Gdy pod koniec szóstego sezonu Tommy Shelby odjeżdżał w siną dal na białym koniu, pewnym było, iż jego historia nie dobiegła jeszcze końca. O spinającym serial klamrą filmie dyskutowano jeszcze przed premierą finałowego sezonu, aż w końcu, po czterech latach, Tom Harper i Steven Knight wrócili do Birmingham i gangu Peaky Blinders, by postawić długo oczekiwaną kropkę nad „i”. Pytanie tylko, czy była ona komukolwiek w ogóle potrzebna?
Akcja filmu Peaky Blinders: Nieśmiertelny rozgrywa się w samym środku II Wojny Światowej. Tommy – jak co sezon – nie jest już tym samym człowiekiem, co rozdział historii wcześniej. Tym razem zamknął się w swojej ogromnej posiadłości na bezludziu i postanowił skupić się na pisaniu książki, ignorując zarówno wojenne bombardowania, jak i fakt, iż jego syn, Duke, przejął władzę nad Peaky Blinders. Jedynymi osobami, mającymi kontakt z Tommym są niezawodny Johnny Dogs i siostra Ada, która co jakiś czas namawia brata, by ten wrócił do miasta i wziął sprawy w swoje ręce. Shelby nie chce jednak o tym słyszeć. Nie dopuszcza nikogo zarówno do bram swojej posiadłości, jak i do siebie samego. Dopiero wizyta tajemniczej Kaulo i wieści o niebezpiecznym interesie pomiędzy Peaky Blinders a środowiskiem nazistowskim sprawiają, iż Thomas niechętnie postanawia zarzucić kaszkiet na głowę i wrócić do gry.
fot. „Peaky Blinders: Nieśmiertelny” / mat. prasowe NetflixPeaky Blinders: Nieśmiertelny to składanka największych przebojów z sześciu sezonów serialu, tyle iż pozbawiona jakiegokolwiek scenariusza. Tom Harper i Steven Knight zagrali na jedną kartę: wzięli potężną aurę Thomasa Shelby’ego, posiłkując się po drodze co najwyżej nostalgią oraz utartymi schematami, i dojechali na jej oparach aż do samego końca filmu. O tempie tej jazdy choćby nie wspomnę, bo straciliby za nią prawo jazdy na trzy miesiące. Pędząc na złamanie karku, zdemolowano dosłownie wszystko: choćby wspomnianą przed chwilą nostalgię. O tyle mnie to bawi, iż dokładnie odwrotny zarzut miałem wobec szóstego sezonu, gdzie fabuła była rozwleczona i przez większość odcinków nie działo się praktycznie nic. Twórcy ewidentnie próbowali wyciągnąć z tego jakieś wnioski, jednak efekt okazał się jeszcze gorszy od poprzedniego. Ze skrajności w skrajność – szósty sezon cierpiał na brak charakterystycznego dla serialu soundtracku i zabrakło choćby Nicka Cave’a. Brakowało tam tej werwy, która napędzała całą fabułę do przodu. W Nieśmiertelnym liczba piosenek (trzeba przyznać, iż naprawdę dobrych) niebezpiecznie zbliża się do granicy, za którą kończy się film, a zaczyna teledysk.
Teledyskowość zdaje się zagłuszać wszelkie inne próby przekształcenia nostalgicznej laurki w coś ambitniejszego i podcina skrzydła choćby samemu Cillianowi Murphy’emu, który bezbłędnie wraca do roli Shelby’ego, ale natrafia na swojej drodze na scenariuszowe bariery. Dla wielu będzie to największy zarzut wobec filmu, ponieważ Thomas Shelby jest w Nieśmiertelnym praktycznie duchem. Cieniem samego siebie, pustym po odejściu większości członków swojej rodziny. Nic mu się już nie chce, nie ma żadnych planów ani motywacji. Jak sam mówi: umarli wszyscy, oprócz tego, który umrzeć chciał. Ten motyw uważam akurat za perfekcyjny trzon wymarzonego epilogu o tej postaci, którego niestety nie dostaliśmy. Shelby zawsze zaliczał się do panteonu tych wysoce admirowanych przez publikę bohaterów i mało kto zauważał, jak małym i nieznaczącym człowiekiem był bez wsparcia swojej rodziny. Świetnie budował to w późniejszych sezonach serial, co jakiś czas strącając któryś z pionków z planszy i zbliżając się do nieuchronnie przegranej partii. Odejście nieodżałowanej Helen McCrory i portretowanej przez nią ciotki Polly było punktem kulminacyjnym i równią pochyłą w dół dla Tommy’ego. Filmowy epilog już na starcie dorzuca od siebie kilka kolejnych cegiełek, więc z góry mamy narzuconą wizję na ponury finał całej tej historii.
fot. „Peaky Blinders: Nieśmiertelny” / mat. prasowe NetflixGdybym miał coś pochwalić, to byłby to bardzo udany casting. Mowa jednak o samym procesie doboru aktorów, bo cała reszta, łącznie z wykorzystaniem ich talentu i grą aktorską, jest już milczeniem. Rebecca Ferguson, Barry Keoghan i Tim Roth – sami oceńcie skalę talentu tych nazwisk. A czy może być coś gorszego od zatrudnienia zdolnego aktora i późniejszego roztrwonienia jego wartości? Tak, może. Powtórzenie tego procesu trzy razy. Keoghan jako Duke jeszcze w miarę się broni, bo ratuje go dłuższy czas ekranowy i wewnętrzna walka jego postaci, którą tutaj przechodzi. Nie jest to jednak poziom gry, do której Irlandczyk nas przyzwyczaił w ostatnich latach. Stopień niżej jest Rebecca Ferguson, która wpada na dwie sceny i równie dobrze mogłoby jej nie być, a fabuła kilka by straciła. To chyba najlepiej podsumowuje jej udział w tym projekcie – co mówię z ogromnym bólem serca, bo tak genialna aktorka zdecydowanie nie zasłużyła na takie traktowanie. Największym zderzeniem ze ścianą jest jednak Tim Roth, któremu się najzwyczajniej w świecie nie chce – i to niestety widać. Przez dwie godziny leci na autopilocie i dosłownie recytuje swoje kwestie, a gdy koniec końców ląduje i ma wzbudzić w widzu emocje, ten choćby nie kiwnie powieką (zakładając, iż jeszcze do tej pory nie zasnął). Wielka szkoda, bo naprawdę liczyłem, iż Roth w końcu będzie miał okazję się wykazać. Tylko co zrobić, skoro choćby sam Roth jest przeciwko Rothowi.
Konkluzją po seansie Peaky Blinders: Nieśmiertelny była dla mnie ta słynna wypowiedź Tommy’ego z końca drugiego sezonu, gdy stojąc przed świeżo wykopanym grobem krzyczał, iż w pewnym momencie miał prawie wszystko. I jest to prawda. Bohater sam kilkukrotnie podkreśla to w filmie. W pewnym momencie ten serial miał świetnie napisane postacie, wybitne dialogi, eleganckie kostiumy i kultową ścieżkę dźwiękową. Miał też jednak ludzi, którzy nie potrafili odpuścić i dopisali tej historii o kilka rozdziałów za dużo. I chyba dlatego Shelby ma rację, iż „prawie” się nie liczy.
korekta: Monika Konkol















