Szczyt popularności aktora przypadł na lata 2000. / Źródło: Johnny Depp przez dekady był synonimem aktorskiego kameleona, ekranowego buntu i magnetyzmu, który elektryzował kolejne pokolenia. Johnny Depp – chłopak z plakatów w pokojach nastolatek lat 90., ulubieniec festiwali filmowych i hollywoodzki król box office’u. Przez ostatnie lata jego nazwisko kojarzyło się jednak głównie z sądowymi bataliami, nagłówkami tabloidów i medialnym ostracyzmem. Dziś, gdy kurz po jednym najgłośniejszych procesów Hollywoodu XXI wieku powoli opada, a sam Depp powoli wraca do łask kina i próbuje sił jako reżyser, warto spojrzeć wstecz. Bo jego kariera to nie tylko piracki kapitan, ale przede wszystkim fascynująca historia ucieczki przed statusem mainstreamowego amanta.
W przeciwieństwie do wielu swoich kolegów z branży, Depp nie planował podbijać Hollywood. Do Fabryki Snów trafił jako niespełniony muzyk rockowy, a rolę w kultowym „Koszmarze z ulicy Wiązów” – gdzie skończył wciągnięty przez łóżko w krwawą miazgę – dostał adekwatnie przez przypadek. Prawdziwym przełomem, a zarazem przekleństwem, okazał się jednak młodzieżowy serial „21 Jump Street”. Rola młodego policjanta pod przykrywką z dnia na dzień uczyniła z niego idola nastolatek. Depp nienawidził tej łatki. Czuł się jak produkt marketingowy, uwięziony wizerunkiem „ładnego chłopca”.
Wtedy na jego drodze stanął Tim Burton – reżyser, który dostrzegł w Deppie to, co świat miał dopiero odkryć: miłość do dziwactwa, mroku i melancholii. Tytułowa rola w „Edwardzie Nożycorękim” zdefiniowała go na nowo. Depp, ukryty pod grubą warstwą charakteryzacji, wypowiadając zaledwie kilkadziesiąt słów, stworzył postać niezwykle wrażliwą, tragiczną i poruszającą. To właśnie ten film zapoczątkował jedną z najbardziej ikonicznych kooperacji w historii kina. Zamiast iść w stronę blockbusterów, Johnny wybrał drogę outsidera – choć pod kątem zdobytej sławy zdecydowanie nie stał z boku.
Wspaniałe lata 90.
Końcówka XX wieku w wykonaniu Deppa to popis aktorskiej niezależności. Aktor konsekwentnie odrzucał role w bezpiecznych, kasowych hitach na rzecz projektów ryzykownych, niszowych i artystycznie bezkompromisowych. W „Co gryzie Gilberta Grape’a” pokazał subtelne, niezwykle dojrzałe oblicze, u boku młodego Leonardo DiCaprio. Chwilę później, w „Edzie Woodzie”, zagrał „najgorszego reżysera świata” z tak zaraźliwym entuzjazmem, iż krytycy nie nadążali z pochwałami.
Nie można też zapomnieć o jego statusie ikony stylu i popkulturowego bóstwa tamtej dekady. Jego burzliwe związki – najpierw z Winoną Ryder (i słynny tatuaż „Winona Forever”, przerobiony później na „Wino Forever”), a potem z Kate Moss – były paliwem dla mediów. Depp uosabiał rockandrollowy, mroczny szyk.
Dla wielu współczesnych widzów jego kreacje z tamtego okresu, na czele z psychodelicznym „Las Vegas Parano” czy klimatyczną „Dziewiątą bramą” Polańskiego, stanowią fundament filmowej edukacji. Depp potrafił grać twarzą, oczami, a czasem samym sposobem poruszania się. Był magnetyczny i niejednoznaczny. Przyciągał outsiderskim urokiem.
Rum, kapelusz i pułapka Jacka Sparrowa
Wszystko zmieniło się w 2003 roku. Kiedy Disney postanowił zrobić wysokobudżetowy film akcji oparty na atrakcji z parku rozrywki, nikt nie wróżył sukcesu. Depp wszedł jednak na plan „Piratów z Karaibów” i stworzył postać, która na zawsze zmieniła popkulturę. Kapitan Jack Sparrow – wzorowany na gitarzyście The Rolling Stones, Keithie Richardsie – był pijany, przerysowany i absolutnie genialny.
To był moment zwrotny. Z niszowego aktora Depp stał się globalną supergwiazdą, a pierwsza część „Piratów” do dziś jest stałym punktem na liście filmów, które ukształtowały kulturową wrażliwość pokolenia millenialsów i zetek. Jack Sparrow przyniósł Deppowi pierwszą nominację do Oscara i gigantyczne pieniądze.
Niestety, sukces ten okazał się też złotą klatką. Hollywood zrozumiało, iż Depp w charakteryzacji równa się miliardy dolarów. Kolejne lata to pasmo filmów, w których aktor coraz bardziej zapętlał się we własnej manierze. Szalony Kapelusznik w „Alicji w Krainie Czarów”, „Charlie i Fabryka Czekolady”, „Mroczne cienie” czy nieszczęsny „Jeździec znikąd” – widzowie zaczęli odczuwać zmęczenie materiału. Depp, który kiedyś zaskakiwał, stał się przewidywalny. Jego ekranowa ekscentryczność z subtelnej sztuki zamieniła się w bezpieczną markę.
Depp jako demoniczny Grindelwald, zanim rola została mu odebrana. / Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Johnny_Depp_(42814311175).jpgUpadek z Olimpu i próba powrotu
Ostatnia dekada to dla Deppa najtrudniejszy scenariusz, jaki napisało samo życie. Konflikt małżeński z Amber Heard, publiczne pranie brudów przed kamerami na oczach całego świata i medialny lincz doprowadziły do tego, iż Hollywood odwróciło się od niego plecami. Stracił rolę w serii „Fantastyczne zwierzęta”, a wielkie wytwórnie wpisały go na czarną listę. Niezależnie od tego, po której stronie sporu stali widzowie, proces ten odarł aktora z resztek dawnej, tajemniczej aury, zastępując ją smutnym obrazem destrukcji.
Jednak Hollywood kocha powroty – a przynajmniej kocha na nich zarabiać. W 2023 roku Depp powoli zaczął wracać do gry – symbolicznie, nie w amerykańskim blockbusterze, ale w kinie europejskim. Jego rola Ludwika XV w filmie „Kochanica króla” (Jeanne du Barry) otworzyła Festiwal w Cannes, wywołując kilkuminutową owację na stojąco. Depp znów próbuje też swoich sil po drugiej stronie kamery, reżyserując film biograficzny o Amadeo Modiglianim („Modi”, 2024). To powrót do korzeni – do kina artystycznego, niszowego, szukającego prawdy w bólach i dziwactwach egzystencji.
Johnny Depp to bez wątpienia jedna z ostatnich wielkich, magnetycznych gwiazd starego formatu. Przez lata uczył nas, iż normalność jest nudna, a ekranowy margines bywa piękniejszy niż idealnie skrojony środek. I choć jego prywatne życie oraz późniejsze wybory zawodowe mogą budzić spore kontrowersje, to jego wkład w ugruntowanie figury „wrażliwego dziwaka” w kinie głównego nurtu jest niezaprzeczalny. Dla jednych na zawsze pozostanie Edwardem z nożycami zamiast dłoni, dla innych ekscentrycznym piratem. Dla nas jest przede wszystkim dowodem na to, iż w kinie najbardziej fascynujące są te postacie, które mają na sobie najwięcej rys i pęknięć.
Zuzanna KOŁACZ















