mocno nietrafione.
Kontrowersje może budzić też długość wydawnictwa. Na te dwie godziny składa się zaledwie jedenaście ścieżek. Czasy trwania są zróżnicowane. Najkrótszy "The Wolf" nie ma choćby dwóch minut - to zresztą tylko mówiony przerywnik z minimalistycznym podkładem z szumów. Jest też na albumie kilka fragmentów o bardziej piosenkowej długości. A z drugiej strony sam utwór tytułowy przetacza się przez nieco ponad pół godziny, by tuż po jego zakończeniu pojawił się jeszcze sześciominutowy suplement w postaci "The Seer Returns". Dwa inne utwory, "A Piece of the Sky" i "The Apostate", realizowane są około dwudziestu minut, a "Mother of the World" i "Avatar" zbliżają się do dziesięciu. To może zmęczyć - sam tak miałem przy pierwszych podejściach. Zupełnie inaczej było jednak podczas przypominających odsłuchów przed recenzją. Wręcz mnie zaskoczyło, jak gwałtownie czas z tą płytą zleciał. Inaczej niż w przypadku "Soundtracks for the Blind", tutaj ta długość wydaje się mieć więcej sensu. A i nie marnowano tu czasu w podrabianie poważnej awangardy. Podobnie, jak na "My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky", zespół skupia się na tym, w czym jest dobry.
Czytaj też:
[Recenzja] Swans - "Soundtracks for the Blind" (1996)
Album z założenia miał mieć przekrojowy charakter. Nie brak więc odniesień do neofolkowych dokonań Swans z przełomu lat 80. i 90. Najsilniej nawiązują do nich dwa krótsze, quasi-piosenkowe kawałki, "The Daughter Brings the Water" i zaśpiewany przez Karen O "Song for the Warrior". Słychać je także w otwierającym całość "Lunacy", a konkretnie w jego końcówce, z oszczędnym, akustycznym akompaniamentem. To tutaj udzielają się wokalnie Parker i Sparhawk, a w połączeniu z powolnym tempem nie jest to wcale granie odległe od wczesnego Low. Zasadnicza część utworu jest jednak bardziej intensywna, a gitarowy hałas splata się z niemalże mistycznym klimatem neoclassical darkwave, przywodząc na myśl poprzedni album czy klasyczny "Children of God". Mocno folkowe pozostało ostatnie cztery i pół minuty "A Piece of the Sky".
Ten ostatni to adekwatnie kilka utworów w jednym. Pierwszy segment, ze skromnym udzialem Jarboe, przypomina poszukiwania zespołu z "Soundtracks for the Blind". Wciąż brzmi to jak amatorzy próbujący w awangardę, ale tym razem z całkiem wciągającą atmosferą i z ciekawymi efektami sonorystycznymi. Wydaje się to choćby dokądś zmierzać, choć tym czymś ostatecznie okazuje się gwałtowne wejście ciężkiego gitarowego riffu, prowadzącego kolejny fragment - sam w sobie udanie łączący post-rockowy klimat i przestrzenność z masywnością owego riffu oraz sekcji rytmicznej. Wspomniana już ostatnia część, z udziałem muzyków Akron/Family, to w zasadzie subtelna, melodyjna piosenka. Aż przypomina się konstrukcja utworów Yes z "Tales from Topographic Oceans" - jako całość nie ma to wiele sensu, mimo iż poszczególne fragmenty się bronią.
Czytaj też: [Recenzja] Swans - "The Great Annihilator" (1995)
"The Seer" sięga też głębiej do twórczości Swans. Natarczywa, mechaniczna powtarzalność riffu i perkusji w "Mother of the World" przywołuje skojarzenia z "Filth" czy "Cop". To dokładnie ten brudny, ciężki i intensywny trans z wczesnych płyt. Wprawdzie tu z dodatkiem wokalnych wygłupów, brzmień klawiszowych oraz wyciszeniem z cohenowskim śpiewem Giry w drugiej połowie, ale takie urozmaicenia działają jedynie na korzyść. Jeszcze lepszym rozwinięciem tamtej stylistyki jest tytułowy "The Seer" - poprzedzony długim wstępem na dudy i kontrafagot, których partie zatapiają się w coraz większym zgiełku, z którego następnie stopniowo wyłania się główny motyw, nabierając coraz większej intensywności i ciężaru. Ten hipnotyczny zgiełk trwa dobre kilka minut, by nagle gwałtownie się zagęścić, a potem przejść w dość swobodną, hałaśliwą improwizację. Najbardziej zaskakuje jednak ostatnie dziesięć minut - trochę lżejsze, z nastrojowymi partiami harmonijki i gitarowych slide'ów, prowadząc do doskonałej kody. Tym razem jednak poszczególne fragmenty tworzą całkiem spójną całość. Klimat amerykańskiego południa pobrzmiewa także w "The Seer Returns" - bardziej zwartym, quasi-piosenkowym, ale wciąż transowym, nieco jazgotliwym kawałku. Wszystko tu pasuje, choćby bardziej tym razem wyeksponowana wokaliza Jarboe.
Co jeszcze znalazło się na albumie? Wymyślony podczas koncertu, zgiełkliwy, a wręcz po prostu chaotyczny jam "93 Ave. B Blues". Swans wcielający się w Naked City to coś nowego, ale wraca tu wrażenie, iż muzycy wzięli się za coś ponad ich siły - grają raczej po omacku, nie panując nad ostatecznym kształtem. Zdecydowanie bardziej przekonują mnie dwa kolejne utwory oparte na hipnotycznych, ale na swój sposób zniuansowanych repetycjach. "Avatar" podchodzi do tego w bardziej melodyjny, subtelniejszy, a momentami wręcz nastrojowy sposób, choć zarazem to wciąż całkiem gęste granie z cięższymi fragmentami. W "Apostate", drugim najdłuższym utworze na albumie, jest już zdecydowanie więcej jazgotu - to wręcz najbardziej brutalne tu nagranie - co nie przeszkadza stworzyć całkiem natchnionego nastroju. Fantastyczna jest zwłaszcza druga, nieco bardziej poukładana połowa, która jeszcze mocniej uwypukla ten klimat. Razem, mimo pewnych zastrzec, składają się te wszystkie nagrania na jedno z najlepszych wydawnictw Swans.
Ocena: 8/10
Swans – "The Seer" (2012)
CD1: 1. Lunacy; 2. Mother of the World; 3. The Wolf; 4. The Seer; 5. The Seer Returns; 6. 93 Ave. B Blues; 7. The Daughter Brings the Water
CD2: 1. Song for a Warrior; 2. Avatar; 3. A Piece of the Sky; 4. The Apostate
CD2: 1. Song for a Warrior; 2. Avatar; 3. A Piece of the Sky; 4. The Apostate
Skład: Michael Gira - wokal, gitara, syntezator, harmonijka, efekty; Kristof Hahn - gitara, dodatkowy wokal; Norman Westberg - gitara, dodatkowy wokal; Christopher Pravdica - gitara basowa, dodatkowy wokal; Thor Harris - perkusja i instr. perkusyjne, wibrafon, dulcimer, skrzypce, klarnet, pianino; Phil Puleo - perkusja i instr. perkusyjne, dulcimer, dodatkowy wokal; Bill Rieflin - pianino, organy, syntezator, gitara, gitara basowa, perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Alan Sparhawk – wokal (CD1: 1); Mimi Parker – wokal (CD1: 1); Bruce Lamont – instr. dęte blaszane (CD1: 4); Bob Rutman – wiolonczela (CD1: 4); Cassis Staudt – akordeon (CD1: 4); Eszter Balint – skrzypce (CD1: 4); Iain Graham – dudy (CD1: 4); Stefan Rocke – kontrafagot (CD1: 4); Jarboe – dodatkowy wokal (CD1: 5, CD2: 3); Caleb Mulkerin – różne instrumenty i dodatkowy wokal (CD1: 5); Colleen Kinsella – różne instrumenty i dodatkowy wokal (CD1: 5); Kevin McMahon – perkusja i gitara (CD1: 5, CD2: 2); Sean Mackowiak – mandolina i klarnet (CD1: 5); Karen O – wokal (CD2: 1); Bryce Goggin – pianino (CD2: 1); Bill Tobin – obój (CD2: 2); Ben Frost – efekty (CD2: 3); Seth Olinsky – wokal (CD2: 3); Miles Seaton – wokal (CD2: 3); Dana Janssen – wokal (CD2: 3)
Producent: Michael Gira














