Po śmierci babci mama przepisała jej mieszkanie na moją starszą siostrę. Mnie nie przypadło nic. Rodzice oznajmili wprost, iż są w stanie pomóc tylko jednemu dziecku — i tym dzieckiem jest moja starsza siostra, Karolina. Ja mam sobie poradzić sama

przytulnosc.pl 1 tydzień temu

Kiedy zachorował mój mąż, byłam zmuszona poprosić o wsparcie rodziców i siostrę. I właśnie wtedy, ku mojemu bólowi, odmówili mi najbliżsi. Wcześniej nigdy nie zwracałam się do nich o pomoc — od dawna wiedziałam, iż w tej rodzinie jestem „tą mniej kochaną”.

Mama powiedziała, iż nie ma pieniędzy. Siostra odpowiedziała, iż niedawno kupiła samochód i wciąż spłaca zobowiązania, więc nie jest w stanie mi pomóc.

Między mną a siostrą jest dziesięć lat różnicy. Ja mam 24 lata, Karolina — 34. Prawie się nie znamy. Gdy miałam dziesięć lat, ona wyprowadziła się z domu. Zamieszkała z chłopakiem w mieszkaniu babci, a po jej śmierci mama przepisała lokal właśnie na nią.

Próbowaliśmy się do siebie zbliżyć, zacząć normalnie rozmawiać, ale było to bardzo trudne. Ona ma swoje życie, ja swoje. Rodzice także są zamknięci w sobie. U nas nigdy nie było wspólnych świąt, rodzinnych spotkań, przyjaciół domu.

Wychowywano mnie bardzo surowo. Dorastałam z bagażem kompleksów i żalu. Siostrze opłacono studia, regularnie jej pomagano. Gdy wyszła za mąż i urodziła dziecko, mama często zajmowała się wnukiem. A ja wciąż nie rozumiałam, dlaczego zawsze stoję z boku.

Po szkole poszłam do szkoły zawodowej — na bezpłatne studia nie miałam wystarczających ocen, a rodzice nie chcieli za mnie płacić. Twierdzili, iż „to się nie opłaca”. Jeździli na wakacje za granicę, ale nigdy mnie ze sobą nie zabrali. Słyszałam tylko: „Jak zaczniesz pracować, sama pojedziesz”.

Siostra też nigdy nie zaznała biedy. Co roku wyjeżdżała z mężem i dzieckiem na urlop. Później kupili duży dom, urodziło im się drugie dziecko. Ja natomiast nie byłam w stanie dłużej żyć z rodzicami w atmosferze ciągłych napięć. Wyprowadziłam się do mojego przyszłego męża.

Po ślubie od razu było ciężko — brakowało pieniędzy. Później mój mąż zachorował i potrzebne były duże środki na leczenie. Nikt nam nie pomógł, nikt nie pożyczył pieniędzy, choć mieli taką możliwość. To bolało najbardziej — świadomość, iż dla najbliższych jestem obca.

Rodzice powtórzyli wtedy: mogą pomagać tylko jednemu dziecku. I tym dzieckiem jest Karolina. Ja mam radzić sobie sama.

Zerwałam kontakt ze wszystkimi. Rozumiem, iż nie jestem dla nich priorytetem. Sama już nie wiem, co czuję — rozczarowanie, ból, żal, zazdrość. Czy naprawdę jestem tak złą osobą, iż nie zasługuję choćby na odrobinę współczucia i zrozumienia ze strony własnej rodziny? Po co w ogóle było mnie rodzić?

Często czytam, iż rodzice powinni pomagać swoim dzieciom, dać im chociaż wykształcenie. Moi rodzice zawsze uważali inaczej. Według nich to ja powinnam ich utrzymywać i wspierać, bo „tak się u nas przyjęło” — młodsze dziecko ma zajmować się rodzicami na starość. A jeżeli nie potrafi — to znaczy, iż jest nieudacznikiem.

Bardzo trudno jest walczyć o każdy kolejny dzień. Szukać dodatkowej pracy, liczyć długi, oszczędzać na wszystkim. Gdy inni żyją spokojnie, niczego sobie nie odmawiają. Ci „inni” nie są przecież obcy — a czasem zachowują się gorzej niż zupełnie obcy ludzie. Paradoksalnie to przyjaciele i znajomi pomogli nam, gdy mój mąż był chory. Dzięki Bogu dziś jest już dobrze.

Tylko co ja mam zrobić z rodzicami i siostrą?

Idź do oryginalnego materiału