Pamiętam, jak mniej więcej rok temu razem z żoną podjęliśmy decyzję, aby się rozdzielić i zamieszkać w oddzielnych pokojach. Chcieliśmy uniknąć niepotrzebnych spięć i nudy, która często rodzi się, gdy dwoje ludzi stale przebywa razem w jednym miejscu. Każde z nas miało przecież swoje zainteresowania i sprawy do załatwienia.
Na przykład moja żona, Jadwiga, uwielbiała słuchać muzyki na cały regulator i za nic nie chciała używać słuchawek. Ja natomiast lubiłem spędzać wieczory w ciszy, czytając książki albo zaczytywałem się w powieściach obyczajowych, albo nadrabiałem ulubione polskie seriale. Czasem przenosiłem pracę do domu i musiałem dzwonić do klientów, a jej obecność stawała się wtedy kłopotliwa. W końcu wspólnie ustaliliśmy, iż każdemu z nas przyda się trochę własnej przestrzeni. Mieszkanie mieliśmy niewielkie, ale dwupokojowe i oba pokoje wygodnie urządzone. Chciałbym więc dziś opowiedzieć, czego nauczyło mnie to osobne mieszkanie.
Zasada nie otwieraj bez pukania okazała się zbawienna. To było naprawdę przyjemne zamykasz się w swoim pokoju, zajmujesz się tym, na co masz ochotę, nikt cię nie nagabuje. Ktoś zapyta: po co adekwatnie pukać, skoro jest się małżeństwem?
Nie chodzi jednak o żadne wielkie tajemnice. Przypomina mi się dzieciństwo, kiedy miałem swój pokój w mieszkaniu rodziców w Krakowie, ale drzwi zawsze stały otworem. Mama z tatą bez przerwy zaglądali, pytając, czym się zajmuję czy czytam, czy śpię, czy oglądam telewizję, czy może gram w gry planszowe. Musiałem wymyślać różne odpowiedzi, bo tak po prostu było. Choć nikt nie miał złych intencji, czułem się nieco skrępowany.
Dzisiaj mówię przez zamknięte drzwi mojej Jadwidze, iż jestem zajęty. jeżeli nie chcę rozmawiać, nie wpuszczam jej do pokoju. Ona z kolei nie wchodzi do mnie bez pytania ani nie musi przerywać swoich zajęć. To świetne rozwiązanie!
Posiadanie własnego kąta jest źródłem prawdziwej satysfakcji. Wracam do pokoju i mogę robić to, na co mam ochotę nie pytać nikogo o zgodę, nie uzgadniać decyzji. Układam swoje rzeczy po swojemu albo pozwalam sobie na odrobinę nieładu, jeżeli mam na to ochotę.
Pojawiła się choćby pewna intryga Jasno określone granice: to jest moje, a to należy do niej. To budzi zupełnie nowe uczucia. Szanuję jej przestrzeń, a kiedy chcę odwiedzić jej pokój, pytam, czy mogę przyjść. Gdy słyszę zgodę, smakuje to zupełnie inaczej nie jest już tak, jak kiedyś, gdy drzwi stały otworem. Trochę jakby rozmawiać z dziewczyną, która jeszcze nie jest twoją żoną nigdy nie masz pewności, jak zakończy się spotkanie, aż do ostatniej chwili.
Zauważyłem, iż wielu mężczyzn, gdy zacznie mieszkać z kobietą, przestaje odczuwać tę dawną bliskość. Wszystko staje się inne, bo żona jest zawsze pod ręką, a inni nie są. Właśnie dlatego podział mieszkania rozwiązuje wiele problemów.
Do jakich wniosków doszedłem?
Oczywiste jest, iż bogaci ludzie żyją tak od zawsze w swoich willach pod Warszawą czy w rezydencjach pod Wrocławiem, gdzie mają po dziesięć pokoi i kilka łazienek. Dla nich to zwyczajność. Ale dla ludzi z przeciętnych polskich rodzin, to rozwiązanie bywa prawdziwą wybawieniem.
Wiem, iż są tacy, którzy w skromnych mieszkaniach mają do dyspozycji jeden lub dwa pokoje i mimo tego śpią oboje w jednym pokoju przez cały czas bo drugi należy do dzieci, a trzeci, jeżeli istnieje, pełni rolę salonu. Ale czy to ma sens? Przecież zarówno mąż, jak i żona, potrzebują chwili tylko dla siebie. choćby w zwyczajnych, polskich mieszkaniach, odrobina własnej przestrzeni okazała się dla nas bezcenna.





