W ostatnim czasie romans gotycki przechodzi prawdziwy renesans, o czym świadczą zeszłoroczne trendy „Nosferatu winter” i „Frankenstein fall”. Oba filmy z resztą wpłynęły na wieloletnią niechęć Akademii do horrorów, zdobywając liczne nominacje Oscarowe. Monstrualnego tryptyku, rozpoczętego przez męskich reżyserów, dopełnia Maggie Gyllenhaal w Pannie Młodej!.
W swoim drugim pełnometrażowym filmie Amerykanka reinterpretuje historię ukochanej potwora Doktora Victora Frankensteina. Czyni to zgoła odmiennie od literackiego pierwowzoru (w którym kobieta w ogóle nie ożyła) oraz kultowej Narzeczonej Frankensteina z 1935 roku, w której kochanka dostała niecałe 10 minut czasu ekranowego. Gyllenhaal skorzystała więc z niepowtarzalnej okazji do napisania dziejów dotąd nieopowiedzianych – bez ryzyka porównań, ale jednak z ciężarem oczekiwań i odpowiedzialności.
fot. „Panna Młoda!” / materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.Główne role odtwarzają znakomita, walcząca w tym roku ponownie o Oscara, Jessie Buckley oraz Christian Bale. Drugi plan wypełniają przede wszystkim: Annette Bening, Penélope Cruz i Peter Sarsgaard. Reżyserka zaprosiła także do filmu swojego brata Jake’a Gyllenhaala, z którym – jak podaje w wywiadzie[1] – nigdy dotąd nie była tak zżyta. Z Buckley Gyllenhaal współpracowała już przy swojej debiutanckiej Córce z 2021 roku. Początek reżyserskiej kariery Amerykanki kazał spodziewać się filmów naszpikowanych symboliką oraz nieliniową narracją. Tak też skonstruowana jest Panna Młoda!, jednak to, co w Córce było atutem, tutaj zdecydowanie pogrąża najnowszy film Gyllenhaal.
Jessie Buckley portretuje bohaterkę powołaną na powrót do życia wbrew prawom natury – z określoną misją, oczekiwaniami i rolą do spełnienia. Mimo to kilka może się nie udać – wszak ponowny akt stworzenia wydarza się już w latach 30. XX wieku. Są to co prawda czasy, gdy feminizm rozkwita, a kobiety w USA mają już prawa wyborcze, ale jednocześnie funkcjonują one podług określonych ról płciowych, najczęściej w cieniu mężczyzn. Postać Panny Młodej urasta więc do rangi manifestu. Oto rodzi się kobieta, która nie ma zamiaru się podporządkować, co podkreśla regularnie słowami „wolałabym nie”, nie jest zainteresowana spełnieniem oczekiwań mężczyzn. Zamiast tego skupia się na poszukiwaniu własnej tożsamości oraz walce o sprawiedliwość dla wykorzystywanych kobiet. Charakterystyczne czarne znamię na twarzy oraz hasło „udar mózgu” stają się symbolem rewolucji i wyzwolenia.
Takie poprowadzenie osi fabularnej mogłoby być dla Gyllenhaal strzałem w dziesiątkę. Pod rękę z bohaterkami Annette Bening i Penélope Cruz, które również redefiniują role płciowe, zajmując typowo męskie (jak na przedstawiane czasy) stanowiska, Panna Młoda! zapowiadała się jako punkowy, feministyczny manifest. Narzeczona Frankensteina tak naprawdę po raz pierwszy otrzymała możliwość wyrażania się, zamiast syku i ciała spętanego kawałem tkaniny. Gyllenhaal jednak to nie wystarczyło – zdecydowała się na wielowątkową historię z ogromnym rozmachem, na który finalnie zabrakło metrażu.
fot. „Panna Młoda!” / materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.Panna Młoda! dosyć gwałtownie staje się gatunkową degrengoladą. Nie wiadomo, czy oglądamy historię w opisanym wyżej kluczu, czy może upiorne love story, które do złudzenia przypomina (zdecydowanie zbyt często) beztroski road trip śladami kinowego idola (w tej roli Jake Gyllenhaal). A może jest to komentarz do spirali przemocy wobec kobiet, tuszowania dowodów w policyjnych dochodzeniach, nadużyć ze strony organów i ich skorumpowania? Odpowiedzi na te pytania niestety próżno szukać w filmie. Nie jest też tak, iż widz może wybrać ścieżkę interpretacyjną dla przedstawianej historii. Każdy ze wspomnianych wątków skonstruowano bowiem niedostatecznie dokładnie i wyraźnie, by móc przypisać któremukolwiek wiodący wymiar. Na pierwszy plan rzeczywiście wysuwa się problematyka aktu stworzenia w imię konkretnej idei, ale gęste dygresje i chaos (rozumiany jako niedbałość w napisaniu postaci, a nie ten dotyczący zdarzeń i słusznych rozterek bohaterki) wokół Panny Młodej regularnie wytrącają ze skupienia podczas seansu.
Przed monstrualną porażką film ratuje Jessie Buckley. Aktorka występuje w podwójnej roli, ponownie udowadniając, iż świetnie odnajduje się w kreacjach tak wymagających, jak nieoczywistych. Od pierwszej wspólnej sceny spycha w cień Christiana Bale’a, który – mimo iż blask reflektorów i tak należy do jego ekranowej partnerki – nie dotrzymuje Brytyjce kroku. O żadnej wybitnej roli nie można również mówić na drugim planie.
fot. „Panna Młoda!” / materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.Drugą mocną stroną filmu jest muzyka. Trudno wyobrazić sobie lepszą autorkę utworów do Panny Młodej! niż Karin Dreijer, tworzącą pod pseudonimem Fever Ray. Scena w klubie muzycznym stanowi jedną z ciekawszych, doskonale wpasowującą się w klimat filmu. Zwiastunowi towarzyszyła co prawda piosenka Florence and The Machine, ale to Fever Ray jest muzyczną wizytówką filmu.
Mimo kilku zalet, nagromadzenie niedoskonałości przyczyni się najprawdopodobniej do prędkiego zapomnienia o filmie. Jakkolwiek życzę Buckley, by pamiętano o roli Panny Młodej w kolejnym sezonie nagród, tak nie jestem pewna, czy tym razem projekt nie okaże dla niej zgubny. Reinterpretacja Maggie Gyllenhaal miała ogromny potencjał na wyraźne zapisanie się na kartach gotyckich opowieści o przerażających stworach – zarówno dzięki charakteryzacji, jak i poruszanym wartościom. Koniec końców sprowadza się do krzyczenia podczas jazdy autem, wymachiwania bronią i mnożeniu pytań bez jasnych odpowiedzi. Prawowitą Narzeczoną Frankensteina pozostanie ta z 1935 roku. Choć nie powiedziała ona ani słowa, wyraziła swoją krótką obecnością dużo więcej niż rozkrzyczana Panna Młoda.
Korekta: Magda Wołowska
[1] The Interview. Maggie Gyllenhaal on Envy, Rage and Reaching Out to Her Brother https://www.nytimes.com/2026/02/28/magazine/maggie-gyllenhaal-interview.html, dostęp: 7.03.2026 r.
















