Szpiegowska intryga w zimnowojennych realiach? Mimo iż fabuła prezentuje się standardowo, „Ponies” to serial z twistem, a choćby dwoma, który stara się wymknąć gatunkowym schematom.
Choć historii o szpiegach na małym ekranie stale przybywa, od dłuższego czasu coraz trudniej w nich o oryginalność, a również z jakością (poza kolejnymi sezonami „Kulawych koni”) bywa różnie. Wobec „Ponies” nie miałem więc większych oczekiwań, zastanawiając się, czy wystarczy wysłać gwiazdy „Gry o tron” i „Białego Lotosu” za żelazną kurtynę, żeby odnieść sukces. Wyszło lepiej, niż zakładałem.
Ponies – o czym jest serial szpiegowski z Emilią Clarke?
Debiutujący dzisiaj w SkyShowtime serial zabiera nas do Moskwy końca lat 70. i umieszcza akcję w samym środku zimnowojennej zawieruchy. Nie brakuje tu typowych gatunkowych elementów w rodzaju podwójnych agentów, sekretnych tożsamości czy mniej lub bardziej zaskakujących zgonów, ale to tylko jedna strona medalu. Bo wszystko wyglądałoby całkiem zwyczajnie, gdyby nie fakt, iż zamiast wyszkolonych szpiegów na pierwszym planie mamy… ich żony.
„Ponies” (Fot. Peacock)Bea (Emilia Clarke, „Gra o tron”) i Twilę (Haley Lu Richardson, „Biały Lotos”) poznajemy na krótko zanim ich dotychczasowe życie wywróci się do góry nogami. Gdy ich mężowie, działający w Związku Radzieckim agenci CIA, giną w tajemniczych okolicznościach, świeżo owdowiałe panie postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Pracując pod przykrywką sekretarek w amerykańskiej ambasadzie w Moskwie, bohaterki wkraczają do świata szpiegów z zamiarem odkrycia prawdy o swoich partnerach, ale również udowodnienia samym sobie i całemu światu, iż są stworzone do czegoś więcej niż drugoplanowe role.
Jakkolwiek naiwny wyda wam się fabularny punkt wyjścia, ma on umocowanie w rzeczywistości (tytuł serialu pochodzi od używanego w języku wywiadu skrótu PONIs, czyli Persons of No Interest, oznaczającego osoby, których o nic się nie podejrzewa), a twórcy starają się go jeszcze uwiarygodnić. Wiele mówi już otwierająca scena, w której kamera towarzyszy spacerującej ulicami Moskwy Bea, ale skupia się na wyglądających podejrzanie mężczyznach. Bohaterka stanowi dla nich tło i tak jak tło, łatwo ją przeoczyć. Czy jakikolwiek szpieg mógłby liczyć na lepsze warunki pracy za żelazną kurtyną?
Ponies to kobiece buddy movie w świecie wywiadu
Współtwórcy i scenarzyści „Ponies” – Susanna Fogel („Stewardesa”) i David Iserson („Mr. Robot”) – wykorzystali ten sprytny pomysł dwojako. Z jednej strony opowiadają wciągającą, ale też nieodbiegającą od normy szpiegowską historię, która kręci się m.in. wokół KGB i zagadkowych morderstw prostytutek. Z drugiej skupiają się na tym, jak praca pod przykrywką wpływa na samorealizację Bea i Twili, gdy pozbywają się krępujących baniek i klisz, z których dotąd składało się ich życie.
„Ponies” (Fot. Peacock)Właśnie to drugie oblicze czyni „Ponies” czymś więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka i nie chodzi wyłącznie o przyjęcie nietypowej dla szpiegowskiego thrillera konwencji kobiecego buddy movie. Owszem, bohaterki dobrano na zasadzie prostych przeciwieństw (Bea jest sztywna i zorganizowana, Twila to lekkoduch i kolorowy ptak), które z czasem przełamują i dobrze się uzupełniają. Istotniejsze jest jednak, jak obydwie pozbywają się narzuconych im ograniczeń i nabierają pewności siebie nie tylko w roli agentek wywiadu. W ten sposób wzrasta ranga całego serialu, który z typowego przedstawiciela gatunku wybija się do miana bardziej uniwersalnej opowieści o odnajdywaniu własnej tożsamości.
Ponies opiera się na świetnej chemii głównych bohaterek
Jasne, nie czyni to „Ponies” dziełem ani wybitnym, ani szczególnie nowatorskim, zwłaszcza iż charakterystyka głównych bohaterek jest mimo wszystko powierzchowna. Twórcze podejście pozwala jednak nieco odświeżyć schematy, które w konwencjonalnej wersji oglądaliśmy już wielokrotnie. Dzięki temu nie nudzi choćby zastosowanie znajomych fabularnych motywów, które zyskują tu nową otoczkę, a dodatkowo uatrakcyjniają je szczypta czasem absurdalnego humoru oraz niewątpliwa chemia między aktorkami.
Bo nie da się też ukryć, iż żadnego z licznych i czasem średnio przekonujących twistów nie dałoby się tu sprzedać, gdybyśmy wcześniej nie kupili głównego duetu. Na szczęście z tym nie ma żadnego problemu, bo Emilia Clarke i Haley Lu Richardson są bardzo dobre już osobno, gdy pierwsza odkrywa ukrytą głęboko drapieżną stronę Bea, a druga maskuje niepewność Twili jej luzackim podejściem. Jednak dopiero razem tworzą dynamiczne duo, któremu niestraszny cały blok komunistyczny. Albo chociaż jeden pozbawiony skrupułów agent KGB.
„Ponies” (Fot. Peacock)Jak często w takich sytuacjach bywa, mocne charaktery na pierwszym planie równie mocno rzutują na całą resztę. W „Ponies” drugi plan jest wyrazisty, choć zwykle pełni czysto instrumentalne funkcje, jak „dobry Rosjanin” Sasza (Petro Ninovskyi, „Cisza”) czy szef CIA w Moskwie Dane Walter (Adrian Lester, „Sandman”). Jedyną postacią, która na chwilę potrafi skraść show głównym bohaterkom, jest Manya (Harriet Walter, „Silos”), mająca białoruskie korzenie babka Bea, która odgrywa istotną rolę w późniejszej części sezonu. Pytanie tylko, czy zostaniecie przy serialu tak długo?
Ponies – czy warto oglądać serial SkyShowtime?
Musicie bowiem wiedzieć, iż ani przyzwoicie napisany i trzymający w napięciu scenariusz, ani sympatyczne bohaterki nie muszą sprawić, iż przygoda z „Ponies” będzie lekka, łatwa i przyjemna. Ba, istnieje spora szansa, iż odbijecie się od ekranu szybciej, niż Twila nauczy się rosyjskich przekleństw. Wszystko przez amerykańską perspektywę realiów życia za żelazną kurtyną, która jak zawsze w takich przypadkach, może być kłopotliwa dla widzów z naszej części świata.
Tutaj problem jest o tyle znaczący, iż nie dotyczy pobocznego wątku, ale całego serialu. Choć twórcy robią, co mogą, żeby uwiarygodnić swoją wizję – słyszałem w telewizji gorszy rosyjski niż Emilii Clarke, współczesny Budapeszt nieźle udaje Moskwę sprzed pół wieku, a wnętrza i kostiumy z epoki wyglądają dość autentycznie – to nie brakuje pomysłów z naszego punktu widzenia totalnie krindżowych (otwierająca scena na targu, brr) lub po prostu niedorzecznych (jak wiadomo, w Moskwie w latach 70. tłumnie przesiadywano w pubach). Bez odpowiedniego podejścia się nie obejdzie, a choćby to nie czyni całości mniej sztuczną, co utrudnia zaangażowanie się w ekranowe wydarzenia.
„Ponies” (Fot. Peacock)Dobra wiadomość jest taka, iż o nabranie odpowiedniego dystansu do zachodniego spojrzenia na wschód jest tym łatwiej, im bardziej wsiąknięcie w serialową historię. Mi udało się to od mniej więcej trzeciego odcinka, więc zalecam chwilę cierpliwości (po podwójnej premierze kolejne odcinki będą pojawiać się w SkyShowtime co tydzień), a nie powinniście żałować.
Bo ostatecznie „Ponies” nie ma być lustrzanym odbiciem zimnowojennej rzeczywistości, ale osadzoną w niej fikcją i to nie z gatunku tych szczególnie wiarygodnych. Najważniejsza jej funkcja to przytrzymać widza przed ekranem przez osiem godzin, co mimo wszystkich wad powinno się udać i za co trzymam kciuki, bo chciałbym się spotkać z Bea i Twilą ponownie. Tak, choćby w tej ich bardzo dziwnej, amerykańskiej „Moskwie”.















