Polska w dużych dawkach

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Na tegorocznym festiwalu w Wenecji A.D. 2026 polskiego kina było niewiele: świetnie, iż pokazano "Popiół i diament" w odrestaurowanej wersji; z projektem "Listy" przyjechał Andrei Kutsila, w końcu zaś – nowy film Grzegorza Dębowskiego zaprezentowany został tu w sekcji Orizzonti. Wpisuje się w nią zresztą idealnie, bo lubi się w niej społeczne zaangażowanie, ciężar (dla mnie o kilka kilo za dużo) i próby opisania świata jeszcze filmowo niewyeksploatowanego, z różnych, najlepiej dalekich od Włoch, stron świata. Polska może przestała już być krajem egzotycznym, ale Dębowski potrafi tyleż ukazać jej zwyczajność, ileż poskrobać nieco po jej powierzchni – by wydobyć coś niezwykłego, spojrzeć na nią z nowej perspektywy. W "Cudzych rzeczach" czuć więc pomysł i niewątpliwy talent reżysera do opowiadania trudnych historii prostych ludzi. Jednocześnie jest to jednak dzieło, które zdecydowanie łatwiej docenić, niż pokochać albo chociaż trochę się w nim rozgościć.

To film raczej chłodny i na zimno się też go ogląda. Kryje się za tym pewna metoda czy wręcz misja skupienia uwagi na wycinku świata ostentacyjnie wręcz nieefektownym, niedomagającym się zauważenia, co mimo to reżyser robi i wzywa widza do tego samego. Szlachetny gest dojrzenia tych, którzy zwykle są przezroczyści (a może i odpychający), obecny jest tu w każdym aspekcie filmu – począwszy od scenariusza koncentrującego się na działających w ukryciu drobnych złodziejaszkach, już w pierwszej scenie znajdujących się na progu eksmisji (kto chciałby lokatorów, którzy nie płacą?). Widzimy to także we wnętrzach, kostiumach, dekoracjach (tak normcore’owych, iż naprawdę trzeba się przyglądać, by je dojrzeć), a także wyborach obsadowych. Brak tu gwiazd, które później tańczyć będą z gwiazdami albo wystąpią w tuzinie innych produkcji, co stanowi siłę filmów Dębowskiego, oferującego polskiemu kinu niezgrane twarze. Widzieliśmy to już w jego debiucie "Tyle, co nic": liczy się realizm, zbliżenie do tzw. szarego człowieka. Wiąże się jednak z tym ryzyko wielkiej smuty, bo polską szaroburość serwuje się tu w dużych dawkach – dla mnie niekiedy wręcz przytłaczających.

Prowadzi nas przez nią Kasia (Monika Kwiatkowska, która adekwatnie nie schodzi z kadru) uwikłana w toksyczny związek z Darkiem (Robert Mania). Mężczyzna sprawnie nią manipuluje, traktując raczej okropnie, a jednak potrafi od czasu do czasu czule nazwać ją "kotem", szczególnie gdy czegoś od niej chce. Słowiański macho organizuje życie ich wspólne życie wokół drobnych sklepowych kradzieży i plądrowania mieszkań, do których pokątnie udaje im się w ten czy inny sposób dostawać. Gdy podczas jednej z akcji mężczyznę zgarnia policja, Kasia – ostatecznie eksmitowana z mieszkania wynajmowanego na jednym z warszawskich blokowisk – zdana zostaje sama na siebie. Wygląda na to, iż nie ma ani rodziny, ani przyjaciół, a o pracy choćby nie myśli, zakrada się więc do jednego z okradzionych wcześniej lokali, którego właściciel, jak się okazuje, właśnie popełnił samobójstwo. Kobieta idzie za ciosem – podszywa się pod jego partnerkę, czyhając na mogące za tym iść korzyści.

Gra ta okazuje się mieć jednak wyższą stawkę, rzec można: egzystencjalną. Za maskaradą idzie bowiem proces nabywania nowej tożsamości, której kobieta desperacko potrzebuje. Nie wiemy wiele o jej wcześniejszej formacji, ale można się domyślać, iż nie było kolorowo. I chyba to właśnie w "Cudzych rzeczach" jest najciekawsze: próba, bardziej choćby niż zrozumienia, oswojenia mało przecież sympatycznej bohaterki. Jest to jednak nie lada wyzwanie, bo inaczej niż w tradycji neorealistycznej, z której film wyraźnie czerpie, warszawscy "złodzieje rowerów" nie mają, jak u de Siki, włoskiej fantazji, pociesznych dzieciaków ani psa Flike’a; brakuje też urody Jérémiego Reniera czy Marion Cotillard z filmów braci Dardenne, których metoda jest tu bardzo wyraźna. Może jednak dla osób bardziej odpornych na serię nieszczęść i mizerii serwowanych przez film, oczekiwanie na pierwszy uśmiech bohaterki okaże się wystarczająco wynagradzające?

Dla mnie to wizja zbyt ponura, brakuje mi w niej przebłysków światła; podobnie czułem się, oglądając "Tyle, co nic". Trzeba więc przyznać, iż Dębowski jest w niej konsekwentny: znów rysuje krytyczny portret kraju daleki od propagandy sukcesu "dwudziestej gospodarki na świecie", pokazując, co kryje się pod świeżutkim cudem ekonomicznym, który odczuwają tylko niektórzy. O ile w poprzednim filmie wiarygodnie ukazał potransformacyjną prowincję (tu także jest jej sporo i znów reżyser unika egzotyzacji, ale i jej idealizowania), o tyle w "Cudzych rzeczach" dostajemy przede wszystkim portret Warszawy – miasta "słoików", samotnych ludzi tułających się po przejściach podziemnych wokół dworca centralnego albo wyizolowanych na bezdusznych, tandetnych deweloperskich osiedlach. Tu choćby dylematy z "Dekalogu" nie mają prawa się rozegrać, bo ludzie – pozamykani w swoich klitkach – zwyczajnie ze sobą nie rozmawiają. No chyba iż ktoś włamie im się do mieszkania albo pod kogoś podszyje. Jedyną drogą do przełamania samotności okazuje się przekroczenie lub wykroczenie: przemoc, kłamstwo, uzurpacja.

Obraz to więc bardzo ciemny, choć też niepozbawiony pojawiającej się niekiedy (i naprawdę na chwilę) niełatwej nadziei. W stawaniu po stronie ofiar systemu, jakkolwiek zdemoralizowane mogłyby się wydawać, jest choćby szlachetny, jednocześnie jednak nie do końca spełniony i dość paradoksalny. Głównie pod tym względem, iż próbuje zbliżyć się do rzeczywistości, stosując jednocześnie mało wiarygodne rozwiązania fabularne – począwszy od ubezpieczenia na życie, które obejmuje również samobójstwo (sic!), po skupianie bohaterów wokół jednego warszawskiego kantoru, jakby był jedyny w całym mieście. Sama Warszawa – czy szerzej Polska – też przecież od czasów "Placu Zbawiciela" się zmieniła; stała się dużo bardziej różnorodna, również pod względem struktury narodowościowej i społecznej, na której doły spadają dziś najczęściej migranci wykonujący chociażby najbardziej prekarne prace. W tym sensie w "Cudzych rzeczach" polska mizeria – choć wyrosło tu trochę nowych bloków – wydaje się wyjęta jakby sprzed dekady czy dwóch, i w tym sensie jest jej aż nadto.
Idź do oryginalnego materiału