Poszłam do lekarza, gdy ból stał się nie do wytrzymania. Trzy dni z rzędu — to już zdecydowanie za dużo. Przerażający ból głowy, którego nie łagodziły żadne tabletki.

newskey24.com 1 tydzień temu

13 marca, środa

Poszedłem w końcu do lekarza, bo już nie mogłem wytrzymać tego bólu. Trzy dni z rzędu tyle chyba żadnemu facetowi nie polecam. Ten koszmarny ból głowy, którego nie ruszają żadne tabletki. W nocy choćby nie zmrużyłem oka. Najgorszym pomysłem było oczywiście zajrzenie do internetu i sprawdzenie, co może oznaczać taki ból. Przeglądarka od razu wypluła: jak odróżnić migrenę od guza mózgu czy inne alarmujące tytuły rodem z Onetu. Po lekturze tych wszystkich objawów już prawie przekonywałem się, iż czas od razu zamawiać miejsce w ZUS-ie.

Przypomniał mi się fragment z Trzech panów w łódce kiedy bohater Jeroma przypadkiem otwiera encyklopedię medyczną i diagnozuje u siebie wszystko poza gorączką połogową i cholerę, i anemię, i taniec św. Wita, a skończyło się na pryszczycy. Na koniec było mu przykro, iż nie ma akurat tylko tego, co najlepiej pasowałoby do rozdziału.

Ja miałem dokładnie tak samo. Po parogodzinnej lekturze internetu do północy byłem już przekonany, iż przeszedłem właśnie wszystkie śmiertelne choroby na raz. Pomyślałem: Koniec z tym! Jutro idę, raczkuję choćby do lekarza.

W kolejce przed gabinetem wydarzyła się zabawna wymiana zdań z pewną panią.
Pił pan? zagadnęła mnie.
Co piłem?
Wczoraj wieczorem, pił pan?
Nie, nie piłem odpowiedziałem lekko dotknięty.
Ma pan takie czerwone oczy, jak po zakrapianej nocy
No super. Czasem mam wrażenie, iż chodzę do terapeuty, by uczyć się komunikacji z ludźmi, którzy sami bardziej by tego potrzebowali ode mnie.
Dziękuję wycedziłem przez zęby. Za troskę.

Wszedłem do lekarza i z okazjonalnym dramatyzmem konferansjera wyrecytowałem wszystkie objawy. Na koniec dorzuciłem jako wisienkę te moje wiśniowe oczy.
Jakby po imprezie, a choćby piwa nie piłem skarżyłem się.
Lekarka spojrzała mi w oczy, wzruszyła ramionami:
Oczy normalne, nie przesadzajmy
No proszę. Widzicie, znowu nie ci chodzą do psychologów, co powinni.

Zmierzono mi ciśnienie, puls, saturację. Trochę pytań, a z moich odpowiedzi wyłaniał się moim zdaniem obraz dość ponury: łagodnie mówiąc, to raczej nie migrena. Coś gorszego.
Może zróbmy tomografię głowy? Albo MRI? Zapłacę, naprawdę zaproponowałem. Przecież w sieci pisali, iż trzeba! W nocy zostałem sam dla siebie internistą, neurologiem, kardiologiem całą kadrą.
Najpierw spokojnie, popracujemy z naczyniami, zrobimy badania, jak nie przejdzie, to wtedy rezonans odpowiedziała.

Tamtej nocy wydawało mi się, iż gorzej już być nie może. Leżałem, łkałem i myślałem: czterdzieści lat życia, dwójka dzieci i dziesięć książek. Nie wiem, dużo czy mało…
Dzieci ledwo podrośnięte, takie jeszcze nieukształtowane.
Książki też nieidealne. W najnowszej na szesnastej stronie literówka Jeszcze długo będę musiał wychowywać dzieci i redaktorów.

Wróciłem do domu po lekarzu. Po drodze odebrałem dzieci ze szkoły, wykupiłem przepisane leki i od razu położyłem się do łóżka, wyczerpany kompletnie.
Do pokoju wpadły dzieci:
Tato, jest coś do jedzenia?
Jest, tylko trzeba zrobić próbuję się podnieść.
Ból głowy lekko puścił, ale nie miałem za grosz sił trzy dni byłem rozbity.
Staszek sam zrobił kolację usmażył jajka i odgrzał makaron. Przyniósł do mnie:
Nakarmiłem Jagnę, a tobie przynieść do łóżka?
W tej chwili byliśmy szczęśliwą rodziną. Syn samodzielny! Poradzi sobie w życiu.
Nie trzeba, nie jestem głodny, zjem później. Jesteś super!
Okej powiedział i podał mi talerz pokrojonych owoców. Tato, w kiwi jest więcej witaminy C niż w pomarańczach. Tu masz jeszcze jabłko jest żelazo. A mandarynka ładnie wygląda i się nie zmarnuje.
Serce mi miękło z dumy. To mój chłopak! Samodzielny, troskliwy. Od razu poczułem się lepiej.

Potem Staszek wyszedł do sklepu.
Gdzie idziesz?
Kot nie ma już karmy odpowiedział.
Kup mi lody! krzyknęła Jagna. Mój prowiant też się skończył.

Córka weszła z powagą do pokoju w okularach, szlafroku i z walizeczką zabawkarską. Prawdziwa dr Jagna Kowalska, pediatra od zabawek.
No dobrze, pacjencie, czas na zastrzyk! Będziemy leczyć?
Mów do mnie tata, nie pacjencie
Będziesz zdrowy to znów zostaniesz tylko tatą. Otwórz buzię.
Otworzyłem usta.
Jadłeś kiwi beze mnie? Kiwi?!
A masz, proszę, bierz ile chcesz podałem jej talerz.
Już nie chcę, jadłam jajecznicę. Teraz czekam na lody. Ale mogę cię posłuchać zawiesiła sobie na szyi różowy fonendoskopik.
Codziennie wieczorem biegam za tobą z książką, żebyś mnie posłuchała. Ale nie chcesz słuchać.
Oj, kiepsko, panie tata Jagna sprawdziła mi szyję. Za dużo pan gada i gania za dziećmi. Przepisuję zastrzyk i lody. Jak Staszek kupi dla wszystkich. Jak nie trzeba było zamówić.
Nie podzielisz się lodem z chorym ojcem?
W odpowiedzi wbiła mi w nogę plastikowy strzykawko-igiełko-zabawkę.
Au! zaśmiałem się.
Tak ma być. To na zdrowie.

Mówiąc szczerze, od razu poczułem się lepiej. Po lodach od Staszka wszystkim kupił było po prostu idealnie. Głowa nie bolała, siły gwałtownie wracały, a oczy znowu miałem niebieskie, nie czerwone.
Jeszcze trochę poudawałem chorego tatę, bajkę Jagnie czytał na dobranoc Staszek. Wybrała cyklopedię.
To taka encyklopedia o cyklopach zażartował Staszek.
Czytali o Saturnie, potem o dinozaurach, potem o mlecznych zębach. Mało się nie pokłócili, czy dinozaury miały mleczne zęby.
Leżałem, słuchałem ich kłótni, żartów i poczułem na nowo sens życia ten prawdziwy, nieopisany w żadnej encyklopedii.

Później zmieniałem pościel, bo wylały całe kiwi na prześcieradło.
Na końcu wszyscy troje zasnęliśmy razem przytuleni.

No i co, pomogły tabletki? spytała lekarka następnego dnia.
Pokiwałem głową. Chociaż mam wrażenie, iż najbardziej pomogły mi moje dzieci moje dwa skarby.
One dodają sił każdej godzinie, napełniają euforią zamiast smutku, szczęściem w miejsce gniewu. Przytulcie swoje dzieci, choćby jeżeli są już wyższe od was. Nie ma lepszego lekarstwa niż te objęcia. No, może poza kiwi w końcu tyle tam witaminy C.

I tyle nauczyłem się tego dnia: czasem leczy nie to, co przepisane na receptę, a dom, rodzina i ich najprostsza troska.

Idź do oryginalnego materiału