Po żywemu… W tej polskiej rodzinie każdy żył na własny rachunek. Tata Andrzej miał obok żony ukochaną kochankę, czasem choćby nie tę samą. Mama Ewa, podejrzewając zdrady męża, również nie była wzorem moralności – spędzała czas poza domem z żonatym kolegą z pracy. Dwaj synowie, Piotr i Tomek, wychowywali się praktycznie sami. Matka powtarzała, iż to szkoła powinna odpowiadać za uczniów. Rodzina spotykała się w kuchni jedynie w niedzielę, by gwałtownie i bez słowa zjeść obiad i natychmiast rozejść się do swoich spraw. Tak by pewnie żyli dalej w tym popsutym, grzesznym, ale słodkim świecie, gdyby nie wydarzyło się coś nieodwracalnego… Gdy młodszy syn Tomek miał dwanaście lat, ojciec Andrzej po raz pierwszy zabrał go do garażu jako pomocnika. Kiedy Tomek oglądał narzędzia, ojciec na chwilę wyszedł do znajomych miłośników motoryzacji. Nagle z garażu zaczął się wydobywać gęsty czarny dym i płomienie. Okazało się, iż Tomek przypadkiem zrzucił włączoną lampę lutowniczą na kanister z benzyną. Ludzie pobiegli ratować, Andrzej wbiegł w ogień po syna. Tomek był ciężko poparzony, pozostał przy życiu tylko cudem… W szpitalu lekarz przekazał rodzicom, iż szanse na przeżycie syna to jeden na milion – tu pomoże tylko cud i szalona wola życia. Andrzej i Ewa w strugach ulewnego deszczu pobiegli do kościoła. Całkowicie załamani, błagali o pomoc księdza, który powiedział im gorzką prawdę o stanie ich rodziny, zalecając modlitwę za zdrowie Tomka i prawdziwe nawrócenie. Andrzej i Ewa rzucili się do modlitwy, porzucili wszystkie romanse i próbowali odbudować życie razem. Następnego dnia Tomek wybudził się ze śpiączki… Od tamtej pory cała rodzina zjednoczyła się w walce o jego zdrowie, sprzedano działkę, wszyscy pomagali. Po roku Tomek wrócił do zdrowia, w ośrodku rehabilitacyjnym zaprzyjaźnił się z rówieśniczką Marysią, także poparzoną. Zakochali się, pobrali, urodziły im się dzieci – córeczka Ola i syn Jakub. Gdy życie wreszcie wróciło na spokojne tory, Andrzej i Ewa postanowili się rozstać. Byli kompletnie wypaleni życiem i wspólną traumą. Ewa wyjechała do siostry pod Warszawę, przed wyjazdem poszła jeszcze do kościoła po błogosławieństwo księdza. Andrzej został sam w pustym mieszkaniu, a wnuki odwiedzano osobno, by choćby się nie spotkać… I tak to każdemu w końcu zrobiło się wygodnie…

newsempire24.com 2 dni temu

NA ŻYWO

W tej rodzinie każdy żył swoim życiem.

Tata Wojtek, oprócz żony, miał jeszcze ukochaną kobietę, czasem choćby nie tę samą. Mama Grażyna, domyślając się niewierności męża, również nie świeciła przykładem moralnej czystości. Lubiła spędzać czas poza domem ze swoim kolegą z pracy, który niestety był zajęty żonaty. Dwóch synów, Dawid i Denis, radziło sobie na własną rękę.

Nikt w domu specjalnie nie interesował się ich wychowywaniem, więc najczęściej pałętali się bez celu po osiedlu. Mama Grażyna utrzymywała, iż to szkoła powinna być odpowiedzialna za młodzież.

Cała rodzina zbierała się przy kuchennym stole tylko w niedziele i to po to, żeby szybko, w milczeniu zjeść obiad i natychmiast zająć się swoimi sprawami.

Tak by sobie żyli w tej swojej popsutej, acz słodkiej rzeczywistości, gdyby nie pewien dramatyczny zwrot akcji.

…Gdy młodszy syn Denis miał dwanaście lat, tata Wojtek zabrał go po raz pierwszy do garażu, żeby pomógł przy samochodzie. Denis z zaciekawieniem oglądał narzędzia, gdy tata na chwilę wyskoczył do sąsiadów majsterkowiczów, którzy w pobliskim garażu dłubali przy swoich autach.

Nagle z garażu Wojtka zaczął wydobywać się czarny dym, a chwilę później pojawił się ogień.

Nikt nie wiedział, co się stało. (Później wyjaśni się, iż Denis przypadkiem zrzucił rozgrzany palnik na kanister z benzyną). Ludzie znieruchomieli. Popadli w popłoch. Ogień szalał. Na Wojtka ktoś wylał wiadro wody i pobiegł z powrotem do płonącego garażu. Wszyscy wstrzymali oddech. Po kilku sekundach Wojtek wyszedł z ognia, niosąc w ramionach nieprzytomnego syna. Denis był cały poparzony, tylko twarz ocalała najwidoczniej zasłaniał ją dłońmi. Ubranie chłopaka doszczętnie spłonęło.

Ktoś już zadzwonił po strażaków i pogotowie. Denisa zabrano do szpitala. Przeżył!

Od razu trafił na stół operacyjny. Po kilku godzinach nerwowego oczekiwania, do rodziców wyszedł lekarz i sucho oznajmił:
Robimy wszystko, co się da. Chłopak jest w śpiączce. Ma jeden na milion szans na przeżycie. Medycyna tu już kilka może. jeżeli będzie miał niesamowitą wolę życia, może wydarzy się cud. Proszę być silnym.

Grażyna i Wojtek, długo nie myśląc, popędzili do najbliższego kościoła. Akurat lunął deszcz jak z cebra. Przemoczeni, wystraszeni, nie widzieli żadnych ludzi, tylko jedno im siedziało w głowie trzeba ratować syna!

Pierwszy raz w życiu przekroczyli progi świątyni. Było cicho i niemal pusto. Gdy dojrzał ich ksiądz, para podeszła nieśmiało.
Proszę księdza, nasz syn umiera! Co mamy robić? wydukała przez łzy Grażyna.

Nazywam się ksiądz Sergiusz. No, no… Jak trwoga, to do Boga, tak? Dużo na sumieniu? przeszedł do rzeczy duchowny.

Raczej nie nikogo nie zabiliśmy, wymamrotał Wojtek i pod spojrzeniem księdza spuścił wzrok.

Ale za to zabiliście miłość. Leży martwa między waszymi nogami. Między mężem a żoną powinna być niewidzialna nić, a u was to możnaby całe drzewo położyć i żadne by nie drgnęło, pokiwał głową Sergiusz. No cóż…

Módlcie się o zdrowie syna do św. Mikołaja. Módlcie się gorąco. Ale pamiętajcie: wszystko w rękach Boga. Jemu nie miejcie za złe! Czasem tylko takie wstrząsy potrafią przemówić do człowieka. I choćby się nie zorientujecie, jak zaprzepaścicie własną duszę. Poprawcie się miłość wszystko ocala!

Wojtek i Grażyna wyglądali na śmiertelnie przemoczonych i zasmuconych. Stali przed księdzem jak dwa mokre żuki i słuchali prawdy o sobie, której nie mogli już dłużej udawać.

Ksiądz Sergiusz wskazał na ikonę św. Mikołaja.

Grażyna i Wojtek uklękli, płakali, modlili się, przysięgali cuda na kiju…

Zamknęli wszystkie pozamałżeńskie przygody. Życie rozebrali na czynniki pierwsze, niczym puzzle.

Następnego dnia zadzwonił lekarz: Denis wybudził się ze śpiączki.

Rodzice już siedzieli przy łóżku syna.

Denis otworzył oczy, próbował się uśmiechnąć, choć raczej mu nie wyszło. Cała twarz wyrażała ból, z jakim żadne dziecko nie powinno mieć do czynienia.

Mamo, tato, proszę, nie rozstawajcie się wyszeptał.

Synku, co ty mówisz? Przecież jesteśmy razem, odparła Grażyna, głaszcząc jego rozgrzaną i bezwładną dłoń. Denis drgnął i jęknął. Grażyna cofnęła rękę.

Widziałem to, mamo! A moje dzieci będą mieć wasze imiona, dodał Denis.

Wojtek i Grażyna spojrzeli po sobie z niepokojem. Byli pewni, iż syn majaczy. Jakie dzieci? Ledwo palcem ruszasz! Leżysz przykuty do łóżka! Ważne byś doszedł do siebie, reszta nieważna.

Ale od tego dnia Denis zaczął wracać do zdrowia. Wszystko, choćby ostatni grosz, szło na leczenie. Wojtek i Grażyna sprzedali działkę.

Niestety, garaż z samochodem spłonęły doszczętnie i nie było czego sprzedać na dodatkową gotówkę. Najbardziej liczyło się jednak to, iż Denis żyje. Babcie i dziadkowie, kto czym mógł, pomagali bez wahania.

Cała rodzina zjednoczyła się w tej wspólnej tragedii.

…Ale choćby najdłuższy dzień kiedyś się kończy.

Minął rok.

Denis przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym.

Już sam chodził, samodzielnie się obsługiwał.

Tam właśnie Denis zaprzyjaźnił się z dziewczynką Jolą. Byli równolatkami. Jola, tak jak i on, przeżyła pożar, ale u niej najbardziej ucierpiała twarz. Przeszła kilka operacji i wstydziła się siebie, swoich blizn. Nigdy nie patrzyła w lustro po prostu się bała.

Denis polubił Jolę od razu. Wiedział jedno: miała w sobie jakąś niezwykłą iskierkę. Jej mądrość i wrażliwość przyciągały go jak magnes. Chciał ją chronić.

Każdą wolną chwilę spędzali razem. Łączyły ich wspólne tematy za dużo przeżyli na swój wiek: ból, rozpacz, garściami gorzkie tabletki, rutynę zastrzyków i szpitalnych fartuchów Mimo to rozmowy im się nigdy nie kończyły.

Czas płynął…

Denis i Jola wzięli skromny ślub. Urodziły im się śliczne dzieci: córka Zosia, a po trzech latach syn Eugeniusz.

Kiedy rodzina w końcu złapała oddech, Wojtek i Grażyna podjęli decyzję o rozstaniu. Cała ta historia z Denisem tak ich wyczerpała, iż nie mogli już dłużej być razem. Zamiast budować nowy początek, czuli się wypaleni na wiór.

Grażyna wyjechała do siostry na wieś. Przed wyjazdem zajrzała do kościoła po błogosławieństwo księdza Sergiusza. W ostatnich latach była u niego nieraz, zawsze dziękowała za ocalenie syna. Ksiądz poprawiał:
Dziękuj Bogu, Grażyno!

Sergiusz nie był zachwycony jej wyjazdem:
Ale jeżeli już musisz, jedź. Odpocznij. Czasem samotność dobrze robi duszy. Ale wracaj! Mąż i żona to jednak jedno ciało! doradzał ojcowsko.

Wojtek został sam w pustym mieszkaniu. Synowie ze swoimi rodzinami mieszkali osobno.

Byli małżonkowie odwiedzali wnuki na zmianę uważali, żeby przypadkiem się nie natknąć na siebie.

Jednym słowem teraz wszystkim było jakoś wygodniePewnej zimowej niedzieli Jola i Denis, razem z dziećmi, przyjechali do miasta. Zosia targała pod pachą rysunek: rodzina w komplecie, uśmiechnięci, z ich twarzami blizny narysowała złotą kredką, żeby były piękne. Eugeniusz ciągnął siostrę za rękaw, wołał do dziadka, bo w rękach ściskał samochód-zabawkę, który Wojtek kiedyś mu podarował.

Grażyna wróciła z wioski, szczęśliwsza. Powiedziała, iż czas już wybaczyć, także sobie. Zgodziła się spotkać z byłym mężem pierwszy raz od lat cała rodzina zasiedli razem przy stole, jak kiedyś. Ale tym razem nikt się nie spieszył. Nikt nie chciał odejść.

Przez chwilę panowało niezdarne milczenie. Jola zerkała ukradkiem przez firankę, dzieci rozlały na obrus sok i wszyscy zaczęli się śmiać. Dawid powiedział żart, słaby, ale ważny, bo przez sekundę matka i ojciec spojrzeli na siebie jak dawniej, bez goryczy.

Denis spojrzał na Jolę. Pociągnął jej dłoń na stół, blizny do blizn, uśmiech do uśmiechu. Byli żywi. Byli razem.

Ta rodzina nigdy nie była książkowa. Może nie będzie. Ale los dał im jeszcze jedną niedzielę przy stole. Od tamtej pory, w każdą kolejną, już nikt nie jadł w milczeniu wróciło życie, prymitywne i niedoskonałe, ale prawdziwe.

A może to po prostu był cud.

Idź do oryginalnego materiału