Akcję „Starshipa” zaczynamy obserwować od momentu, kiedy Wilson Cole melduje się po raz pierwszy na pokładzie Roosevelta. I choćby nie za bardzo mamy czas się z tym faktem oswoić, gdyż fabuła pędzi do przodu galopem. Nie ma tu bowiem miejsca na długie opisy pomieszczeń, korytarzy, kajut, poznawanie głębi psychologicznej niespiesznie wprowadzanych bohaterów pobocznych, poznawanie geopolitycznego tła konfliktu. No nie, to jest naprawdę powieść w starym, dobrym (dla ludzi, którzy na tego typu książkach się wychowywali) stylu.