Czytałam kiedyś wiele dziwnych opowieści Polek, które zdradziły swoich mężów, i choć staram się nie oceniać, to coś we mnie nie potrafi tego pojąć. Nie dlatego, iż jestem lepsza, ale dlatego, iż zdrada nigdy nie była dla mnie pokusą, nigdy nie wślizgnęła się do mojego snu.
Mam trzydzieści cztery lata i jestem żoną, żyję – o ile sen na to pozwala – całkiem zwyczajnie. Pięć razy w tygodniu chodzę do siłowni umieszczonej w kolorowym bloku między skrzypiącymi schodami a pachnącą piekarnią. Dbam o to, co jem, lubię mieć gładkie, długie włosy, lubię patrzeć w lustro i widzieć na twarzy wyraz zadbania. Ludzie mówią mi, iż jestem atrakcyjna, czasem patrzą tak, jakby próbowali rozpoznać własne odbicie w moich oczach, a ja uśmiecham się lekko, jak w sennym tańcu.
W tej siłowni czasami podchodzą do mnie mężczyźni jeden pyta o ćwiczenia, drugi rzuca komplement, który brzmi jak guma balonowa pękająca w ciszy, a trzeci patrzy, jakby chciał się dostać do mojego wnętrza przez drzwi, których nie ma. I gdy wychodzę z koleżankami na drinka do baru na Nowym Świecie, też się zbliżają, zagadują, pytają czy jestem sama jakby to była zagadka, którą chcą rozwiązać, ale klucz trzyma śpiący pies na podłodze. Nigdy nie udaję, iż to się nie dzieje. Wręcz przeciwnie, sen podpowiada mi, iż widzę to wyraźnie. Ale granica jest jak mgła nad Wisłą nie przekraczam jej. Nie z lęku, tylko z niechęci.
Mój mąż, Piotr Nowak, śni nocami o pracy. Jest kardiologiem w warszawskim szpitalu, wraca do domu, gdy księżyc przebija się przez okno w kuchni, czasem choćby później, gdy córka nasza Jagoda już zjada ostatnie płatki z mlekiem. Przez większość dnia jestem w mieszkaniu prawie sama, z Jagodą, z naszym kotem Bratek, który śpi na parapecie, i z moją rutyną zakładającą trening, książki, gotowanie, seriale czasem wszystko naraz. Mam wolność, by robić, czego dusza zapragnie, choćby ukryć się w szafie pełnej snów, a i tak nie myślałam nawet, by wykorzystać to do zdrady.
Samotność rozlewa się po mieszkaniu jak dźwięki starego radia. Zapełniam ją sobą, ruchem, myślą, gotowaniem barszczu, układaniem książek na półkach, wyjściem do parku Skaryszewskiego, gdzie drzewa szepczą moje imię. Nie szukam braków, nie szukam potwierdzenia w oczach innych ludzi. Nie powiem, iż nasz związek jest idealny bo nie jest. Kłócimy się czasem, czasem się różnimy, czasem śnimy o innych dniach. Ale fundamentem jest moja szczerość, prosta jak chodnik pod nogami.
Nie żyję też w podejrzeniach wobec Piotra. Ufność to mój cichy pokój, wiem jaki jest, jak myśli, jaka jest jego zmęczona twarz wieczorem i które kubki wybiera rano. Nie sprawdzam telefonu, nie wymyślam scenariuszy, nie przesuwam granic w głowie. Spokój tkwi we mnie jak klucz do mieszkania. Nie muszę mieć otwartych drzwi, nie szukam wyjścia w nieistniejącym murze.
Dlatego, kiedy śnię o opowieściach o zdradzie nie z potępienia, ale z bezsennego zdziwienia myślę sobie, iż nie wszystko jest kwestią pokusy, urody, wolnego czasu czy cudzej uwagi. Ja po prostu nigdy nie czułam, by to była opcja. Nie dlatego, iż nie mogę. Po prostu nie chcę być osobą, która śni taki świat. I z tym jest mi dobrze.
A wy? Co myślicie o tym senno-polskim temacie?








