Pstrokaty gobelin historii

kulturaupodstaw.pl 3 godzin temu
Zdjęcie: fot. Materiały prasowe


Ten potoczny ogląd rzeczy od dawna starają się z różnych stron naruszać profesjonalni badacze dziejów. Wiążą oni go z dziewiętnastowiecznym procesem tworzenia się europejskich państw narodowych i jednoczesnym kolonizowaniem ogromnej części reszty globu. o ile kolonizacja miała mieć jakieś usprawiedliwienie, choćby gdyby nie było jako takie przywoływane, to w przekonaniu, iż jest cywilizowaniem innych ludów, te zatem konsekwentnie musiały być pozbawione jakichkolwiek własnych osiągnięć i historii.

Ekspansja i demaskacja

Tego rodzaju myślenie – lekceważące wcześniejszą choćby wiedzę europejską – tworzyło wygodną przestrzeń dla ekspansji. Stało się w konsekwencji pospolitym stanowiskiem podzielanym przez całe rzesze ludzi zamieszkujących Zachód. Na wiele sposobów te poglądy od lat przynajmniej osiemdziesiątych są rozbrajane i demaskowane jako istotna część zachodnich snów o potędze: Europa mogła być wielka małością przypisywaną innym.

Wydana przez Rebis książka Josephine Quinn „Jak świat stworzył Zachód. Cztery tysiące lat historii” jest najświeższym opracowaniem problemu nie tylko tego, jak to się stało, iż ostatnie wieki są okresem dominacji Zachodu, ale i dyskusją ze słusznością optyki cywilizacyjnej w myśleniu i badaniu dziejów.

To opracowanie kompleksowe i popularne jednocześnie. Autorka zbiera dorobek wcześniejszych badań w tym zakresie, kreśląc spójną opowieść o wszechstronnym procesie wymiany kulturowej, którego Zachód jest efektem. To nie monolit, nie skutek wewnętrznych procesów rozwojowych, nie perła obrosła wokół twardego rdzenia jakiejś źródłowej zachodniej tożsamości. Zachód przypomina patchwork, pstrokatą materię zszytą z różnych skrawków. Tworzącą całość, a jednocześnie heterogeniczną. Każda kultura ma taki charakter.

Kontakt i wymiana

Można oczywiście wyobrazić sobie obronę potęgi Zachodu odwoływaniem się do argumentu z doskonałości: wprawdzie Chińczycy wynaleźli druk, ale to Gutenberg go udoskonalił tak, iż zmienił w istocie technikę, która swe źródła ma w Chinach, przywołując wiele tego rodzaju przykładów. Mieszkańcy Zachodu mieliby każdej zapożyczonej czy podpatrzonej rzeczy bądź idei nadawać ostatecznego szlifu, tworząc nową jakość – niepodobną w swym zaawansowaniu do pierwowzoru.

fot. materiały promocyjne

To jednak erystyczny wybieg – trzeba wpierw umniejszyć czyjeś dokonania, by własne dodatki mogły zdać się kluczowymi. Retoryczny chwyt użyty dla utrzymania przekonania o własnej wyjątkowości, a nie oddanie sprawiedliwości realnemu procesowi.

Quinn tymczasem argumentuje, iż zasadniczo patrzenie z perspektywy zamkniętych, oddzielonych od siebie wyraźnymi granicami cywilizacji nie odpowiada faktom. Dając dzięki licznym badaniom archeologicznym mówić rzeczom, pokazuje, iż od najwcześniejszych początków ludzkich kultur dominantą jest kontakt i wymiana. Wymyślane w jednym miejscu przedmioty, techniki, idee, od razu ruszały w podróż i były opracowywane, przystosowywane do lokalnych warunków, zmieniane przez grupy, do których dotarły. Mogły wrócić do miejsca swojego pochodzenia i tu prowokować ruch myśli na nowo.

Przestrzeń spotkań

Autorka proponuje patrzeć na historię (i rzeczywistość w ogóle) jako przestrzeń spotkań, nie granic. Te, co pokazuje na licznych przykładach, cytując europejskich odkrywców skarbów archeologicznych, są kreślone ex post, dla dopasowania przeszłości do mapy współczesnych podziałów, by uzasadnić ich istnienie, przekonać o trwałości, ogłosić niemożność zniesienia. Tymczasem rzeczy mówią coś innego.

I nie chodzi o to, by z wykopalisk wyprowadzać opowieści, co czuli, myśleli nasi wspólni przodkowie i przodkinie – to byłoby nieuprawnione i ryzykowne. Groziłoby przy tym popadnięciem w cechujący wcześniejsze interpretacje błąd projekcji. Wystarczy zastanowić się, co może znaczyć obecność w jednym miejscu niezliczonych przedmiotów pochodzących z wielu odległych stron świata, czasami z różnych czasów.

Wydaje się, iż najprostszym wyjaśnieniem, do którego dokumenty mogą dokładać uszczegółowienia, jest stwierdzenie intensywnych kontaktów przekraczających granice języków, religii, porządków politycznych, kultur. Konsekwencją tego może być jedynie przepływ wszelkich możliwych kulturowych wynalazków. Oznacza też, iż praca nad nimi nie jest dziełem jednej, wyróżnionej, grupy, a raczej zbiorowym, rozciągniętym w czasie i przestrzeni wysiłkiem.

Globalna ekumena

Nie oznacza to w żadnym razie idealistycznej wizji przeszłości. Jest tu miejsce na konflikty, wymianę ośrodków politycznej i kulturowej hegemonii, próby narzucenia swej władzy innym. To jednak dzieje tylko na pewnym poziomie – zdarzeń kształtujących wyobrażenie o rzeczywistości, najłatwiej dostrzegalne spojenia codzienności.

Na innym poziomie, wymagającym rozszerzenia pamięci poza biografie jednego czy dwóch pokoleń, świat stanowi globalną ekumenę, w przestrzeni której dokonuje się nieustanny przepływ ludzi i idei – niedający się powstrzymać żadnymi dekretami czy murami.

Znaczenie książki Quinn i jej podobnych jest zasadnicze. Pozwalają lepiej rozumieć przeszłość, a tym samym teraźniejszość. Odsłaniają polityczny wymiar przeszłości. To, jak opis minionych zdarzeń może służyć uzasadnieniu stanu obecnego. I jak ważne jest, by te uroszczenia demaskować. By nie dać się zamknąć w schematach czyniących różne grupy „odwiecznie” sobie obcymi i wrogimi. By nie pozwolić jednym myśleć o sobie jako o predestynowanych do sprawowania władzy, a o innych jako tej władzy mających podlegać.

Idź do oryginalnego materiału