Przez długie godziny starsza pani czekała na dworcu PKP na swojego syna, ale ten wciąż się nie pojawiał!

newskey24.com 12 godzin temu

Babcia Stefania wysiadła z pociągu na dworcu w Poznaniu, przybyła prosto ze swojej małej wioski pod Gnieznem. Miała ze sobą dwie wypchane siatki, każda z nich zdawała się być cięższa niż suma wszystkich trosk świata, ważyły prawie dziesięć kilo każda. Była czerwcowa noc, a niebo zalewały leniwe chmury o kształtach pierogów, przesuwające się leniwie w stronę Warty.
Stefania nie odwiedzała rodziny często, ale tym razem postanowiła roztrwonić ostatnie złote, jakie jej zostały, na prezenty wypełniła torby serem z wsi, domowymi piernikami, ogórkami kiszonymi i bluzą dla wnuczki z motywem białego bociana. Wiedziała, iż nie wolno jej przyjeżdżać z pustymi rękami. Jej serce prowadziła cicha nadzieja, iż przyniesie euforia do rodzinnego mieszkania z wielkiej płyty.
Szła przez rozkojarzoną halę dworca o podłodze w czarno-białą szachownicę, a wszystko było nierzeczywiste jak we śnie kasy biletowe przypominały rzędy pisankowych jaj, a przechodnie płynęli wokół niej jak duchy z opowieści Andrzeja Sapkowskiego. Powiedziano jej, iż syn Stanisław będzie na miejscu, by ją odebrać.
Jednak gdy dotarła pod wielki zegar, syna nie było. Czas stanął w miejscu. Położyła torby i sięgnęła po wysłużony telefon czerwony, jakby wyjęty z PRL-owskiej bajki. Próbowała wykręcić numer, ale cyfry tańczyły jej przed oczami niczym litery z potłuczonego alfabetu.
Telefon dzwonił długo, aż w końcu, po dziesiątym sygnale, usłyszała senne i rozkojarzone:
Mamo? O jejku, przepraszam, zupełnie zapomniałem, iż dziś przyjeżdżasz. Zdecydowaliśmy się z Basią jechać do jej rodziców na Mazury, będziemy nieobecni cały tydzień. Zwariowane, wiem. Proszę, wróć do domu. Wszystko na wariackich papierach, naprawdę wypadło to niespodziewanie. Wybacz.
Jej serce wypełniła mgła słowa osiadały ciężko jak śnieg w styczniu. Łzy popłynęły jej po policzkach spadły na podłogę i zamieniły się w maleńkie tulipany, tak, jakby świat sam chciał ją pocieszyć.
Dobrze odparła miękko, jakby głos już nie należał do niej.
Patrzyła na swoje torby i wiedziała, iż nie udźwignie ich z powrotem. Podeszła do dwóch bezdomnych siedzących na ławce (ich twarze przypominały stare, trochę zapomniane święte z wiejskich kapliczek), wręczyła im prezenty, a oni przyjęli je z iskrą wdzięczności w oczach. Z torb odchudziło się nie tylko ciężar, ale też mały fragment jej smutku.
Stłumiła gniew nie skarżyła się Stanisławowi, który nigdy nie zrozumie, jak bardzo ranił jej serce. Latami dbała, hołubiła, chuchała, a on, kiedy starość przytuliła ją do siebie jak stara pierzyna, już nie przyjeżdżał, nie pytał, nie czekał.
Miesiąc później, gdy Basia zadzwoniła z prośbą o opiekę nad wnukami na czas wesela znajomej głos intrygująco rozmazany, jakby nadgryziony przez sen Stefania odpowiedziała krótkim Nie, dziękuję. Miała dość bycia pamiętaną wyłącznie wtedy, gdy była komuś potrzebna. W jej śnie stacja kolejowa zmieniła się w łąkę pełną maków. Odeszła, stając się coraz lżejsza, aż rozpłynęła się w jasnozielonej mgle o zapachu letniego deszczu.

Idź do oryginalnego materiału