Przez lata byłam cichym cieniem między regałami wielkiej miejskiej biblioteki – nikt mnie nie zauważał i tak było dobrze… przynajmniej tak myślałam. Nazywam się Aisza, miałam 32 lata, gdy zaczęłam sprzątać w tej bibliotece po śmierci męża. Nikt nie wiedział, iż moja ośmioletnia córka Imani mieszka ze mną w zapomnianym kącie biblioteki, gdzie nauczyłam ją czytać z odrzuconych książek. Gdy po latach jej opowiadania przyniosły międzynarodową sławę, a ona – dr Imani Nkosi – wróciła do Polski by uratować bibliotekę, wszyscy już wiedzieli: oto przyszłość miejsca, w którym matka sprzątała, by córka mogła pisać własną historię.

twojacena.pl 10 godzin temu

Przez lata byłam cichym cieniem pomiędzy regałami wielkiej biblioteki miejskiej.

Nikt tak naprawdę mnie nie dostrzegał i może właśnie tak było dobrze… tak myślałam. Nazywam się Jadwiga, a gdy zaczęłam pracować jako sprzątaczka w bibliotece, miałam 32 lata. Mój mąż niespodziewanie odszedł, zostawiając mnie samą z naszą ośmioletnią córką, Roksaną. Ból ściskał gardło, ale nie było czasu w łzy trzeba było coś jeść, a czynszu nikt za mnie nie opłacił.

To moja mama Tajemnica sprzed dziesięciu lat, która rozbiła świat pewnego milionera… Jan Czerwiński miał wszystko: fortunę, prestiż, i dworkową posiadłość położoną wśród pagórków pod Krakowem. Był założycielem jednej z najbardziej wpływowych firm z branży cyberbezpieczeństwa w Polsce, przez dwadzieścia lat budował swoje imperium, które budziło szacunek i trochę strachu. A jednak co wieczór, kiedy wracał do swojej cichej willi, pustka po ukochanej żonie, Ewie, rozlewała się po wszystkich kątach. Najdroższe wina i obrazy nie były w stanie zakryć tego braku. Sześć miesięcy po ślubie zniknęła bez śladu. Bez listu, bez świadków. Zostawiła tylko suknię przewieszoną przez oparcie krzesła… i zniknęła też perłowa zawieszka, którą zawsze nosiła. Policja mówiła o ucieczce, o możliwym przestępstwie, sprawa oziębła. Jan nigdy już się nie ożenił.

Każdego ranka jeździł tą samą trasą do biura, zawsze przejeżdżając przez stare miasto, gdzie w jednym z rogów działała piekarnia, zasłana zdjęciami lokalnych ślubów. Jedno z nich ich własne od dziesięciu lat widniało w prawym górnym rogu wystawy. Siostra piekarza, amatorka fotografii, zrobiła je w najpiękniejszym dniu ich życia, który teraz jawił się jak jakiś odległy sen. Ale wtedy, w czwartkowe popołudnie przy siąpiącym deszczu, zdarzyło się coś wyjątkowego.

Korek zatrzymał auto Jans przed piekarnią. Spojrzał bezwiednie przez przyciemnianą szybę… i wtedy go zobaczył:

Bosonogi chłopiec, najwyżej dziesięcioletni, przemoczony, z rozczochranymi włosami i przydługą koszulą wiszącą na ramieniu.

Patrzył uparcie na zdjęcie Jana i Ewy. Po chwili nachylił się do piekarza zamiatającego przed wejściem i cicho, ale stanowczo powiedział:
To jest moja mama.
Serce Jana stanęło na moment.
Opuścił szybę, patrząc uważniej.
Zarys policzków, łagodne spojrzenie. Orzechowe oczy z zielonymi refleksami dokładnie jak u Ewy.
Hej, chłopcu rzucił zduszonym głosem. Co powiedziałeś?
Chłopak odwrócił się z powagą.
To moja mama powtórzył, wskazując zdjęcie. Codziennie śpiewała mi do snu. A pewnego dnia… po prostu zniknęła i nie wróciła już nigdy.
Jan wysiadł, nie zważając na deszcz i wołanie kierowcy.
Jak masz na imię?
Marek odszepnął chłopiec, drżąc.
Gdzie mieszkasz?
Marek opuścił głowę.
Nigdzie. Czasem pod mostem. Czasem koło torów kolejowych.
Jan przełknął ślinę.
Pamiętasz coś jeszcze o swojej mamie?
Uwielbiała róże wyszeptał. I miała naszyjnik z białym kamieniem. Takim jak perła
Janowi ugięły się nogi. Ewa nigdy nie zdejmowała tego naszyjnika, dar od jej mamy. To była wyjątkowa pamiątka.
A znałeś swojego tatę, Marku?
Chłopak pokręcił głową.
Nie. Była tylko mama i ja. Dopóki… już jej nie było.
Piekarz wyszedł, słysząc zamieszanie, więc Jan spytał go gwałtownie:
Ten chłopak często tu bywa?
Tak, zawsze patrzy na to zdjęcie. Nigdy nie przeszkadza, nigdy nie prosi. Tylko patrzy.
Jednym telefonem Jan odwołał spotkania. Zabrał Marka na obiad do pobliskiego baru mlecznego, zamawiając najobfitszy posiłek. Marek jadł palcami, a Jan przyglądał mu się jakby od tego zależało całe jego życie.
Mały miś pluszowy imieniem Kuba.
Mieszkanie z zielonymi ścianami.
Kołysanki w głosie, który był zamglonym wspomnieniem.
Jan prawie nie oddychał. Chłopiec był rzeczywisty. Tak jak i jego pamięć.
Test DNA miał potwierdzić to, co Jan już czuł głęboko w sobie.
Marek był jego synem.
Ale tej nocy, patrząc na deszcz za oknem, Jan nie mógł zasnąć przez jedno pytanie:
Jeśli chłopiec jest mój…
Gdzie była Ewa przez te dziesięć lat?
Dlaczego nie wróciła?
I kto lub co kazało jej zniknąć razem z dzieckiem?
Ciąg dalszy nastąpi…
W kolejnym rozdziale:
List znaleziony w kieszonce misia Kuby prowadzi do adresu na Mazurach i imienia, którego Jan nigdy nie spodziewał się usłyszeć.

Dyrektor biblioteki, pan Nowacki, miał surowy wyraz twarzy i powściągliwy głos. Obejrzał mnie od stóp do głów i powiedział chłodno:
Możecie zacząć jutro… ale nie chcę słyszeć dzieci. Niech nikt ich nie widzi.
Nie miałam wyjścia. Zgodziłam się bez słowa.

Biblioteka miała zapomniany zakątek, tuż przy starych aktach, gdzie znajdował się niewielki pokoik z zakurzoną pryczą i przepaloną żarówką. Tam sypiałyśmy z Roksaną. Każdej nocy, gdy świat zasypiał, ja odkurzałam niekończące się regały, polerowałam długie stoły, wynosiłam kosze pełne papierów i śmieci. Nikt nie patrzył mi w oczy byłam tylko tą panią od sprzątania.

Ale Roksana ona patrzyła. Z ciekawością dziecka, które odkrywa nowy świat. Codziennie szeptała:
Mamo, ja napiszę książki, które wszyscy będą czytać.
Uśmiechałam się, chociaż serce bolało, wiedząc, iż jej świat ograniczał się do przygaszonych, ciasnych zakątków. Uczyłam ją czytać na starych, dziecięcych książkach, które znajdywałyśmy w odrzutowych regałach. Siadała na podłodze, przytulając sfatygowany egzemplarz, i ginęła w odległych krainach pod słabym światłem.

Gdy skończyła dwanaście lat, zdobyłam się na odwagę, by poprosić pana Nowackiego o coś, co dla mnie było ogromne:
Proszę, niech pan pozwoli mojej córce korzystać z głównej czytelni. Kocha książki. Odspracuję więcej godzin, oddam panu oszczędności.
Jego odpowiedź była szydercza:
Czytelnia główna jest dla czytelników, nie dla dzieci obsługi.

Zostało po staremu. Roksana czytała w archiwach, nigdy się nie skarżąc.

Po szesnastych urodzinach pisała już opowiadania i wiersze zdobywające miejskie nagrody. Profesor z uniwersytetu, zauroczony jej talentem, powiedział:
Ta dziewczyna ma dar. Może stać się głosem wielu.
Pomógł nam zdobyć stypendium i tak Roksana została przyjęta na kurs pisarski w Anglii.

Kiedy się o tym dowiedział pan Nowacki, zobaczyłam na jego twarzy zaskoczenie.
Poczekaj… ta dziewczyna z archiwów… to twoja córka?
Skinęłam głową.
Tak. Ta sama, która rosła, gdy ja sprzątałam twoją bibliotekę.

Roksana wyjechała, a ja wciąż sprzątałam. Niewidzialna. Aż pewnego dnia los się odmienił.

Biblioteka popadła w kryzys. Miasto ucinało fundusze, ludzie przestali tu przychodzić, groziło zamknięcie. Nikogo już to nie obchodzi szeptano na urzędowych korytarzach.

Wtedy nadeszła wiadomość z Anglii:
Nazywam się dr Roksana Borowska. Jestem pisarką i wykładowczynią. Chętnie pomogę. Tę bibliotekę znam doskonale.

Gdy pojawiła się w drzwiach wysoka, pewna siebie nikt w niej nie rozpoznał tamtej dziewczynki. Podeszła do pana Nowackiego i powiedziała:
Kiedyś powiedział mi pan, iż główna czytelnia nie jest dla dzieci obsługi. Dziś los biblioteki zależy od jednej z nich.

Pan Nowacki rozkleił się, łzy ciekły po jego policzkach.
Przepraszam… nie wiedziałem.
Ja wiedziałam odparła łagodnie. I wybaczam panu, bo mama nauczyła mnie, iż słowa mogą zmieniać świat, choćby gdy nikt ich nie słyszy.

W kilka miesięcy Roksana tchnęła w bibliotekę nowe życie: sprowadziła świeże tytuły, organizowała warsztaty pisarskie dla młodzieży, wprowadzała programy kulturalne, nie przyjmując za to ani grosza. Zostawiła mi tylko liścik:
Ta biblioteka kiedyś widziała mnie jak cień. Dziś chodzę tu z podniesioną głową nie z dumy, ale dla wszystkich matek, które sprzątają, by ich dzieci mogły napisać swoją własną historię.

Z czasem Roksana zbudowała mi jasny dom z małą, osobistą biblioteczką. Zabierała mnie nad Bałtyk, pokazała szum fal, wiatr na piasku te cudowne rzeczy, o których przedtem czytała tylko z podniszczonych książek.

Teraz siedzę w odnowionej czytelni, patrzę jak dzieci czytają na głos pod oknami, które ona kazała wyremontować. Za każdym razem, gdy słyszę w radiu lub widzę na okładce książki imię dr Roksana Borowska, uśmiecham się, bo kiedyś byłam tylko sprzątaczką.

Dziś jestem matką kobiety, która zwróciła naszej mieścinie jej historie.

Idź do oryginalnego materiału