Poza ciało

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Czarno-białe zdjęcia, kwadratowy format ekranu, historia miłosna w czasach stalinowskiego terroru. Już od pierwszych kadrów "Przez ścianę" samo zastawia na siebie pułapkę. Język, którym usiłuje mówić, sprawy, o których opowiada, wydają się zbyt bliskie kina Pawła Pawlikowskiego. Ale Maciej Sobieszczański się tym nie przejmuje – całkowicie ignoruje ewentualne porównania, może choćby zarzuty o naśladownictwo. On doskonale wie, co i dlaczego robi, do czego potrzebny mu jest kontrast czerni i bieli, kameralne zacieśnienie kadru, wielkie emocje wyartykułowane w milczeniu. Jest w tym konsekwentny. I odważny – wręcz niewiarygodne, jak niewiarygodna jest historia, którą opowiada.

Trwają stalinowskie czystki. Na Rakowieckiej można zgnić w celi za znalezione w mieszkaniu 50 dolarów. Z powodu posiadania takiej sumy Wiesława zostaje oskarżona o próbę obalenia systemu i przesiaduje kilka miesięcy w nieludzkich warunkach w celi więzienia. Surowe, drewniane prycze, brud, okruchy chleba i jedna miska wody: jedyne, czego można doświadczyć w tych dehumanizujących warunkach, to niedogodność własnego ciała. Człowiek przestaje być wolą, uczuciem, świadomością. Staje się jednowymiarowy, jest ciałem, które można upokarzać, obnażać, głodzić, wychładzać i bić. Człowiek choćby nie jest winą – bo tej, jak mówi jedna z oprawczyń, wcale nie potrzeba, by skazać kogoś na sczeźnięcie w celi.

Sobieszczański skupia się właśnie na tym aspekcie totalitarnego terroru. Operując bardzo silnym kontrastem wydobywa na niejednokrotnie obnażanych ciałach więźniarek wszelkie skazy, siniaki, rany i brudy, których nie da się zetrzeć, szorując je w lodowatej wodzie. Jolanta Dylewska, operatorka filmu, skupia się na fakturach, drobinkach, które podkreślają obecność, materialność doświadczanego świata, w którym marksistowski materializm stał się przecież niepodważalną doktryną. Równie realne, niepodważalne i fizyczne są twarde prycze, rozsypywane sienniki, skąpe racje żywności. Od nadmiaru bycia i materii można oszaleć i wykrwawić realną krwią z faktycznie rozprutej żyły. Wiara, uczucie, emocja stają się nieosiągalną walutą, za którą można wykupić odrobinę nadziei.

Wiesia próbuje przeprowadzić tę transakcję, stukając krwawiącymi kostkami palców w twardą ścianę. Kiedy była w harcerstwie, nauczyła się kodu Morse’a. Jaka jest szansa, iż po drugiej stronie jest ktoś życzliwy, kto zrozumie przekaz, odpowie i nawiąże relację? To niemal równie niedorzeczne jak domaganie się odpowiedzi podczas modlitwy. Ale ta historia mogła zaistnieć na ekranie tylko dlatego, iż wydarzyła się naprawdę. Inaczej odebrano by ją ze wzruszeniem ramion jako nieprawdopodobną. Okazuje się bowiem, iż po drugiej stronie jest Jurek, który nie tylko rozumie, nadaje i odbiera, ale też jest miły i zaangażowany. Niemożliwa transakcja powiodła się.

Jeśli ryzykiem było podobieństwo formy do filmów Pawlikowskiego, to jak nazwać długie fragmenty całkowicie niefilmowego pukania, ciszy i czekania na odpuknięcie, przerywane krótkimi scenami szukania czegoś, czym można byłoby dalej pukać, bo dłonie są zbyt poranione? Ale każda linijka pojawiającego się na ekranie tekstu, prostego, krótkiego jest jak objawienie, rozbłysk światła pośród całkowitej ciemności. Jest równoznaczna z obroną humanizmu, dowodem jeżeli nie na duszę, to na niezłomność człowieczego ducha. Puk, puk, ludzkość uratowana, a przynajmniej pojedynczy człowiek, góra para. Tryumf nad ciałem, który przemienił się w prawdziwą miłość.

Brzmi nieco egzaltowanie, ale na ekranie tego nie widać. Jest surowa ściana, krótkie, proste słowa. Jest łza wzruszenia Wiesi, rozpacz, gdy nie ma odpowiedzi – minimalistyczna, oszczędna, a przy tym niezwykle sugestywna gra Marii Dębskiej jest esencją i wielką wartością tego filmu. Zresztą bohaterowie nie pukają cały film. I tu czaiło się kolejne zagrożenie. Bo jeżeli udało się Sobieszczańskiemu wypracować minimalistyczny język, przykuć naszą uwagę i wyartykułować tak wiele, niemalże milcząc, to czy film nie rozleci się, gdy fabuła pobiegnie w całkiem innym kierunku? Ale być może właśnie w tym tkwi największy scenariuszowo-reżyserski kunszt Sobieszczańskiego. Konsekwencja, dyscyplina, minimalizm sprawiły, iż historia trzyma się w całości, nie rozchodzi w szwach, koncentruje na najważniejszym i potrafi utrzymać naszą uwagę.

I precyzyjnie artykułuje to, co ma do powiedzenia. Kamera przez cały czas pilnie egzaminuje twarze, ciała, tropiąc w ten sposób palimpsesty przemocy. Jedna z więźniarek ma obozowy numer na przedramieniu, oprawczyni – bliznę na twarzy, jakby powierzchnie ich ciał stanowiły mapę dwudziestowiecznej matni terroru, odradzającego się w różnych formach. Być może właśnie to skupienie na obrazie, a nie historii miłosnej sprawiło, iż doświadczane przez bohaterów emocje nie obezwładniają. Ta historia uczucia nie zamienia się w melodramat z obowiązkowym repertuarem środków do wyciskania łez. Jakby twórcy chcieli utrzymać naszą uwagę, intelektualny dystans, byśmy pojęli, co tu się właśnie wydarzyło. Zrozumieli wartość miłości, w której tkwi człowieczeństwo. I choćby jeżeli czasy się zmieniają, kolejne wieki następują, reżimy upadają, to jedno jest stałe: by się wyzwolić, trzeba wyjść poza ciało.
Idź do oryginalnego materiału