Po siedemdziesiątce stałam się bardziej przezroczysta niż togowe pierogi choćby własne dzieci nie ruszyły się z miejsc, żeby złożyć mi życzenia urodzinowe.
Stanisława siedziała na ławeczce w parku przy szpitalu w Gdańsku i z rozmarzeniem patrzyła na gołębie. Dzisiaj kończyła siedemdziesiąt lat wiek, kiedy człowiek powinien już tylko leżeć na kanapie i rozwiązywać krzyżówki, podczas gdy wnuki biegają dookoła. Zamiast tego mogła liczyć jedynie na towarzystwo współlokatorki Janinki, która wręczyła jej lizaka i skarpetki w grochy. Pielęgniarka Kasia podrzuciła z życzliwością jabłko. A kadra medyczna? Miła, choć jakby już wszystko widziała i raczej bez emocji podchodziła do pacjentów.
Trudno się dziwić tu zawsze przyjeżdżają staruszkowie zostawieni przez rodzinę, bo przeszkadzają zięciowi czy synowej. Stanisławę przywiózł tutaj syn, niby dla rekonwalescencji, ale tak naprawdę była solą w oku swojej synowej, Grażynki.
Nieruchomość, którą przez lata odkładała i remontowała, podstępem przepisała na syna. Zapewniał, iż wszystko będzie jak dawniej matka w fotelu, rodzina przy stole, piesek pod nogami a potem? Wszystkie Grażynki, wnuki i koty zawładnęły salonem, a teściowa przestała mieścić się choćby w kuchni.
Synowa zawsze znalazła powód do narzekania a to pomidorowa była za kwaśna, a to ręcznik nie tak poskładany. Syn początkowo jeszcze starał się być rozjemcą, ale po kilku tygodniach dołączył do chóru pretensji. Stanisława widziała, jak szepczą wieczorami, aż w końcu usłyszała: Mamo, zasługujesz na porządny wypoczynek! W szpitalu w Sopocie przyjmą cię z otwartymi ramionami. Patrzyła mu w oczy i spytała:
Synu, ty chcesz mnie oddać do domu starców?
Zarumienił się jak burak, spuścił wzrok i zaczął zapewniać, iż to tylko kuracja na miesiąc, zaraz wróci.
No i została. Dwa lata już odpoczywa, aż się sprężyny w materacu wygniotły. Próbowała dzwonić do syna. Odebrał jakiś obcy facet i obwieścił, iż mieszkanie sprzedane, a synek się wyprowadził. Gdzie? Nie wiadomo. Najgorsze było to, iż przecież kiedyś była gotowa zrobić dla dzieci wszystko.
Stanisława z wioski pod Olsztynem pochodziła. Dom z czerwonej cegły, obora, ogródek. Któregoś dnia sąsiad Staszek przy herbatce zagaił: W mieście żyje się lepiej, stary dom to przeżytek, a zarobki w złotówkach rosną!
Mąż Stanisławy od razu się zapalił do pomysłu. Sprzedali wszystko: ziemniaki, krowy, sprzęty, a z oszczędności kupili kawalerkę w Gdańsku. I faktycznie, wygodniej aż do dnia, gdy mąż wymyślił sobie rajd do warsztatu wartburgiem. Niestety, skończył w szpitalu i już nie wrócił.
Stanisława została samotną mamą z dwójką dzieci. Wieczorami czyściła klatki schodowe, żeby zarobić na ubrania i obiady. Liczyła, iż dzieci się odwdzięczą. Nic z tego.
Najpierw syn wpędził się w kłopoty a ona zadłużyła się po uszy, by ratować go przed sądem. Potem córka, Genowefa, wyszła za mąż i została matką. Sielanka skończyła się, kiedy synek Geni zaczął poważnie chorować. Włóczyła się po przychodniach, męża straciła, bo nie wytrzymał presji. Dopiero wtedy, leżąc na szpitalnym korytarzu, poznała wdowca Bogdana z córką mającą to samo schorzenie. Życie ich połączyło.
Cztery lata później Genowefa stanęła z prośbą do Stanisławy: Mamo, potrzeba dwadzieścia tysięcy złotych na operację Bogdana.
A Stanisława? Serce zaciśnięte na tych złotówkach, które zbierała na wkład własny do mieszkania dla syna, chciała być sprawiedliwa odmówiła. Genowefa, urażona do żywego, zerwała kontakt. Nie rozmawiały ponad dekadę.
W końcu Stanisława, zmęczona, wróciła do pokoju w pensjonacie. I wtedy usłyszała za plecami: Mamo! serce omal jej nie wyskoczyło. Obróciła się i zobaczyła Genowefę wychudzoną, ale uśmiechniętą. Nogi się pod nią ugięły.
Szukałam cię tyle czasu, mama. Brat nie chciał powiedzieć, gdzie jesteś. Groziłam mu sądem za nielegalną sprzedaż mieszkania, to wtedy wyśpiewał. Przepraszam, iż nie przyjechałam wcześniej, byłam na ciebie zła, a potem coraz bardziej się wstydziłam. Kilka tygodni temu miałam sen błądziłaś po lesie i płakałaś. Obudziłam się z żalem. Mąż powiedział: weź mamę do nas mamy dom nad Bałtykiem, jest miejsce dla wszystkich.
Stanisława wtuliła się w córkę i rozpłakała tym razem to były łzy szczęścia i ulgi.











