W nocy z 18 na 19 listopada Tarnopol nie spał. W sekundę miasto rozerwały eksplozje, a niebo przecięły setki dronów i rakiet. Zwykły mieszkalny blok, w którym Amelia zasypiała obok mamy, stał się celem ataku. Alarm zabrzmiał zbyt późno. Matka zdążyła jedynie objąć córkę – ten ostatni, instynktowny gest miłości okazał się ich wspólnym końcem.
Wieść o śmierci Amelii wstrząsnęła jej szkołą. Nauczyciele jeszcze niedawno poprawiali jej plecak, chwalili za staranne litery, śmiali się z jej nieporadnych żartów. Dla nich to nie tylko kolejna liczba w tragicznym raporcie – to imienne, bolesne pęknięcie w codzienności. „Mały Aniołek” – napisali w oświadczeniu, nie mogąc uwierzyć, iż dziewczynka, która jeszcze wczoraj siedziała w drugiej ławce, już nigdy do niej nie wróci.
Jej historia stała się symbolem tego, co ta wojna naprawdę odbiera. Nie tylko budynki, miasta i liczby. Odbiera nieodbyte urodziny, niewypowiedziane słowa, nieprzeczytane książki i marzenia, które dopiero zaczynały się rodzić. Amelia miała przed sobą całe życie – pierwsze szkolne miłości, wakacje nad jeziorem, dorastanie, przyszłość, której nie zdążyła dotknąć. Lokalne władze i politycy mówią o tragedii, o konieczności ukarania winnych, o brutalności agresora. Ale w centrum tego wszystkiego pozostaje jedno dziecko, którego śmierć pokazuje prawdę najokrutniejszą: iż wojna zabiera tych, którzy nie mają jak się bronić. Podczas sobotniego pogrzebu mieszkańcy Tarnopola stali w ciszy.
Nikt nie potrafił znaleźć adekwatnych słów. Bo jak opisać stratę siedmioletniej dziewczynki, która chciała po prostu żyć?




