Dawno temu była taka historia, którą wciąż mam w pamięci. Jedna kobieta, Wioletta, odwiedziła swoją przyjaciółkę, Grażynę, która po wielu trudnych latach ponownie wyszła za mąż. Jej pierwszy mąż był człowiekiem zgorzkniałym, pił dużo, zachowywał się nie do wytrzymania, aż w końcu zostawił ją dla innej. Smutny to był czas dla Grażyny. Wioletta trzymała wtedy przyjaciółkę za rękę, pocieszała ją, była z nią przy każdym kryzysie. Przecież po to właśnie jest przyjaźń, prawda?
Minęła dekada. Wtedy Grażyna spotkała Jana inteligentnego, wykształconego, z dobrą posadą. Wydawał się być całkowitym przeciwieństwem jej pierwszego męża. Wioletta bardzo cieszyła się szczęściem przyjaciółki. Kiedy wprowadziła się z Janem do nowego mieszkania w Warszawie, Wioletta przyszła ich odwiedzić. Przyniosła tort, przyniosła drobne upominki. Zachwycała się pięknym remontem mieszkanie naprawdę robiło wrażenie!
Potem wszyscy usiedli przy stole, pili herbatę i jedli tort. Nowy mąż Grażyny okazał się człowiekiem bystrym, uwielbiał żartować. Sypał żartami jak z rękawa, a większość dotyczyła Wioletty jej światopoglądu, drobnych upodobań, a choćby tego, jakie dziwne rzeczy nosi w głowie. Jan śmiał się, iż Wioletta nie zna Masłowskiej, nie czytała Sienkiewicza, a nauka dawno już obaliła wszystkie zabobony, które powtarza. choćby powiedział wesoło, iż jej fryzura, sylwetka i strój przypominają czasy lat dziewięćdziesiątych.
Wioletta zgłupiała i nie wiedziała, jak odpowiedzieć inteligentowi. Grażyna śmiała się razem z mężem, zauroczona jego lotnością. Gdy Wioletta, chcąc odwrócić uwagę od tematu książek, opowiedziała o swoim przygarniętym kotku, Jan zadrwił: Kot to przecież siedlisko zarazków. A ci, którzy przygarniają bezdomne zwierzęta, mają prawdopodobnie jakieś zaburzenia psychiczne lub tłumiony narcyzm. Grażyna śmiała się jeszcze głośniej, gdy mąż zaczynał mówić o starych pannach otoczonych stadem kotów.
I wtedy Wioletta nagle rozpłakała się głupio, dziecinnie, bez uprzedzenia. Przeprosiła, powiedziała, iż boli ją głowa, pożegnała się i wyszła.
Rzeczywiście czuła ból, jakby ktoś okładał ją w czaszkę. I wstyd jej było za te łzy, za swoją histerię! Szła przez miasto już nie płakała, tylko bardzo bolała ją głowa i zimno było, jakby był środek lutego, chociaż był to letni wieczór. Drżała cała, miała wyrzuty sumienia, iż nie nadąża za dowcipami, wstydziła się, iż nie czytała Masłowskiej i niepotrzebnie wspomniała o proroczym śnie…
Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem, iż wstydzić się powinien ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto zaprosił przyjaciela do domu, a pozwolił, by go obrażano. Ktoś, kto opowiadał innym o przyjacielu, polecał ulubiony film czy książkę, a potem pozwolił na szyderstwa. To takie ciche zdrady kiedy wydaje się swojego człowieka na pośmiewisko. Tak smakuje zdrada.
Ale wtedy Wioletta choćby nie potrafiła tego nazwać. Nie była światowa, nie znała cytatów, nie miała tej całej czytelniczej otoczki. Wróciła do domu, do swojego kota takiego samego prostego, nierozczytanego jak ona. Kot tylko położył się przy niej na tapczanie i zamruczał cicho.
Wioletta nie odwiedzała już potem Grażyny. Zresztą niedługo i tak nie było do kogo iść: Grażyna i jej mąż rozstali się, dzielili mieszkanie, procesowali się. Jan okazał się energicznym i bystrym człowiekiem. Może choćby aż za bardzo.
Ale tak to już bywa. Ten, dla którego się zdradza, bardzo gwałtownie zdradza swojego wybawcę to prosty łańcuch. Wystarczyło delikatnie przerwać kpiny, nie pozwolić obrażać przyjaciela siedząc w swoim mieszkaniu. Może wtedy Jan nabrałby do żony szacunku i nie ośmieliłby się postąpić tak, jak postąpił…
Tych, którzy zdradzają, nikt nie szanuje. Oni sami także łatwo padają ofiarą zdrady.






