Przekaz, który zachwyca, choć nigdy go nie było. Prawie–recenzja „Angel’s Egg”

gazetafenestra.pl 12 godzin temu
„Angel’s Egg” Po raz pierwszy na kinowym ekranie od 40 lat! / Źródło: for. Fenestra

„Angel’s Egg” to anime z 1985 roku w reżyserii Mamoru Oshiiego – autora choćby kultowego „Ghost in the Shell”. Dzieło to z biegiem lat wpisało się w kanon dalekowschodnich filmów, głównie ze względu na swój enigmatyczny przekaz. W jakiś jednak sposób nie przeszkodziło mu to stać się utworem wręcz legendarnym. Korzystając z okazji, którą jest ponowny seans filmu w poznańskich kinach na przełomie marca i kwietnia tego roku, warto przyjrzeć się temu, jak udało mu się osiągnąć taki status.

Akcja „Angel’s Egg” dzieje się prawdopodobnie wiele lat po biblijnym potopie. Całość ma miejsce w nieznanym z nazwy opuszczonym mieście, w którym jedyną żywą osobą jest bezimienna Dziewczynka. Nosi ona tytułowe jajo samotnie wędrując i próbując przetrwać w surowej metropolii. Czasem obserwuje też armię duchów bezskutecznie starającej się upolować cień ryby przemierzającej ściany gotyckich zabudowań. Ryby symbolizującej rzecz jasna Chrystusa i wiarę, jakiej w tym świecie prawie już nie ma.

Pewnego razu spotyka tajemniczego Mężczyznę z bronią w kształcie krzyża. Zaczyna towarzyszyć jej w wędrówce opowiadając o przeszłości i tym, jak ludzkość dotarła na skraj własnej cywilizacji. W końcu podczas jednej z nocy niszczy jajo za plecami Dziewczynki. Widząc jego pustą zawartość kolejnego dnia, bohaterka biegnie w stronę pozornego oprawcy chcąc prawdopodobnie się na nim zemścić. Umiera jednak spadając z klifu, a następnie – w nieznany widzowi sposób – znajduje się na pokładzie Arki Noego, której liczni pasażerowie zaczynają na nowo osiedlać ląd.

Nie dla fabuły, a dla wrażeń

Pozwoliłem sobie na wyjawienie dużej części fabuły trzeciego aktu głównie dlatego, iż nie dla fabuły powinno oglądać się „Angel’s Egg”. Ta bowiem praktycznie w filmie nie istnieje. Większość scen opiera się na długich, powolnych ujęciach prezentujących miasto, kiedy widz może zachwycać się poziomem detali, stylem artystycznym czy znakomitą muzyką. Fabuły jest tu tyle co kot napłakał, ma ona znaczenie co najwyżej w środkowej i końcowej części dzieła, a w kontekście całości bardziej przeszkadza niż pomaga, komplikując jedynie prostotę odbioru tekstu. Prostota, która kryje się w jednym zdaniu – patrz i ciesz swoje oczy.

Film ten był raczej prywatną historią, więc jestem przekonany, iż niemożliwym jest jego pełne zrozumienie. Lepiej zatem oglądać go dla wizualiów, a nie fabuły – mówił w wywiadzie z 1999 roku z Charlesem McCarterem główny dyrektor artystyczny produkcji, Yoshitaka Amano.

Trzeba w związku z tym przyznać, iż „Angel’s Egg” w tym, czym miało być od początku, sprawdza się znakomicie. Nie bez powodu kilka lat po premierze tworzono na jego temat peany miłosne i uznawano za artystycznie wyjątkowe dzieło. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o techniczną jakość. Chociaż od 1985 minęło już przeszło 40 lat, film nie odstaje wyraźnie poziomem animacji, a tym bardziej samego rysunku. W tym drugim stoi choćby wyżej niż wiele dzisiejszych dzieł, być może będąc jedną z najładniejszych animacji w historii. Za tym sukcesem stoi wspomniany już Amano, którego powszechnie można znać choćby z „Vampire Hunter D”.

„Angel’s Egg” gustuje w gotyckich zabudowaniach, ostrych jak szpikulec wykończeniach kamienic czy spoglądających na puste ulice tu i ówdzie gargulce. W końcu z gotycyzmem dziwnie łączy się groteska i również jej nie brakuje w filmie. Tak więc widok rzucających harpunami w nieistniejącą rybę duchów wzbudza wręcz politowanie, jednocześnie strasząc muzyką podnoszącą całość do wzniosłej rangi.

Ogólną refleksyjność całego filmu dopełnia bowiem właśnie muzyka Yoshihiro Kanno. Subtelne aranżacje na fortepianie mieszają się tutaj z potężnymi brzmieniami kościelnych organów, tak pasujących do biblijnego wymiaru dzieła. Jednak najbardziej w pamięć zapada bezgłos. To właśnie z niej bierze się duża część szczególnie refleksyjnych chwil, które zostają w głowie na długie godziny. Nie bez powodu wiele z kulminacyjnych momentów zostaje pozostawionych na pastwę nieprzeniknionej ciszy.

Próba wyłowienia przekazu z głuchej skarbnicy motywów

Jednak najbardziej charakterystycznym elementem „Angel’s Egg” jest na wskroś chrześcijańskie i nieraz trudne do interpretacji znaczenie filmu. Przedstawione przeze mnie w pierwszym akapicie wydarzenia doczekały się więc przez lata wielu odczytań. Brian Ruh, który szczegółowej analizie dzieł Mamoru Oshiiego poświęcił całą książkę, sam uznał w niej „Angel’s Egg” jako film przede wszystkim komentujący rolę religii i wiary w życiu człowieka. „Wiara jest tym, co daje Dziewczynce odwagę, aby przetrwać w rozpadającym się świecie niemal bez kontaktu z żywym człowieku, ale ta wiara została położona w złym miejscu – wewnątrz jaja nie ma nic za wyjątkiem drażniącej pustki” – tłumaczy w książce „Stray Dog of Anime”.

Symbol pustego jajka nie jest zatem momentem, kiedy w wiarę uderza chłodny racjonalizm i brutalność antyreligijnego świata, co raczej zderzeniem nadziei z surową prawdą. Sama religia czy wiara w transcendentną siłę dającą zbawienie jest bezwartościowe dopóki, dopóty na pewnym etapie nie stanie się twarzą w twarz z rzeczywistością. Przekazuje to scena, kiedy Dziewczynka znajduje się w środku unoszącej się w powietrzu Arki, będąc wywyższona przy stojących wokół niej strażnikach. Tego momentu chwały czy inaczej rozumianego zbawienia mogła doczekać się jednak tylko dzięki temu, iż Mężczyzna zniszczył jajo, a nie żył w wiecznej nadziei, iż wykluty z niej ptak przywdzieje szaty Mesjasza.

Można zastanawiać się, czy „Angel’s Egg” nie komentuje w ten sposób determinizmu kierującego naszym życiem. Determinizmu, który odgórnia definiuje i kształtuje nasze życie. Nieważne więc, czy będziemy racjonalizować nasze czyny czy działać pod wpływem wierzeń, na koniec decyduje nie nasza wola, a niezależne czynniki. Tym może być właśnie rozbicie jaja – wydarzenia będące poza inicjatywą Dziewczynki, a jedynie efektem nagłej decyzji drugiego bohatera, pozbawionej jasnej i zrozumiałej motywacji.

Dziewczynka może być też symbolem Maryi opiekującej się jeszcze nienarodzonym Mesjaszem. Może być wspomnianym przez Mężczyznę gołębiem, który wysłany z Arki miał odnaleźć nowy ląd dla ludzkości. Sam bohater w tym przypadku jest albo Józefem, albo Chrystusem, albo włóczęgo i ekswyznawcą chrześcijaństwa. Albo wszystkim po trochu.

Czy to wszystko ma sens?

Ten nagły strumień świadomości miał oddać powszechny podczas oglądania „Angel’s Egg” element zagubienia. Mamoru Oshii nigdy nie krył się z tym, iż sam nie wie, co chciał przekazać w swoim filmie. Miał być on głównie audiowizualną ucztą pozbawioną głębokich interpretacji czy odgórnego przesłania. Stąd słuszna może wydawać się teza, wedle której zbyt długie zastanawianie się nad znaczeniem tego dzieła jest pozbawione sensu.

Z drugiej strony, równie racjonalnym może być fakt, iż właśnie dlatego nad tym tekstem warto zastanawiać się jeszcze dłużej i jeszcze dokładniej. Widzowie dokładnie to robią, pisząc na różnych portalach społecznościowych czy popkulturowych forach mnóstwo interpretacji. Dzielą się własnymi refleksjami czy również wątpliwościami co do spójności utworu. Cechą interpretacji jest jednak jej absolutny subiektywizm – tutaj podniesiony do wyższej potęgi. Nieraz trudno bowiem choćby podważyć jedną analizę, kiedy ciągle otrzymuje się kolejne kontrargumenty przeciwko własnej.

To błędne koło rozumowania, dążące usilnie do uzyskania konkretnej odpowiedzi na znaczenie jakiegoś dzieła, prowadzi czasem na manowce. Kiedy prawdziwą odpowiedzią jest raczej brak takowej. Nie można powiedzieć, iż „Angel’s Egg” to film o mesjanizmie, nadziei czy choćby chrześcijaństwie albo potopie samym w sobie. To raczej zbiór wielu motywów, które swój wydźwięk zmieniają w zależności od samopoczucia widza danego dnia. Wiem to z własnego doświadczenia – po trzykrotnym seansie moja ostateczna refleksja na jego temat zmieniła się dokładnie pięć razy. A podczas pisania artykułu – kolejne dwa. Powtarzając więc pytanie z początku: czy to w ogóle ma sens?

Być może tak, być może nie. Być może moja niezręczna próba umieszczenia tego filmu w obrębie pewnych refleksji rysuje się jako zupełnie niepotrzebna. Niezależnie od zgody czy niezgody na zadaną tutaj kwestię, pewne jest jedno – „Angel’s Egg” to film warty obejrzenia. Później powtórzenia. A w końcu – żeby upewnić się w swoich wrażeniach – odtworzenia po raz trzeci. To zwyczajnie znakomity film, napełniający widza wrażeniem, iż obcuje z czymś wyjątkowym. Nie arcydziełem w snobistycznym tego słowa znaczeniu, ale po prostu filmem kultowym, w pewnym stopniu zupełnie innego autoramentu niż większość dzieł, które oglądamy na co dzień.

Jacek ADAMCZAK

Idź do oryginalnego materiału