Pierwszy kwartał / branimir

publixo.com 7 godzin temu

PIERWSZY KWARTAŁ.
Pisząc o dziennikach Andy Rottenberg złożyłem publicznie – w mowie i na piśmie – obietnicę, iż też napiszę mocno tematyczny dziennik. Ona pisała bardzo dużo o kontaktach z lekarzami, ja chciałem opowiedzieć o spotkaniach z wyrazistymi ludźmi. Ale to nie jest tak jak śpiewa SZCZANIE DO ZLEWU, iż w Kielcach „ludzie rodzą się pierdolnięci”. Nie, są tacy, ale w stężeniu mniej więcej takim jak gdzie indziej. Nie, wystarczy patrzeć wokoło przez dość specyficzny filtr, by ich wychwycić z otoczenia. I nie uciekać, gdy się pojawiają i zaczynają gadać i działać tuż obok.
2 stycznia. Miałem się spotkać z Robertem Łysakiem, kiedy ten skończy pracę i mam półtorej godziny do. No to mój pomysł jest taki, iż wypiję piwo w „kuwecie”, jak nazywana jest „Cofeina”, i tak przeczekam tą godzinę. Tego kolesia widzę jak siedzi przy stoliku przy oknie i emabluje pannę siedzącą przy stoliku obok. Panna wychodzi, koleś przychodzi do mnie.
Metr 72, z pokaźnym brzuszkiem, na oko 4 dychy, w czerwonym golfie. Czemu ja go przyciągnąłem? Bo tylko ja tam byłem oprócz „nastolatków”.
Opowiada mi – pracuje w NSK – jak przywieźli maszyny z Peterlee, on uruchomił maszynę po dwóch tygodniach, Angole mu klaskali, a kierownik go pogłaskał po włosach. No, wyczyn doprawdy heroiczny. Mówię, iż też tam pracowałem. No tak, znam to nazwisko – kierownika.
Weźmiesz mi piwo? Zgadzam się, a barman mówi, iż to ryzykowna historia, bo to kłopotliwy klient. Ja jestem gotów zaryzykować. No i kontynuujemy te opowieści o NSK. Ja mu cały czas o tym, iż to firma, która nie szanuje swoich pracowników, aż tak, iż nie boi się przegrywania spraw w sądzie pracy – wiele ich przegrywa. On jest tam w środku, cały czas, syndrom sztokholmski.
Dobra, teraz ja postawię. I kładzie na stół 2 dychy. Mówię: mało, bo piwo jest po 15, czyli dwie dychy to mało. Marszczy twarz, ale wyciąga jeszcze dychę. Ma na imię Przemek, do mnie mówi cały czas per: Krzysiek, mimo, iż się sobie przedstawiliśmy. Ja pamiętam, on cały czas rozmawia z Krzyśkiem. Wypija łyk z tego piwa, za które zapłacił i ucieka. Uff.
22 luty. Idę od bazarów ku bibliotece wojewódzkiej, gdzie mam się spotkać z sąsiadem – on odbiera tam książki z automatu. Po drodze wchodzę do „żabki”, a tam trafiam na kłótnię klienta ze sprzedawczynią. Niech go pani zwolni! Nie zwolnię pracownika tylko dlatego, ze pan się z nim pokłócił. Ale taki człowiek nie powinien obsługiwać klientów! Nie zwolnię ekspedienta…
Jeśli ten pan tu przychodził i chciał rządzić w sklepie, to ekspedient o aluminiowych nerwach mógł się doń grubiej odezwać. Ja wiem, iż są tacy, którzy kupują cokolwiek, uważają więc się za wysłanników boga. I traktują obsługę z góry, a ta nie zawsze godzi się na takie traktowanie. Bo niby czemu?
2 marzec. Spotykam sąsiadkę K. Uwielbiam tą kobietę. Wiem, iż jest ich wiele, takich jak ona, bo ona gada jak Paździochowa – skądś twórcy serialu wzięli inspirację. I ja mam taka jedną w klatce obok.
To ma być taka miła, sąsiedzka rozmowa, ale jak zwykle z jej strony to jest wylew żółci. O listonoszu: ten mały kangur pierdolony. On fałszywy jest. Podsłuchują jej telefon, bo w czasie umawiania wizyty domowej kosmetyczki ( ona to robi „na czarno”) słyszy w tle: a, o jakiś pierdołach gadają. Potem przeskakuje na wspomnienia o mężu. Opowiada jak nosiła mu posiłki, gdy leżał w szpitalu po przebytym udarze, a pielęgniarki pytały się, gdzie pani pracowała? A na cmentarzu sprzątałam, odpowiedziałam, bo ja nie lubię mówić prawdy.
Całe szczęście jej się spieszy, bo oddała noże do ostrzenia i musi po nie iść, więc ciach, koniec rozmowy. Uff.
12 marzec. Wracam autobusem z pracy, są godziny szczytu, autobus nabity ludźmi. Przystanek na Żytniej, wysiadają ludzie, wielu nastolatków, którzy wsiedli na Krakowskiej Rogatce. W tylnych drzwiach stoi siwy typ. Nie wychodzi, by wypuścić wysiadających, a ja tak robię. Szturcham go łokciem, ale on nic nic. Wsiadam ponownie, zbulwersowany. Burczę do niego, iż nie wypuścił wysiadających.
I co, oczekujesz szacunku – ja do niego. Młodzież jest chamska, jada do szkoły naćpani, takie pazury, klną, a za jego czasów to uczniów nauczyciele bili – ( no i proszę jak bicie i poniżanie ukształtowało takie jednostki) – a te dzieciaki wtedy nie śmiały się poskarżyć rodzicom. I, jeszcze mówi, ja nie oczekuję szacunku, ja mam 72 lata, schorowany jestem, ale ta młodzież… A wysiadali nie tylko młodzi. I jak ty przeżyjesz 72 lata to mnie będziesz mógł pouczać.
A ja sobie myślę: no to gościu możesz być z siebie dumny, bo tak zainspirowałeś tą młodzież tym swoim chamstwem, iż ona tak teraz schamiała. No i cię poszturchuje w autobusie.
30. 03. Wieczorem palę papierosa na balkonie i widzę przechodzącego przez podwórko Goluma – taką ma na osiedlu ksywę ten gość, bo posturą przypomina tą filmową postać. O jak go dawno nie widziałem! Zamieniłem z nim kilka razy kilka zdań – poprosił mnie o papierosa, o coś zapytał – i wiem, iż jest niekonfliktowy, nieszkodliwy. Ale zwraca na siebie uwagę.
Tym razem zszedł z głównej ulicy w podwórka za blokami i zaczął swój teatrzyk. Zwykle idzie i ni z tego, ni z owego wykonuje kopnięcie nogą. Lewą albo prawą. Niezbyt wysokie, jakby w cel na wysokości jakiś 30 centymetrów nad ziemią. A jednocześnie wydaje odgłos paszczą, podobny do tego jaki w filmach karate towarzyszy kopnięciom. Tak sobie spaceruje po osiedlu, jednocześnie dialogując ze sobą na głos. ( Jak się spotyka z Kolarzem – niegdyś naprawdę kolarzem, który zderzył się z walcem drogowym, bo go nie zauważył, czego efektem była kilkumiesięczna śpiączka – i razem piją piwo, to tak jakby się spotkali w co najmniej czterech, takie tam mają miejsce dialogi.)
Tym razem zszedł z głównej ulicy w podwórko, wykonał kilka kopnięć, po czym wyjął piwo zza pazuchy i poszedł dalej.
31. 03. Wracam z pracy autobusem. Ostatni przystanek na Chorzowskiej, tuż przed szlabanem na przejeździe. Przy szlabanie tylko jakaś osobówka, a autobus zamiera na przystanku, przepuszczając kolejne auta zjeżdżające z Chorzowskiej ku Krakowskiej. O co chodzi? Po chwili przednimi drzwiami do autobusu wsiada kanar i pojazd rusza do szlabanu. Wzdycham. To cham, buc i zjeb. Brzuchaty blondyn, tuż po 40, z zapadniętymi ustami. Tak, chyba musiał jechać w przeciwną stronę innym autobusem i w tym momencie wymyślił sobie przesiadkę z powrotem w stronę Kielc, no i dzwonił do kierowcy autobusu, by na niego poczekał. A ten na to przystał. Między oczekiwaniem na podniesienie szlabanu i dojazdem na następny przystanek kontrola biletów. Ja mam sieciówkę, więc luzik. Wszyscy spoko, ale przede mną siedzi taki kwadratowy gość, na oko po 70. Pan ma wolny przejazd? Ale gość wyciąga bilet. Kanar ogląda. 43 a jest 45 ( czyli chyba ma godzinny), wysiadamy na następnym przystanku – tak mówi do pasażera. Pan starszy wyciąga nowy bilet i prosi wysiadającą panią o skasowanie. Na następnym przystanku nikt nie wstaje do wyjścia – ani kanar, ani pan starszy. Pan starszy mówi do nas ( siedzimy za nim razem z kolegą), ledwie się odwracając, bo kark gruby u niego, no co za chuj, zajebałbym mu jakby się jeszcze czepiał o te dwie minuty. Mówię, iż lepiej nie, bo tu kamery. A co tam – odpowiada – siedziałem 18 lat i się nie boję, tylko ta ręka. Odsłania nadgarstek, czerwony i opuchnięty ( i z więziennym tatuażem). Ja myślę – 18 lat, to pan musiał być bardzo niegrzeczny. I naprawdę by wyjebał kanarowi w kły. A potem kanar jakoś tak niezauważalnie wysiada. Tak po angielsku. Pan starszy jedzie dalej.
Ja tego gnoja dobrze kojarzę. Kanara. To zjeb. Widuję go co trochę w autobusach. Cham. Świr. Ten sam numer z telefonem do kierowcy autobusu – poczekaj, ja zaraz wsiądę i zrobię kontrolę - widziałem kiedyś na Żytniej ( jeden z najbardziej ruchliwych przystanków w Kielcach). Zmieniali się akurat kierowcy i chwilę to trwało. Ale się zmienili i czekali dalej. Gadają, a w rozmowie pada: najbardziej zjebany kanar w mieście. I wsiada on. I rozpoczyna kontrolę.
Ja tego typa zapamiętałem, kiedy jeszcze jeździłem do pracy na 5.00. Pierwszy autobus był o 3. 47. Jedzie nas w nim dwie, trzy osoby. I wsiada ten kanar, sprawdza bilety. Autobus linii 27 na Słowiku mija się z autobusem linii 29. Jego plan był taki, iż dociera tam 27 i przesiada się z powrotem do Kielc w 29, i tam znów sprawdza. Wszyscy mają bilety – za te papierowe jest nic, a za te miejskie, elektroniczne ma po 20 groszy za sprawdzenie. Warto? O tej porze? Ewidentnie niepełnosprytny.
Idź do oryginalnego materiału