PAWEŁ MAŚLONA: – Wiedziałem, iż możemy wzbudzić skrajne emocje. Każdy projekt, w który wchodzę, jest obarczony pewnym ryzykiem, ale bez niego nie byłoby funu.
Na czym polegało ryzyko?
Zdawałem sobie sprawę, iż robimy coś bardzo odważnego, wręcz radykalnego. W związku z tym widzowie przywiązani do kina lekturowego mogą się poczuć trochę rozczarowani, bo nie dostaną tego, na co czekali. Ale takie było założenie, a ryzyko polegało na tym, aby na motywach powieści Prusa dowieźć nową i dość skomplikowaną historię, nie tracąc z oczu melodramatu. Dla mnie to jest część niepisanej umowy z widzem – niezależnie od tego, kto ile pamięta z „Lalki”, każdy wie, iż to historia obsesyjnej miłości, to jest silnik tej opowieści. U nas jest tak samo.
Mimo to ingerencje w oryginał powieści Bolesława Prusa są zaskakująco głębokie.
Śmiały punkt wyjścia został ustalony na samym starcie przez Pawła Demirskiego i Jagodę Dutkiewicz, którzy przygotowali pierwszą wersję scenariusza. Paweł ma już doświadczenie w dekonstrukcji klasyki na potrzeby teatru, w którym twórcy od dawna pozwalają sobie na dużą swobodę w adaptowaniu kanonicznych utworów. Przez jakiś czas sprawdzaliśmy różne kierunki, zastanawiając się, co najbardziej z nami rezonuje. Mnie dosyć gwałtownie zaczęła pociągać opowieść o tym, jak ludzie żyją projekcjami na temat świata, siebie i innych – i jaką muszą zapłacić cenę za porzucenie tych wyobrażeń. Żeby zacząć proces prawdziwego dojrzewania, najpierw musimy uwolnić się od iluzji.
Widzimy to na przykładzie relacji Łęckiej i Wokulskiego.
Zależało nam na tym, żeby dać Łęckiej dodatkową motywację, której nie ma w powieści Prusa.













