Recenzja: Krzyk 7

konsolowe.info 2 godzin temu
Zdjęcie: Recenzja: Krzyk 7


W piątek wybrałem się do kina na maraton trzech części serii Krzyk. Jedną z nich była najnowsza odsłona zmagań na linii Sidney Prescott – Ghostface. Czy twórcom tego filmu udało się wyjść zwycięsko z walki o widza? Nie pod każdym względem… Więcej dowiecie się z mojej pozbawionej spoilerów recenzji.

Seria Krzyk zadebiutowała już 30 lat temu. Od 3 dekad Ghostface cieszy się ogromnym zainteresowaniem i występuje nie tylko w filmach, ale też grach. We wspomnianego mordercę można wcielać się na przykład w Call of Duty czy Mortal Kombat. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, iż to właśnie filmy są podstawową formą obecności charakterystycznego zabójcy przebranego za ducha. Nie ukrywam, iż co najmniej raz na kilka-kilkanaście miesięcy wracam do wszystkich filmów z tego cyklu. Nie tylko dlatego, iż – poza marną „trójką” – trzymają one dość wysoki i wyrównany poziom.

Lubię też postaci występujące w tym uniwersum – choć raczej powinienem chyba używać określenia franczyza, co z pewnością rozumieją fani Krzyków. Kiedy więc dowiedziałem się, iż powstaje kolejna odsłona, nie mogłem nie wybrać się na jej premierę do kina. W kinie nieopodal mnie odbywał się maraton dwóch poprzednich Krzyków zwieńczony seansem „siódemki”. Wybrałem się więc do Heliosa, rozsiadłem wygodnie i przygotowałem na spędzenie z mieszkańcami Woodsboro kilku najbliższych godzin. Moje recenzje „piątki” i „szóstki” znajdziecie na stronie, a do odpowiednich artykułów zabiorą Was poniższe odnośniki.

Recenzja filmu: Krzyk – jaki jest twój ulubiony horror?
Recenzja filmu: Krzyk VI – Ghostface, jakiego nie znacie

Teraz przejdźmy natomiast do Krzyku 7 i zastanówmy się, czy jest to dobry film? Dowiecie się tego z mojej recenzji. Zaznaczam, iż nie zawieram w niej spoilerów – ani na temat wydarzeń z tegorocznej części, ani z całej serii. Możecie więc czytać ten artykuł bez obaw. Tyle tytułem wstępu.

Krzyk 7 – postaci znane i nowe

Nie jest tajemnicą, iż najważniejszą postacią serii Krzyk jest Sidney Prescott. Mimo iż nie występowała we wszystkich odsłonach (brakowało jej w „szóstce”), to gdyby nie ona, nie byłoby często żadnej historii do przedstawienia w cyklu. W „siódemce” Sidney (w tej roli Neve Campbell) powraca. O wydarzeniach – naturalnie bez spoilerów – napiszę nieco w następnej części recenzji. Teraz pozwolę sobie jeszcze przedstawić inne istotne postaci. Powraca bowiem Gale Weathers (Courtney Cox) i mam wrażenie, iż to właśnie troje aktorów z oryginalnej serii najbardziej rozumie swoje postaci i jest w stanie bardzo wiarygodnie się w nie wcielić.

Wspomniałem o trojgu aktorów, więc warto wspomnieć jeszcze o brakującym ogniwie – Matthew Lillardzie. Ponownie fenomenalnie zagrał Stu Machera, aczkolwiek nieco zmienionego względem debiutu z „jedynki”. Moim zdaniem delikatna zmiana zachowania po tylu latach jest sensowna, zwłaszcza, iż przez cały czas widać, iż jest to ten sam uwielbiany Stu. Macher i wspomniana dwójka kobiet to nie jedyne powracające postaci, aczkolwiek w moim przekonaniu to jedyne istotne powroty. Występują bowiem też dosłownie kilkusekundowe sceny z innymi aktorami i aktorkami, ale w moim rozumieniu równie dobrze mogłoby ich nie być. To Sidney, Gale oraz Stu kradną film.

Nie znaczy to absolutnie, iż nie znajdziemy innych postaci i również im warto poświęcić nieco miejsca. Raz jeszcze zobaczymy sceny z udziałem Mindy oraz Chada, aczkolwiek ich rola jest tym razem inna i mocno związana z Gale. Z jednej strony jest to silne ukierunkowanie rozwoju tych bohaterów potencjalnie związane z Krzykiem 8 (o ile powstanie oraz zakładając, iż te postaci przeżyją „siódemkę” ), z drugiej jednak jestem w stanie uwierzyć w taki rozwój bohaterów. choćby jeżeli spłyca to nieco Chada. W Krzyku 7 znajduje się niestety także sporo wad, a podstawową są nijakie postaci towarzyszące. Nie będę naturalnie zdradzał kto przeżyje, a kto zginie. Mogę za to napisać, iż nie brakuje tu postaci wprowadzonych wyłącznie po to, by jakiś czas później je zabić. I to choćby zanim zdążymy poczuć z nimi jakąś więź. Zdecydowanie trzeba by popracować nad rozbudowaniem wielu sylwetek psychologicznych bohaterów (i antybohaterów).

Wydarzenia

Jak prawdopodobnie wiecie – co było przedstawiane w wielu materiałach przedpremierowych – historia prezentowana w filmie Krzyk 7 kręci się wokół Sidney Prescott (teraz już Evans) i jej rodziny. Ghostface postanowił bowiem wziąć na celownik Tatum (córkę Sidney) i wydaje się, iż nie zawaha się przed niczym, aby pozbyć się na stałe pewnego problemu z życia Sid. Ogromne znaczenie dla historii ma otwierająca film scena, która tylko pozornie wydaje się być niezwiązana z wydarzeniami. Poznajemy w niej osoby, z których co najmniej jedna nie przeżyje wizyty w tajemniczym muzeum. Skojarzyło mi się to – zwłaszcza w połączeniu z jedną z dekoracji – z The Dark Pictures: The Devil in Me (które recenzowałem dla Was pod tym adresem). Wróćmy jednak do filmu.

Standardem dla serii Krzyk są mocne otwierające zabójstwa. Od kultowego wręcz zabójstwa Casey Becker w „jedynce” po atak w otwarciu „piątki”, ale tak naprawdę każda sekwencja początkowa jest małym dziełem sztuki. Na szczęście nie inaczej jest tym razem i pozwala to mieć nadzieję na równie dobrą jakość całego filmu. Gdyby nie takie właśnie otwarcie, to w „siódemce” nie byłoby pewnego powrotu, o którym już pisałem. Otwarcie może mieć też znaczenie symbolicznie – czyżby potencjalny Krzyk 8 miał odcinać się od pewnego wątku z przeszłości? Czas pokaże.

W „głównej” części filmu nie może brakować oczywiście zmagań z Ghostfacem, kimkolwiek by on nie był pod maską. Muszę przyznać z niemałą satysfakcją, iż starcia Sidney oraz jej męża z tym mordercą są świetnie zrealizowane. Nie zawahają się przed próbą niszczenia oręża mordercy ani przed wykonywaniem synchronicznych ataków. Ogląda się to naprawdę świetnie i są momenty, w których Krzyk 7 wydaje się startować do miana najlepszego filmu z tego cyklu. Naturalnie film idzie z duchem czasu i nie pominięto teraz kwestii widekonferencji. Mało tego – czasem wideorozmowa jest w stanie uratować postać, do której nie da się dotrzeć. Doceniam również to, iż Ghostface na ogół nie biega, tylko spokojnie chodzi i obserwuje. Przecież to właśnie było najbardziej przerażające w filmowych mordercach – spokojny chód. Bo on wie, iż nie musi się spieszyć, iż i tak osiągnie swój cel i dopadnie ofiarę…

Bolesne rozczarowanie

I wszystko mogłoby być naprawdę dobrze, gdyby nie kilka niesamowicie drażniących – przynajmniej mnie – mankamentów. Największym z nich jest… ujawnienie tożsamości Ghostface’a. Już w „szóstce” był to moim zdaniem najgorszy element filmu, ale „siódemka” pobiła poziom żenady odsłonięcia o głowę. Nie będę owijał w bawełnę – motyw i ujawnienie zabójcy (lub zabójców) w Krzyku 7 jest najgorszym momentem całej 30-letniej serii. Motyw jest absurdalny i absolutnie nie kupuję takiego tłumaczenia dla zachowania postaci. Podobnie zresztą jak doboru mordercy lub morderców. Nie do takiego standardu i kierunku przyzwyczaiła nas seria i nie ukrywam, iż jestem oburzony takim właśnie finałem. Wolałbym już, aby przywrócić do życia jedną z potencjalnie nieżyjących postaci i uzasadnić jakoś sensownie dokonywane mordy. Tu mi tego bardzo zabrakło.

Mało tego – jedna z kluczowych w zakończeniu postaci ginie w kilka sekund, co całkowicie burzy jej mit. Nie spodobał mi się też styl gry aktorki wcielającej się w Tatum. Oprócz scen, w których musi uciekać i pokazywać strach styl gry Isabel May to niestety jedno wielkie drewno. Szczególnie mocno widać to na tle kreacji Campbell, Cox oraz Lillarda. Nie mogę też przejść obojętnie obok kiepskiej jakości polskiego tłumaczenia napisów. Przetłumaczenie killer na… kiler zamiast zabójcy/mordercy, czy wstawienie fighterki niepotrzebnie nadają lżejszy ton filmowi w moim przekonaniu. Dobrze chociaż, iż Stab ponownie stał się Ciosem zamiast Noża.

Podsumowanie – czy Krzyk 7 to udana odsłona?

Krzyk 7 na pewno nie jest najlepszym filmem z całej franczyzy. Jest o niebo lepszy od słabej „trójki”, aczkolwiek brak istotnych – w moim rozumieniu – zgonów i żenująco słaba motywacja Ghostface’a wprowadzają poczucie niewykorzystanego potencjału. Występują tu świetne sceny – walka z mordercą, niszczenie jego broni, czy zdalne instruowanie celu ataku oraz sceny z Matthew Lillardem to niewątpliwe jasne punkty „siódemki” i zdecydowanie mam nadzieję, iż będą powstawały kolejne Krzyki. Niech tylko motywy zabójców będą jakieś i niech mają sens. „Siódemka” ma moim zdaniem tak zwany problem Stephena Kinga. Całość odznacza się świetną, wciągającą akcją, ale zakończenie rozczarowuje i psuje odbiór.

Idź do oryginalnego materiału