30 listopada 2025
Stałem przy ogromnym panoramicznym oknie mojego nowego mieszkania na dwudziestym drugim piętrze w Warszawie. Dół rozświetlały nocą neony głównych arterii, a samochody migotały jak drobne perły, a sygnalizatory przypominały małe szmaragdy i rubiny. Z takiej wysokości czułem się jak sokół, który wreszcie odnalazł swój punkt zaczepienia.
Udało mi się naprawdę wszystko. W oddali dymiła komin huty, którą uratowałem przed bankructwem. Moje nazwisko było rozpoznawalne w kręgach biznesowych, budziło respekt i podziw. Mieszkanie, samochód, zegarek wartający prawie tyle, co nowy samochód wszystko było na miejscu. To, o czym marzyłem w latach dziewięćdziesiątych, targając skrzynkę z jabłkami na bazarze, stało się rzeczywistością.
Życie wydawało się precyzyjnym planem, biznesowym schematem, w którym każdy ruch prowadził do zysku. Jednak z wieczorami coraz częściej podchodziłem do okna i nie odczuwałem triumfu, ale ciszę rozległą, dźwięczącą niczym w pustym kościele.
Mój telefon służbowy, drugi biurowy telefon, który dzwonił wyłącznie w sprawach zawodowych, wibrował na szklanej konsoli. Spojrzałem na ekran nieznany numer. Chciałem odrzucić, ale palec drgnął. Może nowy klient? Zawsze byłem w pogotowiu.
Halo? odezwałem się zmęczonym, biznesowym tonem.
Z drugiej strony usłyszałem niepewny oddech, a potem kobiecy głos, którego nie słyszałem od ponad dwudziestu lat.
Jerzy? To ja, Jadwiga. Twoja koleżanka ze studiów.
Oparłem czoło o zimne szkło. Jadwiga chuda dziewczyna z warkoczykami, której śmiech przygłosił mnie, kiedy w Analizie Matematycznej wytykała mi, iż nie wysokość, a mocne korzenie są najważniejsze. Wtedy tylko ziewałem, myśląc o lotach, nie o ziemi.
Jadwiga, co u Ciebie? zapytałem, licząc na prośbę o pieniądze, pomoc lub pracę. Tak zwykle kończą się rozmowy ze starymi znajomymi.
Zamiast tego Jadwiga powiedziała:
Dzwonię, bo przeglądałam rzeczy w domu mojej mamy na wsi. Znalazłam twoje stare notatki i jedną książkę Strugackich, Poniedziałek zaczyna się w sobotę». Zgubiłeś ją na pierwszej sesji, a ja nigdy nie oddałam. Przepraszam, nie miałam czasu.
Zamilkłem. Nie pamiętałem tej książki, pamiętałem jedynie wykresy i kontrakty. ale nagle z głębin pamięci wyłoniło się uczucie zachwytu i szaleństwa, które towarzyszyło mi, gdy marzyłem o byciu wynalazcą i czarodziejem.
Może chcesz ją odzyskać? zapytała nieśmiało. Sprzedaję wsią mojej mamy, więc wszystko rozpakowuję. Czy to ci coś znaczy?
Zamiast odrzucić, zapytałem:
Gdzie jest ta wieś?
W Starym Sączu, w pobliżu. Byłeś u nas kiedyś.
Pamiętałem strumień, zapach ogniska, Jadwigę w prostym lnianym stroju, młodego, biednego, pełnego nadziei chłopaka, który dyskutował o przyszłości ludzkości. Postanowiłem przyjechać.
Wyjechałem swoim terenowym Jeepem po wyboistych drogach, a każda bryka przypominała podróż w czasie. Doma w Starym Sączu wszystko wyglądało jak w mojej pamięci, choć płot był krzywy, a połowa działki porosła trawą. Jadwiga wyszła na werandę w prostym ubraniu, bez makijażu, z przenikliwym, mądrym spojrzeniem i uśmiechem, który wciąż znałem.
Wejdź, zaprosiła. Herbata już czeka.
Usiedliśmy przy starym, pożółkłym czajniku i rozmawialiśmy. Pracowała jako księgowa w lokalnym zakładzie, mieszkała blisko domu, miała córkę i wnuka, mężczyzna zmarł w wypadku lat temu. Wieżowce i giełdowe notowania były dla niej jak z innej planety.
Podniosła dla mnie zniszczoną książkę w kartonowej okładce. Strony były żółte, na marginesach moje młodzieńcze notatki. Serce zadrżało, jakby ktoś pociągnął strunę, którą nie słyszałem od lat.
Dziękuję, iż ją zachowałaś, mruknąłem.
Co mam z tym zrobić? wzruszyła ramionami. Nie chcę wyrzucać, choć to już niepotrzebne. To moja mała sól.
Czy nie wydaje ci się, iż to wszystko bez sensu? zapytał nieświadomie, z nieco surową szczerością. Twoje spokojne życie, bez wielkich wydarzeń, nie przynosi ci radości?
Jadwiga spojrzała na mnie spokojnie, nie z gniewem, a z delikatnym smutkiem.
Skala jest różna, Jerzy. Zobacz wskazała na podwórze, gdzie rosła stara jabłoń, posadzona przez jej dziadka, a obok schowek zbudowany przez ojca. Moja córka bawiła się pod jej gałęziami, teraz wnuk biega. To mój świat. Nie żałuję, po prostu żyję.
Patrzyłem na jabłoń, na zniszczony szop i prosty drewniany domek, i nagle uderzyła mnie myśl, iż zbudowałem drapacz chmur, ale nie miałem własnego drzewa, czegoś, co przechowywałoby ciepło moich dłoni dla przyszłych pokoleń. Miałem wszystkie szczyty, ale nie miałem korzeni.
Pożegnałem się, miałem istotny bankiet z inwestorami, ale zamiast iść na kolację, odłożyłem samochód, włożyłem książkę Strugackich na fotel pasażera i uruchomiłem silnik.
Światła miasta znów migotały przed moimi oczami, ale nie czułem się już jak sokół. Czułem się zagubionym wędrowcem, który całe życie leciał w niewłaściwym kierunku.
Zrezygnowałem z kolacji, wróciłem do swojego apartamentu, podszedłem do okna na dwudziestym drugim piętrze i patrzyłem na życie pod spodem, obce i nieznane. Trzymałem w rękach książkę, przejechałem palcami po szorstkiej okładce, otworzyłem losową stronę i przeczytałem: Szczęście dla wszystkich, darmo, i niech nikt nie odchodzi zraniony!. Stałem tak aż do nocy, obserwując gasnące latarnie, i po raz pierwszy od lat poczułem potrzebę nie wznieść się wyżej, ale znaleźć jedyne miejsce na ziemi, gdzie mogę posadzić własne drzewo.
Rano obudziłem się z poczuciem, iż coś we mnie pękło raz na zawsze. Spojrzałem na sterylnie białe, zaprojektowane wnętrze mojego mieszkania mało mebli, kilka drogich obrazów, idealny porządek. To nie było dom, to była jedynie scena.
Złapałem telefon, prawie nacisnąłem przycisk sekretarki, ale zamiast tego wpisałem inny numer.
Halo, Jadwiga? To znów Jerzy. Zrobiłem przerwę, szukając słów. Czy mogę jeszcze na chwilę wpaść? Mam pytanie.
W jej głosie zabrzmiało zaskoczenie, ale zgodziła się.
Dwa godziny później mój Jeep znowu szedł po szutrowej drodze. Tym razem nie przyspieszałem, wolno podziwiając znane i zapomniane krajobrazy. Jadwiga czekała na werandzie i znów uśmiechnęła się cicho.
Myślałam, iż już jesteś w mieście, powiedziała. Masz przecież sprawy.
Sprawy poczekają, odparłem i, nie dając jej się zaskoczyć, zapytałem: Sprzedajesz tę wieś? Za ile?
Podajeła sumę w złotych, którą w moich oczach przypominała drobny drobniak.
Kupuję, od razu odpowiedziałem. Ale z jednym warunkiem.
Jadwiga spojrzała na mnie z rosnącym zdumieniem.
Zostaniesz tu zarządzać? zapytała. Nie mogę tu być cały czas, ale chcę, by to miejsce żyło, miało duszę, bym mogła przychodzić i sadzić drzewo.
Mówiłem niepewnie, nie w stylu biznesowym, a wbrew sobie. Jadwiga milczała, w jej oczach błysnęły nieufność, zagubienie i nadzieja.
Jerzy, czy ty wiesz, co robisz? w końcu westchnęła. Po co ci ta ruina?
Mam drapacze, uśmiechnąłem się gorzko. Tylko takiego miejsca nie mam. Nie kupuję wieś, Jadwiga. Kupuję punkt startowy. Co powiesz?
Spojrzała na jabłoń, na ścieżkę prowadzącą do strumienia i po chwili przytaknęła.
Dobrze. powiedziała cicho. Ale musisz naprawdę przychodzić, sadzić drzewo i pamiętać, po co ci to.
Uściskaliśmy się, a ja po raz pierwszy od lat poczułem, iż zawieram najważniejszą umowę w życiu.
Wróciłem do miasta, prowadziłem spotkania, podpisywałem kontrakty i zarabiałem miliony. Wieczorami podchodziłem do okna nie po to, by poczuć wyższość, ale by wyobrazić sobie pola jabłoni i świeżo skoszoną trawę.
Od czasu do czasu otwierałem tę podniszczoną książkę, czytając podkreślone fragmenty, które kiedyś podkreślił młody chłopak wierzący, iż można uszczęśliwić wszystkich za darmo. Teraz rozumiałem, od czego zacząć.
Na początku traktowałem wieś jak inwestycję notatki w drogim tablecie, listy napraw. Jadwiga nie przeszkadzała, gotowała konfitury, pielęgnowała ogród i od czasu do czasu spoglądała na mnie zza drzwi, widząc w moich perfekcyjnych butach ślad wsierskiego błota.
Pewnego deszczowego wieczoru, po wyjątkowo długim dniu, siedzieliśmy przy kuchennym stole, piliśmy herbatę z jej malinowym dżemem. Rozmowa nie płynęła, tematy biznesowe się wyczerpały, a ja wznosiłem niewidzialną barierę.
Pamiętasz, jak debatowaliśmy u profesora Stankiewicza o Szekspira? zapytała nagle, nie patrząc na mnie. Ty twierdziłeś, iż Hamlet to genialny prokrastynator, a ja mówiłam, iż to po prostu nieszczęśliwy chłopiec.
Uśmiechnąłem się, po raz pierwszy nie w kontekście handlowym, a szczerym.
Tak, pamiętam. odparłem. przez cały czas uważam, iż miał rację.
A ja? odpowiedziała z lekkim rozbawieniem, a w jej oczach pojawiły się promienie zmarszczek szczęścia.
Uśmiechnąłem się z powrotem, pierwszy prawdziwy uśmiech od lat.
Z czasem przyjeżdżałem częściej, nie z tabletem, ale z książkami, które przywiozłem z miasta, ustawiając je na odnowionych półkach w drewnianym domu. Rozmawialiśmy o wszystkim o przeczytanych historiach, o przeżytych latach, o tym, co kiedyś wydawało się ważne, a dziś nie.
Pewnego wieczoru zobaczyłem, jak czyta swojemu wnukowi Małego Księcia. Jej głos był cichy, kołyszący, pełen takiej delikatności, iż serce mi się ściskało. Stałem w drzwiach, nie oddychając, by nie zaburzyć tej chwili. Zrozumiałem, iż chcę słuchać tego głosu przez resztę życia.
Zacząłem pomagać jej najpierw niezdarnie, później z rosnącym zapałem. Uczyłem się kosić trawę, naprawiać kran, wiązać pomidory. Jej spokojny, aprobatywny wzrok sprawiał, iż nie czułem się nieudacznikiem, ale odkrywcą własnego istnienia.
Nadeszła pierwsza zimowa noc, przypadająca na Sylwestra. Wieś tonęła w śniegu, z komina unosił się dym, pachniała jodła i pieczone jabłka. Jadwiga nakryła stół dla nas dwojga. Patrząc na jej ręce, pewnie układające sztućce, i na jej spokojną twarz, po raz pierwszy po latach poczułem niepodważalną prawdę: jestem w domu.
Zbliżyłem się od tyłu, objąłem ją za ramiona i oprzyjłem policzek o jej włosy. Ona zatrzymała się, potem rozluźniła w objęciu, położyła rękę na mojej.
Zostań, wyszeptała. Nie jako prośbę, a jako stwierdzenie faktu, jako jedyną możliwą kontynuację.
Nigdzie nie wyjadę, odparłem. To była najłatwiejsza i najprawdziwsza decyzja w moim życiu.
Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy, nadrabiając stracone lata, dzieląc się lękami, nadziejami, odsłaniając stare rany. Całowałem jej ciepłe dłonie, a ona głaskała moje siwe skronie. To nie była iskra, ale równomierny płomień, który miał nas ogrzewać do końca.
Rano obudziłem się od słońca wpadającego w okno. Jadwiga spała obok, a na jej twarzy malował się spokój. Wyszedłem na werandę; powietrze było zimne i ostrawe, śnieg oślepiał oczy. Telefon w kieszeni dzwonił setkami nieodebranych połączeń od partnerów. Spojrzałem na niego jeszcze chwilę, po czym zdecydowanie go wyłączyłem.
Już nie byłem tym, który szybował nad miastem. Stałem się tym, który w końcu posadził korzenie. To była moja największa i najważniejsza wygrana.
Lekcja, którą wyniosłem: nie wystarczy wspinać się na szczyty, jeżeli nie ma się pod nimi ziemi, w której można się zakorzenićTeraz, patrząc na rozłożyste jabłonie, wiem, iż prawdziwe bogactwo kryje się w korzeniach, które pielęgnujemy własnymi rękami.

