R212: Ostrów Rock Festival'26 (25-26.07.2026, Zalew Piaski Szczygliczka, Ostrów Wielkopolski) Mała Scena Dzień II

lupusunleashed.blogspot.com 8 godzin temu


Równowaga, rozwój, pasja i serducho. Te cztery słowa idealnie oddają moje przemyślenia o tegorocznej edycji patronackiego Ostrów Rock Festival odbywającym się nad Zalewem Piaski Szczygliczka w Ostrowie Wielkopolskim. Dopełniają też to, co pisałem o pierwszym dniu i znakomicie podsumowują to, co działo się w drugim dniu festiwalu, także na Małej Scenie. Tegoroczne relacje podzieliłem na pięć odsłon - dwie poświęcone Dużej Scenie, dwie Małej Scenie i osobną na temat wydarzeniom towarzyszącym. Sprawdźmy jak było drugiego dnia na Małej Scenie!

Po jedynym w pełni polskim występie na Dużej Scenie, łódzkiej grupy Let See Thin, który otworzył drugi dzień tegorocznej, szóstej edycji Ostrów Rock Festival, warto było przejść się do namiotu z Małą Sceną, gdzie zobaczyć i usłyszeć można było warszawską grupę Konstelacje. Podobnie jak w przypadku pierwszego dnia, tu także nastąpiła kosmetyczna zmiana, bo pierwotnie na Małą Scenę zapowiedziano zespół Alterlife, który niestety również musiał odwołać swój występ. To właśnie stołeczna ekipa szła w ankiecie łeb w łeb z Merdu i 17 'n' Half Passenger, ale zabrakło im więcej głosów, aniżeli młodszym wielbicielom gitarowego grania. Nie miałem styczności z tą grupą wcześniej, ale nie dziwi mnie, iż kwartet ze stolicy wzbudzał w komentarzach takie emocje i iż to właśnie oni wskoczyli na brakujące miejsce. Grający żywiołowy odprysk nu-metalu podkręcony hardcore'ową agresją i ubrani w kombinezony przypominające cywilne ubrania astronautów NASA porwali licznie zebraną w namiocie Małej Sceny publiczność do innych galaktyk uzupełniając wcześniejszy występ Let See Thin o energię i ciężar, którego troszkę mi brakowało w skądinąd bardzo dobrym występie Łodzian, a także świetnie się z nim uzupełniając. Konstelacje okazały się także doskonałą wprawką przed znakomitym występem młodych Brytyjczyków z Ihlo, którzy chwilę po występie Warszawiaków pojawili się na Dużej Scenie festiwalowej. Spragnieni i zaciekawieni całkiem interesującą twórczością Konstelacji powinni wypatrywać ich w swoich miastach we wrześniu, gdy wyruszą w minitrasę klubową po Polsce razem z Pure Bedlam i Worms of Senses*.

Czarnym koniem drugiego dnia Małej Sceny tegorocznego Ostrów Rock Festival okazał się z kolei również wcześniej mi nieznany artysta, a mianowicie Damian Szewczyk. Basista i wokalista dysponujący mocnym barytonem dosłownie rozniósł mniejszy z namiotów festiwalowych swoim brzmieniem, charyzmą i świetnym kontaktem z publicznością, występując w nim z gościnnym perkusistą Dariuszem Biłykem. Autorski set złożony z utworów z płyty "Basem i Barytonem", nowych kompozycji i bardzo udanym coverem numeru "Jest taki samotny dom" z repertuaru Budki Suflera** (z gościnnym udziałem wokalistki Dominiki Kuredy), fantastycznie przypomniał jak często pomijanym instrumentem jest gitara basowa, a przy wirtuozerskim podejściu Damiana Szewczyka dodatkowo świetnie uzupełniał się ten występ koncert z przed chwilą zakończonym spotkaniem z Ihlo z Dużej Sceny (podkreślając tu także odmienność stylistyk, które znów pięknie się ze sobą łączyły i przenikały), a także będąc doskonałym wstępem do kolejnej gwiazdy Dużej Sceny, nieco bardziej znanego wirtuoza gitary, Lee Abrahama. Przyznam, iż do występu nieznanego mi "kolesia z The Voice of Poland" podchodziłem nieco sceptycznie, a tymczasem byłem naprawdę miło zaskoczony i nie miałem Damiana Szewczyka na mojej tegorocznej liście w festiwalowym bingo. Damian Szewczyk szykuje drugą płytę i jeżeli wyruszy w jakąś trasę klubową to koniecznie się wybierzcie, bo ten facet naprawdę zaraża charyzmą i pasją.

Po Lee Abrahama z Dużej Sceny można było przemieścić się ponownie w kierunku Małej Sceny, gdzie odbył się ostatni z koncertów przewidzianych w mniejszym namiocie festiwalowym, choć nie było to bynajmniej ostatnie z niedzielnych wydarzeń w tej części obiektu festiwalowego - ale o tym będzie w ostatniej części relacji o wydarzeniach towarzyszących - a mianowicie sprawny występ grupy Imaginature. Pochodząca ze Szczytna formacja może nie do końca pasowała stylistycznie do tego, co zaprezentował brytyjski gitarzysta czy przed nim Damian Szewczyk, ale jednocześnie, ich występ mógłby być uznany za przedłużenie estetyki preferowanej zarówno przez Aion, jak i Scardust, których można było usłyszeć w pierwszym dniu. Operowy, symfoniczny power metal zabrzmiał mocno i całkiem intrygująco, a choćby nieco groteskowo. Nie zrozumcie mnie źle, to nie był zły koncert, bo był udany, a do tego całkiem fajnie wprowadzał do finałowych mrocznych pejzaży Swallow the Sun i Tiamat, ale o ile Scardust potrafił mnie oczarować z płyt i ucieszyć na żywo, o tyle tutaj miałem podobne wrażenia jak w przypadku Aion. Lekkie przytłoczenie, zmęczenie, przerysowanie i wszelkie uroki takiego grania. Ot, nie do końca moja bajka.

Równowaga - tak, trochę ponarzekałem przy okazji Imaginature, ale to nie tak, iż zupełnie nie podobał mi się ich występ. Z całą pewnością należy podkreślić to, jak znakomicie uzupełniały się wzajemnie ze sobą występy Małej Sceny z tymi z Dużej Sceny. Przenikały, łączyły, wprowadzały i dopełniały. Zarówno w przyrodzie, jak i muzyce musi być równowaga, a ta na tegorocznej edycji Ostrów Rock Festival została zachowana. Nikt nikogo nie przytłoczył, ani tym bardziej nie dał złego występu, choćby jeżeli preferencje uczestników festiwalu, w tym także i moje, mogą się różnić często diametralnie. Absolutnie też nie miałem poczucia zażenowania czy frustracji związanej z tym, co "za gówno" właśnie wystąpiło. Bliskie ideału? Tak, można by się pokusić o takie stwierdzenie. W każdym razie podobnie jak pierwszego dnia, tak samo drugiego wszystkiego było w sam raz i w odpowiedniej dawce, a jeżeli choćby już się miało dość, to właśnie wtedy był dobry moment żeby coś zjeść lub wypić.

Rozwój- zmiana jaka dokonała się w ciągu dwóch lat wydaje się być całkiem spora. Drugi namiot przestał być elementem zrobionym na doklejkę. Zaczął przyciągać uczestników festiwalu niemal w ten sam sposób co Duża Scena, a zespoły prezentujące się drugiego dnia, podobnie jak te z pierwszego, pasowały do bardziej znanych, głównie zagranicznych artystów. Mała Scena okazała się także znakomitą formą aktywności dla tej garstki uczestników Ostrów Rock Festival, którzy między koncertami mogli sprawiać wrażenie nieco zagubionych albo przychodzących wyłącznie na swoich ulubieńców, a teraz mogli troszkę urozmaicić swoje nawyki, a kto wie, czy również nie rozszerzyć palety wykonawców do których wrócą już jako fani, albo przynajmniej zainteresowani tym, co dzieje się także na scenach lokalnych.

Pasja i serducho - to dwie cechy, które obserwuje z podziwem od samego początku wśród organizatorów Ostrów Rock Festival. Zaangażowanie, poświęcenie, ale także ogrom pracy włożony w ten festiwal naprawdę widać. Tworzą go ludzie, którzy słuchają różnorodnej muzyki, ale także którzy słuchają tego, co inni chcieliby usłyszeć i zobaczyć na żywo. Nie boją się kontrastów, skrajności, ani nie oglądają się na geopolitykę. Tworzą go ludzie z pasją i z serduchem, którzy od początku chcieli stworzyć miejsce spotkań z muzyką rockową i metalową, które będzie się wyróżniać i przyciągać, ale jednocześnie nie będzie przytłaczać. Wreszcie też takie, które nie będzie jedynie wydarzeniem w arkuszu kalkulacyjnym, bo choć wiadomo, iż z drugiej strony taki arkusz też się musi znajdować, ale także takim, które nie jest pomyślane według korporacyjnego schematu, ani odbębniane, bo kolejna edycja musi się wydarzyć. Patronując od drugiej edycji i będąc na trzech z nich (trzeciej, czwartej i szóstej właśnie) dostrzegam to zaangażowanie, zmiany i naprawdę je doceniam, także z perspektywy słuchacza i uczestnika, bo z poziomu mocnego starania, Ostrów Rock Festival, bez cienia wątpliwości zaczyna doganiać poziom międzynarodowy tego typu wydarzeń, ale o tym jeszcze będzie parę słów w ostatniej odsłonie relacji z tegorocznej edycji, w której będzie też małe podsumowanie.

* Trasę rozpoczną 11 września w klubie Liverpool we Wrocławiu, 12 września odwiedzą Chicago w Kielcach, 13 września trafią do Mechanika w Warszawie, następnie 25 września spotkacie ich przy robocie w klubie Gwarek w Krakowie, 26 września szukajcie ich w Wyjściu Awaryjnym w Opolu, a zakończą ją 27 września w Piątym Domu w Katowicach. Istnieje szansa, iż pojawię się na tym we Wrocławiu, gdy w tym czasie będę tam na urlopie, ale jeszcze nie wiem, czy będę coś z tego wydarzenia pisał.

** Dla przypomnienia Krzysztof Cugowski jest tenorem, tak więc zaśpiewanie dobrze jakiegokolwiek utworu z repertuaru Budki Suflera z tym wokalistą barytonem nie jest w mojej ocenie takie oczywiste. Baryton ma to do siebie, iż jako barwa głosu może brzmieć mocno i potężnie, ale może też być dużo łagodniejszy i delikatniejszy. Damian Szewczyk na szczęście wpisuje się w tą pierwszą opcję i jak sam podkreślał, trochę porywał się na niemożliwe, ale zdecydowanie udało mu się to znakomicie.

Nasze zdjęcia z drugiego dnia Małej Sceny znajdziecie w stosownym folderze na naszym facebooku. Zdjęcia własne. Kopiowanie i dalsze udostępnianie bez zgody zabronione.

Część I (tutaj)

Część II (tutaj)

Część III (tutaj)

Idź do oryginalnego materiału