„Podgrzali związek” — Słuchaj, Lena… A może spróbujemy otwartego małżeństwa? — zaproponował ostrożnie Wiktor. — Że co? — nie od razu pojęła Elżbieta. — Mówisz poważnie? — A co w tym dziwnego? To dziś normalne, — wzruszył ramionami mąż, starając się zachować spokój. — W Europie tak ludzie żyją, to bardzo popularne. Uważają, iż to choćby ożywia małżeństwo. Przecież sama mówiłaś, iż trochę słodkiego na diecie nie zaszkodzi, pomaga nie wpaść w skrajną pokusę. No więc tu też chodzi o urozmaicenie… Elżbieta zamrugała, próbując zrozumieć, co usłyszała. Porównać kochankę do czekoladki — to było szczytem głupoty. Albo bezczelności. — Witek… — zaczęła. — jeżeli chcesz odejść, po prostu powiedz to wprost. Dam ci wolność, tylko mnie w to bagno nie mieszaj. — Ela, no co od razu tak ostro? Przecież cię kocham. Po prostu… już nie iskrzy, ognia by się przydało. Bo śpimy plecami do siebie, rozmawiamy tylko o zakupach i rachunkach za prąd. Nudno jakoś, przydałby się wstrząs. Nie bronię ci — możesz też się z kimś spotkać. Co, źle? Elżbieta zmrużyła oczy. Nagle zrozumiała: mąż ją okłamuje. Te uciekające oczka, nerwowe stukanie palcami o stół… Jemu ta wolność potrzebna była już dawno — chyba choćby jeszcze wczoraj. — Witek, powiedz szczerze. Masz już kogoś, prawda? I teraz takie mi „propozycje” składasz, żeby mieć czyste sumienie? — O matko, znowu się zaczyna! — Wiktor machnął ręką. — Gdyby tak było, to bym cię pytał? Już żałuję, iż poruszyłem ten temat. Ty zawsze taka zacofana… Dobra, zapomnij. … (Tu następuje dalsza treść, którą można zostawić bez zmian, bo nie pojawia się już tytuł.) … Trzy lata później… Wiktor gwałtownie znalazł nową partnerkę. Jeszcze przed rozwodem. Tyle iż ta uciekła gdzie pieprz rośnie, gdy sprzedali wspólne mieszkanie, biorąc ze sobą jego część gotówki. Z Andrzejem też się nie ułożyło. Spotykali się już tylko służbowo, bez czułych słów. Elżbieta zrozumiała, iż mężczyźni chętni na romans, na widok etykietki „partner życiowy” czy „wsparcie w kryzysie” znikają jak kamfora. Ale Elżbieta nie szukała nowego związku. Gdy zamieszkała sama, nagle miała mnóstwo czasu i energii. Kiedyś wszystko pochłaniały domowe obowiązki i spełnianie kaprysów Witka. Teraz zadbała o siebie — już nie dla kogoś, tylko dla siebie. Poranne wizyty na basenie pomogły na kręgosłup, a kurs angielskiego trenował umysł. Ścięła włosy i wymieniła całą garderobę. A najważniejsze — została babcią. Córka, Marysia, urodziła pół roku temu. Gdy trwał skandal z rozwodem, obróciła się przeciwko matce. Wiktor grał ofiarę, opowiadał, iż żona zdradziła go dla kochanka i rozbiła rodzinę. Ale czas wszystko wyjaśnił. Marysia przyjechała raz „na rozmowę”, popatrzeć matce w oczy. Zobaczyła nie „rozrywkową babę”, ale zmęczoną, ale uczciwą kobietę. Elżbieta opowiedziała jej całą prawdę. Że to Wiktor sam zaproponował otwarte małżeństwo. Że już od dawna przestali być razem szczęśliwi. Marysia, jako żona, w końcu to zrozumiała. A gdy ojciec gwałtownie znalazł nową partnerkę, całkowicie stanęła po stronie matki. Teraz Elżbieta siedzi w kuchni u Marysi, trzymając na rękach wnusię. Mała Sonia z zapałem łapie babcię za palec. — Tata znowu dzwonił — mówi Marysia z niesmakiem. — Chciał zobaczyć się z Sonią. — I co mu powiedziałaś? — Że nas nie będzie, mamo. Nie chcę, by przyszedł. On raz mówi na ciebie paskudne rzeczy, raz prosi, by cię do niego przekonać. Zawsze mam wtedy nerwy. No i nie chcę, żeby nastawiał Sonię przeciwko tobie. Niech sobie żyje dalej ze swoją „wolnością”… Elżbieta milczy, tylko mocniej przytula wnuczkę. Wiktor dostał to, czego chciał: pełną wolność. Nikt już nie wymaga uwagi, nikt nie przeszkadza oglądać telewizji. Tyle iż ta wolność ma gorzki smak samotności. Ale teraz już za późno. **Podkręcona małżeńska wolność, czyli jak polska żona odpowiedziała na „otwarty związek” według europejskich wzorców**

newskey24.com 7 godzin temu

Podgrzanie małżeństwa

Słuchaj, Kinga… Może spróbujemy otwartego związku? zagadnął ostrożnie Witold.
Słucham? Kinga aż uniosła brwi. Ty serio?
A co w tym dziwnego? To całkiem normalne wzruszył ramionami, udając spokój. Widzisz, na Zachodzie ludzie tak żyją, to bardzo popularne. Twierdzą nawet, iż to poprawia małżeństwo. Sama przecież mówiłaś, iż trochę czekolady na diecie nie zaszkodzi, tylko pomaga utrzymać reżim. Zasada różnorodności na tym to polega.

Kinga zamrugała, próbując pojąć absurd tych słów. Porównywać kochankę do tabliczki czekolady to już trzeba mieć tupet.

Witek… zaczęła, cedząc słowa. jeżeli już chcesz odejść, to zrób to jak człowiek. Dam ci wolność, ale mnie w swoje świństwa nie wciągaj.
No weź, od razu z kolcami wyskakujesz! Kocham cię przecież. Po prostu… już nie iskrzy. Przydałoby się dodać do ognia, bo śpimy każdej nocy plecami do siebie, a w rozmowach tylko zakupy i rachunki za prąd. Robi się nijako, nam obojgu potrzeba jakiegoś ożywienia. Przecież cię nie ograniczam. Pogadasz z kimś innym, rozerwiesz się. Co w tym złego?

Kinga zmrużyła oczy. W tej chwili jasno poczuła: mąż ją oszukuje. Nerwowo stukał palcami w stół, nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Chociaż mówił o wolności, potrzebował jej już nie dziś czy jutro, tylko najchętniej… wczoraj.

Witek, powiedz szczerze. Masz już kogoś? I teraz szukasz wymówki, żeby mieć czyste sumienie?
O matko, znowu zaczynasz! wzruszył ramionami Witold. Gdybym miał, to nie zadawałbym takich pytań. Już żałuję, iż to poruszyłem. Ty to zawsze jak hrabina z zeszłego wieku. Dobra, zapomnij…

Po tych słowach podniósł się z godnością obrażonego świętego i zamknął się w drugim pokoju. Kinga została sama ze swoimi myślami.

Dwadzieścia pięć lat. Oddała mu najlepsze lata, znosiła jego wzloty i upadki, biedę, notoryczne nadgodziny… Teraz patrzy na nią syty, zadowolony, i proponuje współudział w zdradzie małżeńskiej. Rozluźnić się… Wygodne słowo, pomyślała gorzko.

Tamtej nocy spali osobno choć spać się nie dało. Kinga leżała, patrzyła raz w sufit, raz przez okno i zastanawiała się, jak to się wszystko rozpadło. Przecież kiedyś Witold przynosił jej pachnące lilaki, pracował na piękne wesele, cieszył się, gdy urodziła się ich córka. A teraz… może lepiej, gdyby po prostu odszedł.

Kiedy zaczęło się psuć? Może gdy przestała się malować w domu, by wyglądać dla niego ładniej? Albo gdy on pierwszy raz zapomniał o rocznicy ślubu, tłumacząc się robotą? Ale co za różnica, i tak już wszystko stracone.

Przez głowę przeszła jej myśl: lepiej po prostu złożyć wniosek o rozwód, zapomnieć. Z drugiej strony czy można tak łatwo przekreślić niemal pół życia?

Może nie było między nimi żaru, ale była codzienność, wspólny dorobek, wygodny rytm. Witold wydawał się solidnym oparciem. Córka już wyprowadziła się dawno, starość tuż-tuż, i nie raz wzajemnie się wspierali, pielęgnowali w chorobie. Raz choćby spłacił kredyt dla jej matki. Nie każdy byłby do tego zdolny.

W sercu Kingi tlił się cały koktajl emocji gniew, strach, upokorzenie. Może on uważa, iż nie znajdę nikogo? przemknęło jej przez głowę. Stara baba, siedząca w domu, gotująca mu rosół i dziergająca skarpetki wnuczkom, wiernie czekająca, aż wróci z zabaw? O nie.

Dobrze oznajmiła mężowi rano. Niech będzie po twojemu.
Że jak?
Zgadzam się na otwarty związek.

Witold mało nie zakrztusił się herbatą. Spodziewał się awantury, a ona po prostu spokojnie powiedziała tak.

No… świetnie. Może ci się choćby spodoba rzucił. A tak przy okazji, dziś wrócę później.

Serce Kingi ścisnęło się z bólu. Tak szybko?

Wieczór był szary, cichy. Zasmucona Kinga czuła się odepchnięta. Jakby ją oceniono i uznano za przestarzałą wersję telefonu.

Stanęła przed lustrem. Owszem, zmęczone oczy, parę zmarszczek, już nie ta cera, co kiedyś. Ale sylwetka wciąż zgrabna, włosy gęste. Może jednak nie jest taka nieatrakcyjna? Może to z Witoldem coś nie tak?
Innym się przecież podobała. Choćby Andrzej, szef sąsiedniego działu, przeniesiony miesiąc temu z Warszawy.

Przystojny facet, zaczynające siwieć skronie, ciepły głos i szelmowski uśmiech. Od początku był dla niej uprzejmy, komplementował, przytrzymywał drzwi, czasem przynosił kawę. Kilka razy zaprosił na lunch, a tydzień temu na elegancką kolację.

Panie Andrzeju, jestem na diecie. Nazywa się żona odparła mu wtedy z uśmiechem.
Kinga, małżeństwo to tylko pieczątka w dowodzie, nie wyrok uśmiechnął się Andrzej. Ale nie będę nalegał.

Witold chce wolności? Chce, żebym się oderwała? Proszę bardzo.

Dobry wieczór, Andrzeju. Zaproszenie na kolację dalej aktualne? Mam wolny czas i ochotę na złamanie diety napisała mu w komunikatorze.

To choćby nie była zemsta. Kinga po prostu zapragnęła znów poczuć się kobietą, tchnąć życie w swoje ja, które mąż zadeptywał już drugi dzień.

Wieczór z Andrzejem okazał się elegancki i miły. Odsuwał krzesło, napełniał kieliszek, wpatrywał się w Kingę, jakby była jedyną kobietą w restauracji.

Było jej trochę wstyd, ale jeszcze bardziej poczuła przyjemny dreszcz emocji, jak dawno nie czuła. Nareszcie coś się wydarzyło poza codziennym garowaniem i praniem skarpet Witolda.

Chcesz pojechać do mnie? zaproponował Andrzej, gdy zjadła deser. Po drodze wpadniemy po wino, obejrzymy coś fajnego… Przedłużymy wieczór.

Skinęła głową. Z tyłu głowy odzywał się cichy głos: Opanuj się!. Ale zaraz przychodził jej do głowy obraz Witolda proponującego wolność.

Gdy tylko byli już u Andrzeja, jej telefon zaczął warczeć. Mąż. Odrzuciła raz, drugi. Bez skutku.

Tak? odebrała, starając się mówić spokojnie.
Gdzie ty się szlajasz?! wydarł się Witold. Dziesiąta wieczorem! W lodówce pustki, a ciebie nie ma! Zwariowałaś chyba?!

Kinga osłupiała. Andrzej, słysząc ton rozmowy, zniknął dyskretnie w drugim pokoju. Romantyzm znikł jak bańka mydlana.

adekwatnie… mam randkę, Witku.
Słucham?! Jaką randkę, co ty wygadujesz?!
Mam tłumaczyć jak dziecku? Sam chciałeś otwartego związku. Powiedziałeś: diversyfikuj, poznaj kogoś nowego. To poznaję. I co, nie smakuje?

Zapadła głęboka cisza, zakłócona tylko ciężkim oddechem męża. Po chwili puściła tama.

Ty naprawdę poszłaś do kogoś? Przecież żartowałem! Sprawdzałem cię! Rozumiesz? Sprawdzałem! Ty tylko czekałaś na okazję, co? Jeden dzień markotna, a już biegniesz do innego?!

Kinga była zbita z tropu.

A ty, gdzie dziś byłeś?
U nikogo! W pracy byłem i tyle rzucił ostro Witold. Wiesz co… nie chcę od ciebie żadnych świństw. Pakuj się, albo ja wychodzę. Rozwodzimy się.

Rozłączył się. Kinga gapiła się w ścianę, czując się jak po policzku.

Coś się stało? zawołał Andrzej.
Nic… drobiazg próbowała się uśmiechnąć, ale nie umiała.
Kingo Andrzej spojrzał na zegarek. Chyba lepiej, żebyś wróciła i uporządkowała swoje sprawy.

Bajka się skończyła, balia zamieniła w dynię, a dżentelmen nie chciał babrać się w cudzej dramatycznej rzeczywistości. Zrozumiała liczył na miły flirt, a dostał rodzinny dramat.

Może rzeczywiście trzeba było od razu złożyć pozew o rozwód. Ale na dobre rozwiązania wpada się zawsze po fakcie.

Tamtej nocy Kinga nie pojawiła się w domu. Pojechała do hotelu. Nie chciała wracać do rozwścieczonego męża. Potrzebowała czasu, by uświadomić sobie, iż nic już nie będzie jak dawniej.

Minęły trzy lata…
Życie jak rzeźbiarz, odcięło wszystko, co zbędne choć bolało.

Witold podejrzanie gwałtownie znalazł nową wybrankę. Jeszcze przed oficjalnym rozwodem. Sęk w tym, iż uciekła od niego dokładnie wtedy, gdy sprzedali wspólne mieszkanie. Przy okazji zagarnęła jego część pieniędzy.

Z Andrzejem nic nie wyszło. Wciąż mijali się w pracy, ale już tylko z dystansem. Kinga zrozumiała jedno: mężczyźni, którzy z euforią wchodzą w rolę kochanka, gdy na horyzoncie pojawia się opcja partnera na stałe albo choćby wsparcia, gwałtownie znikają jak mgła.

Ale już nikogo nie szukała. Gdy zamieszkała sama w nowym mieszkaniu, odkryła, jak wiele ma czasu i energii. Kiedyś całe życie pożerał dom i kaprysy Witolda. Teraz zajęła się sobą. Nie dla kogoś, tylko dla siebie.

Basen o poranku pomógł pozbyć się bólu kręgosłupa, a kursy angielskiego rozruszały umysł. Obcięła się na krótko, wymieniła całą garderobę.

I najważniejsze została babcią.

Córka, Monika, urodziła pół roku temu. Gdy rozpętał się rozwodowy skandal, stanęła po stronie ojca. Witold rozgrywał swoją rolę ofiary, barwnie opowiadając Monice o matce, która rozbiła rodzinę dla innego faceta.

Czas jednak wszystko poukładał. Monika przyjechała do matki porozmawiać, spojrzeć jej w oczy. Zobaczyła zmęczoną, ale szczerą kobietę, a nie wyrodną matkę.

Kinga powiedziała prawdę. To Witold pierwszy zaproponował wolność. Od dawna ciągle zostawał po godzinach. Ona czuła się samotna od lat. Monika, już sama żona i matka, zaczęła rozumieć matkę. Gdy zaś Witold niemal natychmiast pojawił się w nowym towarzystwie, całkowicie przestała mu wierzyć.

Teraz Kinga siedziała w kuchni u Moniki, trzymając na kolanach wnuczkę. Mała Sonia łapała ją za palec z zapałem typowym dla półrocznego dziecka.

Tata znów dzwonił… rzuciła córka, przewracając oczami. Chciał przyjechać, zobaczyć Sonię.
I co odpowiedziałaś? zapytała ze spokojem Kinga.
Powiedziałam, iż nas nie będzie. Nie mam ochoty go tu wpuszczać, mamo. Ciągle gada o tobie bzdury, prosi, żebym was jeszcze pogodziła. Strasznie się denerwuję, gdy wpada. I jeszcze nie chcę, żeby nastawiał Sonię przeciw tobie. Niech sobie żyje tą swoją wolnością…

Kinga nie odpowiedziała, tylko mocniej przytuliła wnuczkę.

Witold dostał to, czego chciał: absolutną wolność. Już nikt nie wymagał uwagi, nikt nie przeszkadzał przy telewizorze. Tyle iż gdy jej w końcu spróbował, zrozumiał, iż ma ona gorzki posmak samotności. Ale było już za późno.

Idź do oryginalnego materiału