Internet wydał wyrok już po pierwszych odcinkach trzeciego sezonu: "Euforia" się skończyła. To nie miało prawa się udać. Cztery lata problematycznej realizacji i postprodukcji, konflikty w obsadzie i tragiczne śmierci. Między premierą drugiego i trzeciego sezonu Sam Levinson przestał być odbierany jako młody zdolny wizjoner, a zaczęto o nim mówić raczej jak o dziecku nepotyzmu, zboczeńcu i złodzieju cudzych pomysłów.
Jestem w zdecydowanej mniejszości osób, którym ten pokręcony, przegięty i polaryzujący sezon się podobał. Pomimo wszystkich wymuszonych improwizacji, Levinsonowi udało się zakończyć historię Rue zgodnie z charakterem tej bohaterki, czyli nieidealnie, ale po swojemu.
Dwa pierwsze sezony "Euforii" stanowiły raczej spójną historię, sezon trzeci jest jak dokręcony do nich epilog albo post scriptum. Smutne odwiedziny u koleżanki, która najlepsze lata życia spędziła w liceum. Albo ból głowy po mocnej imprezie. Witajcie w rozczarowującej dorosłości. Bohaterki skończyły szkołę, ale wcale nie dojrzały. Ogląda się to jak całkowicie inny serial, co miało prawo tak mocno zirytować część fanów.
Głównym bohaterem "Euforii" zawsze był styl. To się nie zmieniło, ale sam styl już tak. Brak barokowej warstwy audiowizualnej sprawia, iż nie ma tu zasłony dymnej dla wszystkich nieprzyjemnych tematów: samotności, problemów emocjonalnych, narkotyków. jeżeli estetytazja i pozory mogły zmylić mniej uważnych widzów w poprzednich sezonach, to w tym nikt już nie będzie miał wątpliwości, iż to opowieść o wcale nie takich fajnych młodych ludziach z poważnymi problemami. Bez muzyki Labyrintha – więcej: niemal bez zapamiętywalnej muzyki – serial wydaje się bardziej surowy, jakby pozbawiony własnej duszy. Zamiast neonowo-brokatowo-wieczorowej estetyki, tak ikonicznej dla "Euforii", jest szeroka taśma, western, rażące światło amerykańskiego Południa, jaskrawe kolory contentu na OnlyFansie i obleśne wnętrze speluny ze striptizem. Porównania do Tarantino pojawiały się już po pierwszym odcinku, ja miałam skojarzenia także z nihilistyczno-melancholijną poetyką pogrążonych w marazmie "Za starych na śmierć" Refna.
Stara "Euforia" była portretem zetek, ta nowa pokazuje współczesną Amerykę. Levinson po raz kolejny celnie łapie ducha czasów, który w zaskakująco krótkim czasie diametralnie się zmienił. USA stało się tak dystopijną krainą, iż tylko równie niekoherentna narracja co nowa "Euforia" potrafi dobrze oddać to szaleństwo. Trzeba Levinsonowi oddać, iż jest mistrzem sensualno-sensorycznych opowieści, które bardziej pozwalają coś poczuć niż wykładają bezpośrednio. Możliwość doznania tej dziwnej współczesności skondensowanej w najnowszej odsłonie "Euforii" jest największym atutem serialu. Spacyfikowana fentanylem Ameryka, jej modlący się do niemego Boga mieszkańcy, jej narastające konflikty rasowe i radykalizujące się społeczeństwo. Kakofoniczna pustka social mediów, groteskowość zoperowanych pośladków na tak naturalnie pięknej Kitty (Anna Van Patten), a także ekonomia, w której najbardziej racjonalną ścieżką kariery staje się praca seksualna. Reżyser po prostu przygląda się temu, czasem dodaje groteskę i satyrę, a czasem zahacza o duchowość i religię. Nie boi się też nazywać zła i dobra wprost. W tym świecie nie znajdziemy wiele nadziei. Pod campowością wątku Nate'a i Cassie, pod breakingbadowością ścieżki rozwoju Rue i Maddy, kryje się gorzki realizm. Wszystkie postacie kończą tak, jak można się było spodziewać: nienajlepiej.
To jest sezon Cassie. Sydney Sweeney właśnie tutaj zalicza najlepszy jak do tej pory występ w karierze. Bawi się swoim własnym wizerunkiem, nie boi dziwacznych i obrzydliwych scen, w pełni wykorzystuje tragikomiczny potencjał postaci. Cassie, bodaj najbardziej pogubiona ze wszystkich bohaterek serialu, jest też najbardziej kontrowersyjna. Temu wątkowi dostało się z każdej strony, a rozmowy o nim zdominowały cały dyskurs dookoła serialu: od purytańskich oskarżeń o soft porno po święte oburzenie o sceny z pampersem i zabawą w pieska (które zostały przecież skrytykowane już wewnątrz serialu). Dla mnie te nieco karykaturalne przygody Cassie, celowo pokazujące seks w nieseksowny sposób, obnażają ohydę porno biznesu bez moralizowania i piętnowania bohaterki. Cassie do samego końca pozostaje chodzącym chaosem, ale przecież z nią sympatyzujemy i trzymamy kciuki, by wyrwała się spod wpływu Nate'a. Trzeci sezon naprawdę zręcznie bawi się swoją własną trashowością. Rozumiem malkontentów, którzy nie kupują tego całego kiczu i naddatku; ale za nic nie potrafię zrozumieć osób, które nowa "Euforia" nudzi.
Dawny gwiazdor licealnej drużyny sportowej, Nate (Jacob Elordi), jedyny jednoznaczny czarny charakter z głównej obsady, zostaje zredukowany do roli abiektu eksploatacyjnego kina zemsty i otrzymuje od Levinsona coraz to wymyślniejsze kary. Traci swoją psychologiczną głębię i homoseksualne pragnienia, ale to również jest realistyczne: w dorosłym świecie musi schować swoją pogmatwaną osobowość, by spróbować wcielić się w rolę męża i biznesmena (bezskutecznie).
Relacje Jules (Hunter Schafer) z Nate'em i Rue nie doczekują się satysfakcjonującej puenty, co podobno wynika z niechęci aktorki do występowania we wspólnych scenach z Elordim i jej zmęczenia samym serialem. Hunter Schafer zostaje w trzecim sezonie potraktowana tak jak Barbie Ferreira (Kat) w drugim: więcej jej nie ma, niż jest. Pozostaje niespełnionym marzeniem Rue. Wyjeżdża na studia, by zostać artystką, a kończy jako sugar baby żonatego chłopa, samotna i przedwcześnie zgorzkniała w niemal pustym mieszkaniu. Kolorowy ptak złapany do klatki.
Lexi (Maude Apatow) pozostaje prymuską, która po cichu robi swoje i ze zdziwieniem obserwuje ekscesy koleżanek. Można powiedzieć, iż to ona ułożyła sobie życie najlepiej, ale i w niej kryje się sporo goryczy – na przykład kiedy z zawiścią próbuje sabotować karierę siostry albo cały wolny czas poświęca pracy w nadziei na pochwałę szefowej.
Nikt w trzecim sezonie nie jest równie piękny co Maddy Perez. Alexa Demie w końcu dostaje wątek na miarę swojej charyzmy. Nie jest już dłużej definiowana przez toksyczny związek z Nate'em, ale raczej przez swoją ambicję, aspiracje do wyższej klasy i twardość charakteru. A także poprzez swoje przywiązanie do Cassie, które stanowi jedyną pełnoprawną historię miłosną serialu, który kiedyś opierał się w dużej mierze właśnie na wątkach romantycznych. Jak to jednak z "Euforią" bywa, pod designerskim kostiumem tej femme fatale kryje się brzydota. Maddy żyje zgodnie z wyjaśnioną kiedyś Lexi filozofią "fake it till you make it" i okłamuje całe otoczenie co do skali własnego sukcesu. Konsekwencje jej działań bywają dosłownie zabójcze, co nie powinno dziwić – już wcześniej potrafiła wykazywać się wręcz socjopatyczną bezwzględnością, np. oskarżając niewinnego chłopaka o gwałt, by uratować Nate'a. Maddy, jak drapieżne zwierzęta, w których futra się stroi, gwałtownie uczy się wykorzystywać słabości otoczenia na swoją korzyść. Przyszłość należy do takich jak ona.
Przyszłości nie ma natomiast Rue (Zendaya). Główna bohaterka od dłuższego czasu jest czysta, ale osobą uzależnioną jest się przecież do końca życia. Lata ćpania nieodwracalnie zmieniły jej organizm i sposób myślenia, kłamstwa i mataczenia zapisały się w schematach zachowań. Nie jest już dzieckiem mogącym liczyć na opiekę mamy, nie jest już nastolatką, której wypada opowiadać o swoim cierpieniu w egzaltowany sposób; jest dorosłą, od której świat wymaga bycia funkcjonalną jednostką i bezlitośnie rozlicza ze wszystkich potknięć. Osamotniona, pełna wad Rue, desperacko próbująca wyjść na prostą i wciąż mająca nadzieję na lepsze jutro, wzbudza współczucie. Dla tych, którzy zżyli się z tą postacią siedem lat temu, cały ten sezon jest jak elegia. "Euforia" schodzi ze sceny pokonana, zgodnie z tym, jak najprawdopodobniej kończy się gdzieś teraz życie innej Rue.
Jestem w zdecydowanej mniejszości osób, którym ten pokręcony, przegięty i polaryzujący sezon się podobał. Pomimo wszystkich wymuszonych improwizacji, Levinsonowi udało się zakończyć historię Rue zgodnie z charakterem tej bohaterki, czyli nieidealnie, ale po swojemu.
Dwa pierwsze sezony "Euforii" stanowiły raczej spójną historię, sezon trzeci jest jak dokręcony do nich epilog albo post scriptum. Smutne odwiedziny u koleżanki, która najlepsze lata życia spędziła w liceum. Albo ból głowy po mocnej imprezie. Witajcie w rozczarowującej dorosłości. Bohaterki skończyły szkołę, ale wcale nie dojrzały. Ogląda się to jak całkowicie inny serial, co miało prawo tak mocno zirytować część fanów.
Głównym bohaterem "Euforii" zawsze był styl. To się nie zmieniło, ale sam styl już tak. Brak barokowej warstwy audiowizualnej sprawia, iż nie ma tu zasłony dymnej dla wszystkich nieprzyjemnych tematów: samotności, problemów emocjonalnych, narkotyków. jeżeli estetytazja i pozory mogły zmylić mniej uważnych widzów w poprzednich sezonach, to w tym nikt już nie będzie miał wątpliwości, iż to opowieść o wcale nie takich fajnych młodych ludziach z poważnymi problemami. Bez muzyki Labyrintha – więcej: niemal bez zapamiętywalnej muzyki – serial wydaje się bardziej surowy, jakby pozbawiony własnej duszy. Zamiast neonowo-brokatowo-wieczorowej estetyki, tak ikonicznej dla "Euforii", jest szeroka taśma, western, rażące światło amerykańskiego Południa, jaskrawe kolory contentu na OnlyFansie i obleśne wnętrze speluny ze striptizem. Porównania do Tarantino pojawiały się już po pierwszym odcinku, ja miałam skojarzenia także z nihilistyczno-melancholijną poetyką pogrążonych w marazmie "Za starych na śmierć" Refna.
Stara "Euforia" była portretem zetek, ta nowa pokazuje współczesną Amerykę. Levinson po raz kolejny celnie łapie ducha czasów, który w zaskakująco krótkim czasie diametralnie się zmienił. USA stało się tak dystopijną krainą, iż tylko równie niekoherentna narracja co nowa "Euforia" potrafi dobrze oddać to szaleństwo. Trzeba Levinsonowi oddać, iż jest mistrzem sensualno-sensorycznych opowieści, które bardziej pozwalają coś poczuć niż wykładają bezpośrednio. Możliwość doznania tej dziwnej współczesności skondensowanej w najnowszej odsłonie "Euforii" jest największym atutem serialu. Spacyfikowana fentanylem Ameryka, jej modlący się do niemego Boga mieszkańcy, jej narastające konflikty rasowe i radykalizujące się społeczeństwo. Kakofoniczna pustka social mediów, groteskowość zoperowanych pośladków na tak naturalnie pięknej Kitty (Anna Van Patten), a także ekonomia, w której najbardziej racjonalną ścieżką kariery staje się praca seksualna. Reżyser po prostu przygląda się temu, czasem dodaje groteskę i satyrę, a czasem zahacza o duchowość i religię. Nie boi się też nazywać zła i dobra wprost. W tym świecie nie znajdziemy wiele nadziei. Pod campowością wątku Nate'a i Cassie, pod breakingbadowością ścieżki rozwoju Rue i Maddy, kryje się gorzki realizm. Wszystkie postacie kończą tak, jak można się było spodziewać: nienajlepiej.
To jest sezon Cassie. Sydney Sweeney właśnie tutaj zalicza najlepszy jak do tej pory występ w karierze. Bawi się swoim własnym wizerunkiem, nie boi dziwacznych i obrzydliwych scen, w pełni wykorzystuje tragikomiczny potencjał postaci. Cassie, bodaj najbardziej pogubiona ze wszystkich bohaterek serialu, jest też najbardziej kontrowersyjna. Temu wątkowi dostało się z każdej strony, a rozmowy o nim zdominowały cały dyskurs dookoła serialu: od purytańskich oskarżeń o soft porno po święte oburzenie o sceny z pampersem i zabawą w pieska (które zostały przecież skrytykowane już wewnątrz serialu). Dla mnie te nieco karykaturalne przygody Cassie, celowo pokazujące seks w nieseksowny sposób, obnażają ohydę porno biznesu bez moralizowania i piętnowania bohaterki. Cassie do samego końca pozostaje chodzącym chaosem, ale przecież z nią sympatyzujemy i trzymamy kciuki, by wyrwała się spod wpływu Nate'a. Trzeci sezon naprawdę zręcznie bawi się swoją własną trashowością. Rozumiem malkontentów, którzy nie kupują tego całego kiczu i naddatku; ale za nic nie potrafię zrozumieć osób, które nowa "Euforia" nudzi.
Dawny gwiazdor licealnej drużyny sportowej, Nate (Jacob Elordi), jedyny jednoznaczny czarny charakter z głównej obsady, zostaje zredukowany do roli abiektu eksploatacyjnego kina zemsty i otrzymuje od Levinsona coraz to wymyślniejsze kary. Traci swoją psychologiczną głębię i homoseksualne pragnienia, ale to również jest realistyczne: w dorosłym świecie musi schować swoją pogmatwaną osobowość, by spróbować wcielić się w rolę męża i biznesmena (bezskutecznie).
Relacje Jules (Hunter Schafer) z Nate'em i Rue nie doczekują się satysfakcjonującej puenty, co podobno wynika z niechęci aktorki do występowania we wspólnych scenach z Elordim i jej zmęczenia samym serialem. Hunter Schafer zostaje w trzecim sezonie potraktowana tak jak Barbie Ferreira (Kat) w drugim: więcej jej nie ma, niż jest. Pozostaje niespełnionym marzeniem Rue. Wyjeżdża na studia, by zostać artystką, a kończy jako sugar baby żonatego chłopa, samotna i przedwcześnie zgorzkniała w niemal pustym mieszkaniu. Kolorowy ptak złapany do klatki.
Lexi (Maude Apatow) pozostaje prymuską, która po cichu robi swoje i ze zdziwieniem obserwuje ekscesy koleżanek. Można powiedzieć, iż to ona ułożyła sobie życie najlepiej, ale i w niej kryje się sporo goryczy – na przykład kiedy z zawiścią próbuje sabotować karierę siostry albo cały wolny czas poświęca pracy w nadziei na pochwałę szefowej.
Nikt w trzecim sezonie nie jest równie piękny co Maddy Perez. Alexa Demie w końcu dostaje wątek na miarę swojej charyzmy. Nie jest już dłużej definiowana przez toksyczny związek z Nate'em, ale raczej przez swoją ambicję, aspiracje do wyższej klasy i twardość charakteru. A także poprzez swoje przywiązanie do Cassie, które stanowi jedyną pełnoprawną historię miłosną serialu, który kiedyś opierał się w dużej mierze właśnie na wątkach romantycznych. Jak to jednak z "Euforią" bywa, pod designerskim kostiumem tej femme fatale kryje się brzydota. Maddy żyje zgodnie z wyjaśnioną kiedyś Lexi filozofią "fake it till you make it" i okłamuje całe otoczenie co do skali własnego sukcesu. Konsekwencje jej działań bywają dosłownie zabójcze, co nie powinno dziwić – już wcześniej potrafiła wykazywać się wręcz socjopatyczną bezwzględnością, np. oskarżając niewinnego chłopaka o gwałt, by uratować Nate'a. Maddy, jak drapieżne zwierzęta, w których futra się stroi, gwałtownie uczy się wykorzystywać słabości otoczenia na swoją korzyść. Przyszłość należy do takich jak ona.
Przyszłości nie ma natomiast Rue (Zendaya). Główna bohaterka od dłuższego czasu jest czysta, ale osobą uzależnioną jest się przecież do końca życia. Lata ćpania nieodwracalnie zmieniły jej organizm i sposób myślenia, kłamstwa i mataczenia zapisały się w schematach zachowań. Nie jest już dzieckiem mogącym liczyć na opiekę mamy, nie jest już nastolatką, której wypada opowiadać o swoim cierpieniu w egzaltowany sposób; jest dorosłą, od której świat wymaga bycia funkcjonalną jednostką i bezlitośnie rozlicza ze wszystkich potknięć. Osamotniona, pełna wad Rue, desperacko próbująca wyjść na prostą i wciąż mająca nadzieję na lepsze jutro, wzbudza współczucie. Dla tych, którzy zżyli się z tą postacią siedem lat temu, cały ten sezon jest jak elegia. "Euforia" schodzi ze sceny pokonana, zgodnie z tym, jak najprawdopodobniej kończy się gdzieś teraz życie innej Rue.


![Genetyka mówi prawdę o polskiej szlachcie [podkast wideo]](https://www.radio.bialystok.pl/image/mikrofon_rb_975.jpg)













